Zapamiętaj sobie: moja matka wymaga troskliwej opieki!

Jeśli zobaczę choćby okruszek śmiecia w jej pokoju, to ci przyłożę! — warknął mąż.

— Co ty, kompletnie rozum straciłaś? — Stepan cisnął klucze na komodę tak, że zadźwięczały i zsunęły się na podłogę.

— Mówię ci po polsku: moja matka to święta osoba!

A ty… ty w ogóle kim jesteś?

Wiera podniosła wzrok znad zlewu, przy którym zmywała naczynia.

Ręce w mydlanej pianie, plecy zdrętwiałe — stała już tak jakieś czterdzieści minut.

Stepan wpadł do mieszkania jak huragan i nawet nie zdejmując butów, poszedł prosto do kuchni.

— Step, ja tylko poprosiłam twoją mamę, żeby nie rozrzucała…

— Poprosiłaś? — podszedł bliżej, górując nad nią.

— Ty jej rozkazywałaś!

Mojej matce!

Tej, która cię z brudu podniosła i dała dach nad głową!

Wiera zacisnęła usta.

Wytarła ręce w ręcznik — powoli, uważnie, jakby to była jedyna rzecz, która jeszcze miała znaczenie.

Nie patrzeć na niego.

Nie reagować.

Bo będzie gorzej.

— Zapamiętaj sobie, — Stepan pochylił się, jego głos stał się cichszy, a przez to tylko straszniejszy, — moja matka wymaga troskliwej opieki!

Jeśli zobaczę choćby okruszek śmiecia w jej pokoju, to ci przyłożę!

Jasne?

Skinęła głową.

Co innego mogła zrobić?

Stepan odwrócił się i poszedł do salonu.

Włączył telewizor na pełny regulator — jakieś talk-show, w którym ludzie darli się na siebie.

Idealne tło do jego nastroju.

Wiera została przy zlewie.

Patrzyła w okno — za szybą robiło się ciemno, latarnie już się zapaliły.

Dwa lata temu nie uwierzyłaby, że znajdzie się tutaj.

W tym mieszkaniu, gdzie każdy kąt przesiąknięty jest cudzą złością.

Gdzie ona jest gościem.

Nie, nawet nie gościem.

Służącą.

Wszystko zaczęło się niemal od razu po ślubie.

Wtedy Stepan był inny — uważny, troskliwy.

Dawał kwiaty, mówił komplementy.

A potem, po miesiącu, wprowadziła się jego matka.

Zinaida Pietrowna.

Osiemdziesiąt pięć lat, a energii — jak u dwudziestolatki.

Zwłaszcza gdy chodziło o krytykę.

— Wiera! — rozległ się piskliwy głos z pokoju.

— Zapomniałaś przynieść herbatę!

Wiera zamknęła oczy.

Trzy… cztery… pięć.

Policzyła do dziesięciu.

Nalała wody do czajnika.

Weszła do pokoju teściowej z tacą.

Zinaida Pietrowna zasiadała w fotelu przy telewizorze — jej królewski tron.

Wokół walały się papierki po cukierkach, gazety, jakieś chustki.

— No nareszcie, — starucha nawet na nią nie spojrzała.

— Cukier dałaś?

Trzy łyżeczki, jak lubię?

— Tak.

— A gdzie ciasteczka?

Przecież prosiłam o ciasteczka!

— Zinaido Pietrowno, pół godziny temu zjadła pani całe opakowanie.

Lekarz mówił…

— Lekarz! — prychnęła.

— Mam osiemdziesiąt pięć lat!

Sama wiem, czego mi trzeba!

A ty… Stepan!

Stepasza!

Pojawił się w drzwiach po sekundzie.

Jakby czekał.

— Co się stało, mamo?

— Ona mi rozkazuje!

Mówi, że nie wolno mi ciasteczek!

To ja mam umrzeć z głodu?

Stepan spojrzał na Wierę tak, jakby coś ukradła.

— Przynieś ciasteczka.

Natychmiast.

Wiera wyszła.

W korytarzu zatrzymała się, oparła o ścianę.

Oddychać.

Po prostu oddychać.

Nie myśleć.

Nie czuć.

Wróciła do kuchni, wyjęła z szafki nowe opakowanie.

Weszła z powrotem, podała bez słowa.

— No, tak to lepiej, — przeciągnęła z zadowoleniem Zinaida Pietrowna.

— Bo już całkiem bezczelna się zrobiłaś.

Stepasza, a ty jej powiedz, żeby jutro podłogę w moim pokoju umyła.

Tu jest brud jak nie wiem co!

Wiera rozejrzała się po pokoju.

Myła podłogę wczoraj.

Na kolanach, ze szmatą, każdy centymetr.

— Dobrze, — powiedziała cicho.

— Nie słyszę!

— Dobrze, Zinaido Pietrowno.

Kiedy Wiera wyszła, usłyszała, jak teściowa mówi do syna ciszej — ale na tyle głośno, żeby słowa doleciały do korytarza:

— Mówiłam ci, że ta dziewucha do niczego się nie nadaje.

Patrz, jaka bez życia.

Ani iskry, ani charakteru.

Mógłbyś lepszą znaleźć.

Lenę Krawcową pamiętasz, z naszej klatki?

To była dziewczyna!

Gospodarna, wesoła…

— Mamo, no wystarczy…

— Wystarczy co?

Ja ci dobrze życzę!

Popatrz na nią — chodzi jak widmo.

I gotować porządnie nie umie.

Wczoraj zrobiła kotlety — podeszwy, nie kotlety!

Wiera stała i słuchała.

Już się przyzwyczaiła.

Na początku jeszcze próbowała się tłumaczyć, sprzeczać.

Potem zrozumiała — bez sensu.

Zinaida Pietrowna zawsze znajdzie, do czego się przyczepić.

Jak nie kotlety, to zupa przesolona.

Jak nie zupa, to koszula męża źle wyprasowana.

Jak nie koszula, to za głośno mówi.

Albo za cicho.

Albo źle patrzy.

Albo źle oddycha.

A Stepan… Stepan zawsze był po stronie matki.

Wiera umyła twarz zimną wodą.

Spojrzała na zegar — wpół do ósmej.

Trzeba robić kolację.

Stepan będzie głodny, zły.

Jeśli jedzenie mu nie posmakuje…

Westchnęła i wyszła z łazienki.

W kuchni Wiera wyjęła z lodówki kurczaka.

Dopiero zaczęła go dzielić, gdy w przedpokoju zadzwonił dzwonek.

Ostry, natarczywy.

— Otwórz! — krzyknął Stepan z salonu.

Wiera wytarła ręce i poszła do drzwi.

Na progu stali Giennadij i Swietłana — brat Stepana z żoną.

Giennadij był kopią Stepana, tylko starszy i grubszy.

Swietłana — umalowana, w rozpiętym kożuchu, z ciężkim zapachem perfum.

— O, Weruńciu! — Swietłana minęła ją, nawet się nie witając.

— Stepan jest w domu?

Giesza, zdejmuj buty, czego stoisz?

Giennadij ciężko wszedł do mieszkania, zostawiając brudne ślady na świeżo umytej podłodze.

— Braciszku! — wydarł się.

— Gdzie jesteś?

Stepan wyszedł, objęli się, poklepali po plecach.

Jakby nie widzieli się rok, choć przyjeżdżali co tydzień.

— Mamunia! — Giennadij zajrzał do pokoju Zinaidy Pietrowny.

— Jak się masz, kochana?

— Oj, Gienioczka! — starucha rozkwitła.

— Chodź, chodź tutaj!

Stepasza, przynieś krzesła, posiedzimy!

— Wiera, — Stepan nawet na nią nie spojrzał, — nakryj do stołu.

Porządnie nakryj, nie jak ostatnio.

Wróciła do kuchni.

Kurczak leżał niedokończony.

Teraz trzeba było jeszcze nakarmić gości.

Swietłana już usiadła przy stole, przewijała coś w telefonie.

— Słuchaj, masz kawę? — zapytała, nie podnosząc oczu.

— Porządną, nie rozpuszczalną.

— Zaraz zrobię.

— Tylko z mlekiem.

I nie zapomnij o cukrze.

Wiera postawiła kawiarkę na kuchence.

Swietłana ziewnęła, przeciągnęła się.

— Wiesz, patrzę na ciebie, — zaczęła zamyślona, — i myślę: jak ty tu wytrzymujesz?

Z teściową pod jednym dachem.

Ja bym nie dała rady.

Wiera milczała.

Kroiła chleb, wyjmowała ser, wędlinę.

— Chociaż, — Swietłana zachichotała, — Zinaida Pietrowna ma charakter.

Ale to przecież matka Stepana!

Trzeba ją szanować.

A ty szanujesz?

— Oczywiście.

— Bo słyszałam, że ostatnio się tu kłóciliście.

O jakieś kapcie?

Wiera zacisnęła zęby.

Czyli Zinaida Pietrowna już się wszystkim poskarżyła.

Jak zwykle.

Historia z kapciami była prosta.

Teściowa zostawiła je na środku korytarza, Wiera się potknęła i prawie upuściła tacę.

Poprosiła, żeby odkładać rzeczy na miejsce.

W odpowiedzi — pół godziny awantury.

I teraz cała rodzina wie, jaka Wiera jest „niewdzięczna”.

— Kapcie… to było nieporozumienie, — powiedziała cicho.

— Nieporozumienie, — przedrzeźniała Swietłana.

— Słuchaj, a to prawda, że chciałaś gdzieś pójść do pracy?

Stepan opowiadał.

Że niby własny biznes otworzyć?

— To było dawno.

— No tak, głupoty.

Po co ci biznes?

Masz męża, dobrze zarabia, w domu wszystko jest.

Siedź i się ciesz.

Rób dzieci.

Wiera postawiła przed nią filiżankę kawy.

Swietłana upiła łyk, skrzywiła się.

— Jakaś gorzka.

Na pewno dałaś cukier?

— Dwie łyżeczki.

— Dla mnie mało.

Dosyp.

Wiera bez słowa dosypała cukru.

Swietłana zamieszała, spróbowała.

— O, teraz lepiej.

A tak w ogóle, słyszałam, że Giennadij chce Stepanowi zaproponować pewien interes.

Może nawet zarobią.

Tylko będą musieli parę razy pojechać za miasto, może w weekendy zostaną tam.

Nie masz nic przeciwko?

— To Stepan decyduje.

— Mądra.

Właśnie tak powinna robić żona — nie przeszkadzać mężowi.

Bo niektóre wiecznie marudzą: zostań w domu, pójdź ze mną tu i tam.

Tak to można faceta stracić!

Z pokoju dobiegł głośny śmiech.

Giennadij coś opowiadał, Stepan ryczał ze śmiechu, Zinaida Pietrowna też chichotała.

Rodzinna sielanka.

— Wer, długo jeszcze? — krzyknął Stepan.

— Przynieś już coś!

Wzięła tacę z kanapkami i zaniosła do pokoju.

Giennadij siedział rozwalony, Stepan obok, starucha między nimi — królowa na tronie w otoczeniu świty.

— A, jest i ona, — Giennadij wziął kanapkę, ugryzł.

— W porządku.

Wiera, czemu taka smutna?

Uśmiechnij się!

Spróbowała wykrzywić uśmiech.

— No, tak lepiej, — mrugnął do niej.

— Bo chodzisz jak na pogrzebie.

Stepan, bracie, musisz bardziej rozbawiać żonę!

Patrz, całkiem posmutniała.

— Ona zawsze ma taką minę, — burknął Stepan.

— Wiecznie niezadowolona.

— Ja nie jestem niezadowolona, — powiedziała cicho Wiera.

— A to czemu milczysz cały czas? — wtrącił Giennadij.

— Normalni ludzie gadają, rozmawiają.

A ty — jakiś duch.

Zinaida Pietrowna westchnęła.

— Co z niej brać, Gienioczka.

Mówiłam Stepaszy — nie ta dziewczyna.

Ale nie posłuchał.

No i teraz się męczy.

— Mamo, no wystarczy, — Stepan махnął ręką, ale głos był obojętny.

Bronić żony nie zamierzał.

— Dobra, dobra, — Giennadij sięgnął po drugą kanapkę.

— Wiera, przynieś jeszcze herbatki.

I jakieś ciasteczka, mam ochotę na słodkie.

Wyszła.

W korytarzu oparła się o ścianę, zamknęła oczy.

Jak długo jeszcze posiedzą?

Godzinę?

Dwie?

Zwykle Giennadij ze Swietłaną siedzieli do późna.

W kuchni Swietłana już przeniosła się do okna, paliła, wypuszczając dym przez uchylone okno.

— A, ty.

Słuchaj, masz papierosy?

Moje się skończyły.

— Nie palę.

— Szkoda.

Dobra, wytrzymam. — zgasiła niedopałek prosto na parapecie, zostawiając czarny ślad.

— Wiesz, ja się ciągle zastanawiam.

Czemu wy ze Stepanem jeszcze nie macie dzieci?

Dwa lata po ślubie, a nic z tego.

Wiera odwróciła się, nalała wody do czajnika.

— To nasza prywatna sprawa.

— Oj, jaka obrażalska! — prychnęła Swietłana.

— Ja tak tylko.

Zinaida Pietrowna chce wnuków.

Ostatnio mi się żaliła.

Mówi, czy zdąży zobaczyć prawnuki.

Prawnuki.

Oczywiście.

Kolejny powód do docinek.

Wiera wiedziała: dzieci w tym domu to pułapka.

Ostateczna.

Jeśli teraz ledwo oddycha, to z dzieckiem będzie jeszcze gorzej.

Zinaida Pietrowna będzie mówić, jak wychowywać, Stepan będzie kontrolować każdy krok.

A ona zostanie tu na zawsze.

A jednak… czasem chciała.

Po prostu chciała kogoś kochać.

Kogoś własnego.

— Wiera! — ryknął Stepan z pokoju.

— Co ty tam, herbatę uprawiasz?

Wzięła tacę i zaniosła.

Giennadij ze Stepanem omawiali jakąś transakcję, Zinaida Pietrowna kiwała głową, Swietłana przewijała telefon.

Nikt nawet nie spojrzał na Wierę.

Była częścią wystroju.

Niewidzialną, która przynosi, sprząta, milczy.

Wieczór ciągnął się bez końca.

O jedenastej goście wreszcie zaczęli się zbierać.

Giennadij klepnął brata po ramieniu, Swietłana cmoknęła Zinaidę Pietrownę w policzek, rzuciła Wierze niedbałe „pa” i wyszli.

— Posprzątaj ze stołu, — powiedział Stepan i zniknął w sypialni.

Wiera w milczeniu zebrała naczynia.

Umyła.

Wytarła stół.

Zamiotła podłogę tam, gdzie Giennadij nabrudził.

Było już po północy, gdy skończyła.

Ciało pulsowało zmęczeniem, ale nie mogła zasnąć.

Usiadła w kuchni w ciemności.

Spojrzała przez okno — świeciły światła sąsiednich domów, gdzieś żyli inni ludzie.

Może szczęśliwi.

Może tak samo nieszczęśliwi.

I wtedy coś w niej pstryknęło.

Nie złamało się.

Nie rozpadło.

Pstryknęło — jakby zamek się otworzył.

Zrozumiała: jeśli zostanie tu choćby jeszcze miesiąc, zniknie na dobre.

Zamieni się w tego ducha, którym ją nazywają.

Zapomni, kim była.

Czego chciała.

Co czuła.

Wiera wstała.

Cicho weszła do sypialni, jak złodziej.

Stepan spał, rozwalony na całym łóżku.

Wyjęła z szafy stary plecak, którego nie otwierała od dwóch lat.

Spakowała dokumenty, trochę ubrań, telefon.

Wzięła zaskórniaki, które chowała w pudełku po butach — osiemnaście tysięcy, uzbierane po trochu.

Wszystko, co miała.

Ubrała się w korytarzu.

Ręce drżały, serce biło tak głośno, że wydawało się, iż zaraz wszyscy się obudzą.

Ale nikt się nie obudził.

Otworzyła drzwi i wyszła.

Na dworze było zimno, pusto.

Wiera poszła na przystanek, wsiadła do nocnego autobusu.

Jechała nie wiadomo dokąd.

Po prostu jechała.

Patrzyła przez okno na przesuwające się miasto i nagle zrozumiała — po raz pierwszy od dwóch lat oddycha swobodnie.

Rano wynajęła pokój na obrzeżach.

Maleńki, z obdrapanymi ścianami, ale swój.

Nikt nie krzyczał, nie żądał, nie upokarzał.

Po tygodniu Stepan zaczął dzwonić.

Najpierw groził, potem błagał, żeby wróciła.

Wiera nie odbierała.

Zablokowała numer.

Potem zablokowała też Zinaidę Pietrownę, która przysyłała głosówki z wyzwiskami.

Zatrudniła się jako sprzedawczyni w sklepie z tkaninami.

Śmieszne pieniądze, ale wystarczało na życie.

Wieczorami wyciągała stare szkice — te od dziecięcych ubrań.

Rysowała nowe.

Uczyła się szyć na maszynie, którą kupiła z drugiej ręki.

Minęły trzy miesiące.

Wiera stała przy oknie swojego pokoju z kubkiem kawy.

Na dworze zaczynała się wiosna — śnieg topniał, krople dzwoniły.

Spojrzała na swoje odbicie w szybie.

Rozpoznała siebie.

Po raz pierwszy od dawna.

Twarz była inna — nie zapadnięta, tylko spokojna.

Oczy żywe.

Ścięła włosy, pofarbowała na kasztanowo.

Kupiła nową kurtkę — jaskrawą, czerwoną.

Taką, jakiej Stepan nigdy nie pozwoliłby jej nosić.

Telefon zawibrował.

Wiadomość od Kati, koleżanki ze sklepu: „Cześć! Dzisiaj wieczorem idziemy do kawiarni, dołączysz?”

Dawniej Wiera powiedziałaby nie.

Wymyśliłaby wymówkę.

Zostałaby sama w domu.

Teraz napisała: „Jasne! O której?”

Dopiła kawę.

Podeszła do stołu, gdzie leżały jej szkice.

Wzięła ołówek i zaczęła rysować.

Wpadła jej do głowy idea — kolekcja dla dziewczynek, lekkie sukienki z haftem.

Może uda się znaleźć klienta.

Może to będzie początek.

A może nic z tego nie wyjdzie.

Ale przynajmniej spróbuje.

Za oknem krople stukały o parapet.

Gdzieś daleko, w tamtym mieszkaniu, w którym zostawiła dwa lata swojego życia, pewnie Zinaida Pietrowna szukała nowej ofiary.

Stepan darł się na kogoś innego.

Giennadij ze Swietłaną przychodzili w gości i omawiali, jaka to niewdzięczna była ta Wiera.

Ale to było tam.

W przeszłości.

A tu, w tym małym pokoju z obdrapanymi ścianami, przy kubku kawy, z ołówkiem w dłoni — tu była ona.

Prawdziwa.

Wolna.

I przed nią było całe życie.

Wiera uśmiechnęła się — nie sztucznie, nie ze strachu, tylko tak po prostu.

Bo miała ochotę.

Na stole zadzwonił telefon — nieznany numer.

Podniosła słuchawkę.

— Halo?

Czy to Wiera? — kobiecy głos, rzeczowy.

— Nazywam się Anna, jestem właścicielką butiku dziecięcego.

Pokazano mi pani szkice.

Czy mogłybyśmy się spotkać?

Chciałabym porozmawiać o możliwej współpracy.

Serce jej zadrżało.

— Tak, — powiedziała Wiera.

— Tak, oczywiście.

Kiedy pani wygodnie?

Zapisała adres, godzinę spotkania.

Odłożyła telefon.

Spojrzała na swoje rysunki.

Początek.

To był dopiero początek.

I był jej.