Ale kiedy je ukradziono, kobieta przestała się uśmiechać, a krowy na farmie przestały dawać mleko.
Kto i dlaczego zwrócił skradzioną rzecz w środku nocy i dlaczego teraz cała osada przynosi jej kwiaty.

— A dokąd ty się wybierasz, matko, tak wystrojona? — Stepan odłożył gazetę i znad okularów obserwował przygotowania żony.
— Co, nie podoba ci się? — Kławdia zatrzymała się przed lustrem, poprawiając koronkowy kołnierzyk bluzki.
— Czemu miałoby mi się nie podobać? Podoba mi się. Nawet za bardzo. Zaraz wszystkie wrony z okolicy zlecą się podziwiać twoją urodę.
— Stepan!
— Dobrze, dobrze, żartuję. Idź już, bo się spóźnisz.
Kławdia jeszcze raz obejrzała się od stóp do głów.
Z lustra patrzyła na nią kobieta z bujną czupryną jasnobrązowych włosów, ułożonych w wymyślną fryzurę.
Jasnoliliowa bluzka z żabotem, a na wierzchu ciemnogranatowa sukienka w drobne kwiatuszki.
W uszach kołysały się duże kolczyki-koła, kupione jeszcze przedwczorajszego roku na jarmarku w centrum rejonu.
Kławdia uważała, że wygląda olśniewająco.
Miała czterdzieści siedem lat, ale w środku wciąż żyła ta dziewczyna, która w wieku osiemnastu lat po raz pierwszy założyła mamy korale i kręciła się przed lustrem aż do północy.
Stepan uśmiechnął się pod wąsem i wrócił do gazety.
Kochał swoją Kławdię każdą: i w tym jej niewiarygodnym stroju, i w starym szlafroku, gdy krzątała się przy kurczętach.
Przywykł.
Trzydzieści lat małżeństwa przyzwyczaja do wszystkiego, ale przede wszystkim nauczyło go widzieć pod zewnętrznymi świecidełkami to złote serce, które biło w piersi jego żony.
Kławdia spakowała torbę: buty na zmianę, kanapki, termos z herbatą, notes.
Podeszła do wieszaka, na którym na haczyku wisiały jej duma i radość — botki w kolorze dojrzałej jarzębiny, na składanym obcasie i z zabawnymi chwostami z boku.
Kupiła je trzy lata wcześniej od obwoźnego handlarza i od tamtej pory się z nimi nie rozstawała.
W nich chodziła do pracy i w nich paradowała w weekendy do sklepu.
Mieszkańcy wsi, ludzie, którzy niejedno widzieli, na widok tych botków tylko kręcili głowami.
Przezwisko „Jarzębina” przylgnęło do Kławdii natychmiast, ale, jak to bywało z jej strojami, do samej Kławdii nigdy nie docierało.
Nikt nie obrażał jej wprost — była zbyt dobra z serca.
— Powinnaś chociaż założyć gumowce, na dworze jedno wielkie błoto — rzucił za nią Stepan.
— Co ty! One są nowe! — Kławdia cmoknęła męża w czubek głowy i wyfrunęła za drzwi.
Jarzębinowe botki wesoło zastukały po mokrym asfalcie.
Do farmy było rzut beretem — przejść przez drogę, minąć stary klub z odłażącą farbą, iść wzdłuż długiego płotu.
Kławdia szła i uśmiechała się do własnych myśli.
Dziś miała ważny dzień — przyjeżdżała komisja z rejonu, żeby sprawdzić warunki utrzymania bydła.
Przygotowała się: wszystkie dokumenty w porządku, szczepienia zrobione na czas, krowy czyste i najedzone.
Kochała swoją pracę.
Nie tylko kochała — żyła nią.
Na farmie przywitał ją znajomy zapach siana, mleka i ciepłego obornika.
Dla niektórych ten zapach był nie do zniesienia, dla Kławdii — swojski.
Weszła do swojego małego gabineciku, przebrała buty, chowając jarzębinowe botki pod wieszak, założyła biały fartuch i poszła do obory.
— Dzień dobry, moje piękności — zaszczebiotała, wchodząc do królestwa muczenia i westchnień.
— Jak się spało? Jaki humor?
Krowy odwracały do niej swoje wielkookie pyski, niektóre wyciągały się, żeby polizać jej rękę.
Kławdia znała każdą po imieniu, pamiętała rodowód i cechy charakteru.
Oto Zorka — kapryśna, lubi, kiedy ją drapią za uchem.
Oto Noczka — spokojna, flegmatyczna.
A tam Bielianka — niezła psotnica, wiecznie próbuje wsadzić nos tam, gdzie nie trzeba.
— No proszę, pokaż się — Kławdia podeszła do stanowiska, gdzie stała młoda jałówka, kupiona zeszłej jesieni.
— Coś ty dziś taka cichutka, kochana.
Obejrzała zwierzę, sprawdziła puls, zajrzała do pyska.
Wszystko było w porządku.
Pewnie po prostu się zamyśliła, jak każda dziewczyna w jej wieku.
W porze obiadu przyjechała komisja.
Trzech mężczyzn w surowych garniturach i jedna kobieta w okularach z grubą oprawką.
Kierownik farmy, Nikołaj Iwanowicz, miotał się między nimi, starając się im dogodzić.
Kławdia trzymała się spokojnie i pewnie.
— To nasza weterynarz, Kławdia Pietrowna — przedstawił ją kierownik.
— Pracuje u nas trzydzieści lat. Najlepsza specjalistka w rejonie.
— Bardzo mi miło — kobieta w okularach rzuciła Kławdii uważne spojrzenie.
— Pokaże nam pani dokumentację?
W gabinecie Kławdia rozłożyła na stole księgi ewidencyjne, zaświadczenia weterynaryjne i plany szczepień.
Komisja studiowała papiery i zadawała pytania.
Kławdia odpowiadała jasno i rzeczowo.
— Wszystko jest w porządku — podsumowała w końcu kobieta.
— Prowadzą państwo ewidencję kompetentnie. Teraz chcielibyśmy zobaczyć zwierzęta.
Znów poszli do obory.
Kławdia pokazywała i opowiadała.
Zatrzymali się przy stanowisku, gdzie leżała krowa o imieniu Malwina.
Miała się ocielić lada dzień.
— Ta wymaga szczególnej uwagi — wyjaśniła Kławdia.
— Pierwsze wycielenie, wszystko może się zdarzyć. Kiedy się zacznie, będę tu nocować.
— Poświęcenie — mruknął jeden z mężczyzn.
— To nie poświęcenie — poprawiła go łagodnie Kławdia.
— To odpowiedzialność. Ona mi zaufała, nie mogę jej zawieść.
Komisja odjechała, zostawiając wniosek: „Pracuje zadowalająco”.
Dla Kławdii to był komplement.
Wróciła do gabinetu, zdjęła fartuch i sięgnęła po swoje jarzębinowe botki.
Ręka natrafiła na pustkę.
Kławdia zamarła, potem uklękła i zajrzała pod wieszak.
Botków nie było.
Przeszukała cały gabinet, wyjrzała na korytarz, wypytała sprzątaczkę, ciocię Zinę.
— Nie widziałam twoich butów, Klawa. Może sama gdzieś odłożyłaś?
— Jak to odłożyłaś? Ja je zawsze stawiam tutaj — głos Kławdii zadrżał.
Wyszła na ganek.
Buty zewnętrzne, które zostawiali pracownicy, stały w rzędzie.
Czyjeś kirzowe buty, czyjeś trzewiki, kalosze.
Jarzębinowych botków nie było.
Kławdia poczuła, jak do gardła podchodzi jej gula.
Głupstwo, oczywiście, płakać przez buty, ale to nie były zwykłe botki.
To była jej mała radość, jej dziwactwo, jej indywidualność.
— Kławdio Pietrowno, wołają panią do owczarni — krzyknęła przebiegająca dojarka Nina.
— Z jedną matką coś nie tak.
Kławdia otarła oczy, wciągnęła stare, rozchodzone buty i poczłapała przez błoto do owczarni.
Nogi przemokły od razu.
Buty wydawały nieprzyjemny chlupot.
W owczarni utknęła na jakieś dwie godziny: u owcy zaczął się przedwczesny poród, a jagnię szło źle ułożone.
Musiała wycierać ręce o fartuch, bo nie miała chusteczki, i cały czas myślała o zniknięciu botków.
Wieczorem Kławdia była wyraźnie przygaszona.
Do domu wracała, wlokąc mokre buty, nie zauważając kałuż.
W domu przywitał ją zaniepokojony Stepan.
— Klawa? Co się stało? Nie jesteś do siebie podobna.
— Zniknęły moje botki, Stiopa. Te jarzębinowe — wydusiła i rozpłakała się.
Stepan objął ją i przytulił do piersi.
Pachniała owczarnią i deszczem, ale dla niego był to najbliższy sercu zapach na świecie.
— Nie płacz, matko. Kupię ci nowe. Pojadę do miasta, znajdę takie same, choćbym miał spod ziemi wykopać.
— Nie trzeba, Stiopa. Nie o botki chodzi — zaszlochała Kławdia.
— Tylko o to, że ktoś mógł tak postąpić. Po co? Przecież nikomu nie robię krzywdy.
— Ludzie są różni — westchnął Stepan.
— Chodź, napijemy się herbaty. Jutro będzie nowy dzień.
Nowy dzień nastał ponury i szary.
Kławdia ubrała się skromnie: ciemne spodnie, szara bluzka, włosy spięła w kok.
Nie pomalowała ust.
W jarzębinowych botkach nie chodziło tylko o kolor — dodawały jej pewności siebie, pozwalały jej być sobą.
Bez nich jakby przygasła, starła się.
Na farmie odprowadzano ją zdziwionymi spojrzeniami.
— Kławdio Pietrowno, a gdzie pani… no, te… — zaczęła niepewnie młodziutka dojarka Marina.
— Zginęły — odpowiedziała krótko Kławdia i weszła do gabinetu.
Wieść o zniknięciu rozeszła się szybko.
Kobiety szeptały w oborze, mężczyźni wymieniali spojrzenia.
Tylko Głasza, ciężka i milcząca cielętniczka, podeszła do Kławdii i wsunęła jej do ręki jeszcze ciepły pierożek.
— Trzymaj. Z kapustą. Nie zamartwiaj się tak.
— Dziękuję, Głasza — Kławdia uśmiechnęła się przez łzy.
Dni ciągnęły się szarym szeregiem.
Kławdia pracowała, ale bez iskry.
Nawet do krów zwracała się ciszej niż zwykle.
Zorka, wyczuwając zmianę, trącała ją pyskiem w dłoń i żałośnie muczała.
— Już, już, kochana — głaskała ją Kławdia.
— Wszystko dobrze.
Ale nie było dobrze.
Stepan przywiózł z miasta nowe buty — czarne, na grubej podeszwie, wygodne i praktyczne.
Kławdia podziękowała, założyła je, ale były obce.
Przestała nawet psikać się swoim ulubionym perfumem „Biały bez” — po co, skoro nie ma dokąd iść i kogo cieszyć?
Pewnego wieczoru, wracając do domu, Kławdia zauważyła przy drodze coś jaskrawego.
Serce zabiło jej mocniej.
Podeszła bliżej — to był kawałek paczki po papierosach, czerwono-biały, mokry od deszczu.
Kławdia wyprostowała się i poszła dalej.
Nadzieja topniała.
Zbliżał się ósmy marca.
W klubie szykowano koncert, do sklepu dowieźli więcej towaru, mężczyźni z troską ukrywali przed żonami zawiniątka.
Kławdia nie myślała o święcie.
Miała wrażenie, że razem z botkami wyjęto z niej coś ważnego, oś, która trzymała ją prosto.
Stepan od rana nakrył do stołu, kupił kwiaty — mimozę, pachnącą i puszystą — oraz pudełko cukierków.
Córki zadzwoniły z miasta, złożyły życzenia i obiecały przyjechać na majówkę.
— Klawa, może dziś się wystroisz? — zaproponował ostrożnie Stepan.
— Załóż tę swoją liliową sukienkę. Tak ci w niej ładnie.
— Nie chcę, Stiopa. Wybacz.
I wtedy Stepan zrozumiał: bez jej botków nie będzie święta.
Założył kurtkę i poszedł na farmę.
Przeszedł się po oborach, porozmawiał z mężczyznami, zajrzał do owczarni.
Zatrzymał się przy cielętniczce Głaszy.
— Słuchaj, Glafira. Ty jesteś mądra baba, wszystko widzisz, wszystko wiesz. Kto ukradł buty Kławki?
Głasza podniosła na niego ciężkie spojrzenie.
— A po co ci to?
— Po to, że ona usycha. Marnieje w oczach. A jutro święto, a moja żona to jak nie moja żona. Oddaj, jeśli wiesz.
Głasza pomilczała, potem ciężko westchnęła.
— Nie ja brałam. Ale wiem, kto. Tylko prosiła, żebym nie wydawała. Mówiła, że sama się przyzna.
— Kiedy?
— Jak sumienie przemówi. Może już przemówiło.
Ósmego marca Kławdia przyszła do pracy jeszcze przed świtem.
Musiała sprawdzić cielne krowy.
W gabinecie zapaliła światło i aż westchnęła z zaskoczenia.
Na krześle, starannie ustawione obok siebie, stały jej jarzębinowe botki.
Czyste, umyte, lśniące.
Obok leżała kartka wyrwana z zeszytu w kratkę, nierównym pismem: „Proszę wybaczyć, Kławdio Pietrowno. Byłam głupia. Wesołego święta”.
Kławdia chwyciła botki i przycisnęła je do piersi.
W drzwiach gabinetu stała Głasza z wiadrem.
— Znalazły się? — zapytała, jak gdyby nigdy nic.
— Głasza… Wiesz, czyja to robota?
— Moja — rozległ się głos z korytarza.
Do gabinetu weszła Zinaida, młoda dojarka, ta sama, która kiedyś pytała o botki.
Policzki płonęły jej ogniem, oczy miała pełne łez.
— To ja je wzięłam. Schowałam za deskami w przybudówce. Chciałam zażartować, a potem bałam się przyznać. Myślałam, że pani zapomni, kupi nowe. A pani… pani chodziła jak nieżywa. I zrobiło mi się tak strasznie źle. Dziś w nocy poszłam, wyjęłam je, umyłam. Proszę mi wybaczyć, na Boga proszę.
Zinaida zaszlochała i zakryła twarz rękami.
Kławdia patrzyła na nią i czuła, jak w środku puszcza ten ból, który siedział tam przez wszystkie te tygodnie.
— Zina — powiedziała cicho.
— Chodź tu.
Zinaida podeszła, nie śmiejąc podnieść oczu.
Kławdia ją objęła.
— Głuptasie ty. Czy za takie rzeczy prosi się o przebaczenie? Za to nie przebacza się tak po prostu. Za to… za to się dziękuje.
— Za co? — Zinaida podniosła mokre oczy.
— Za to, że oddałaś. Za to, że masz sumienie. To znaczy, że jesteś człowiekiem. Idź do pracy. I więcej tak nie rób.
Zinaida wybiegła z gabinetu.
Głasza chrząknęła, chwyciła wiadro i poszła za nią.
Kławdia została sama.
Powoli, z przyjemnością, zdjęła czarne, nudne buty i założyła swoje jarzębinowe.
Wstała i przeszła się po gabinecie.
Obcasy zastukały po podłodze i ten dźwięk wydał jej się najpiękniejszą muzyką na świecie.
Wyjęła z szuflady małe lusterko, poprawiła usta, ułożyła włosy.
Do drzwi zapukano.
— Tak, proszę wejść.
Wszedł kierownik, Nikołaj Iwanowicz.
— Kławdio Pietrowno, wszystkiego najlepszego z okazji święta. Tam przy numerze czternaście coś jest nie tak, proszę podejść, spojrzeć.
— Już idę, Nikołaju Iwanowiczu.
Narzuciła fartuch na swój skromny sweter, ale fartuch się rozchylił i kierownik zobaczył jarzębinowe botki.
Uśmiechnął się pod wąsem.
— O, wróciły uciekinierki?
— Wróciły — uśmiechnęła się Kławdia.
— Wróciły do domu.
W oborze czekały na nią pracownice.
Jedne chowały wzrok, inne uśmiechały się otwarcie.
Zinaida stała w dalekim kącie i miętosiła fartuch.
— Dziewczyny — powiedziała głośno Kławdia.
— Dziękuję wam za wszystko. Wesołego święta.
Podeszła do numeru czternaście — krowy o imieniu Wiosna.
Ta niespokojnie przebierała nogami i muczała.
— No, no, co ci jest, piękna?
Kławdia zbadała zwierzę.
Wszystko zrozumiała od razu.
— Nikołaju Iwanowiczu, ona ocieli się dzisiaj. Za jakieś dwie-trzy godziny. Trzeba przygotować porodówkę.
Zrobiło się zamieszanie.
Kławdia wydawała polecenia jasno i spokojnie, jakby tych tygodni smutku w ogóle nie było.
W jarzębinowych botkach chodziła po oborze, a wszystko wokół znów nabierało sensu.
Wieczorem, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, na świat przyszedł cielak.
Mokry, śmieszny, na cienkich nóżkach.
Kławdia odbierała poród, mówiąc do niego czułe słowa.
Kiedy cielak wstał i przytulił się do matki, wyprostowała się i uśmiechnęła.
— Żyj, maleńki. Żyj.
Do domu wracała w jarzębinowych botkach, niosąc w rękach bukiet mimozy, który jedna z pracownic wsunęła jej prosto w oborze.
Na niebie zapalały się pierwsze gwiazdy.
Gdzieś szczekały psy, pachniało dymem i wiosną.
Kławdia szła i myślała, że życie toczy się dalej.
Że urazy mijają, a dobro zostaje.
Że ważne nie jest to, co masz na sobie, lecz to, co masz w środku.
Ale jeśli w środku wszystko jest dobrze, to i jarzębinowe botki mają prawo istnieć.
Mają prawo cieszyć oko i grzać duszę.
W domu czekał Stepan.
Nakryty stół, kwiaty, cukierki.
Na kuchni skwierczały ziemniaki z grzybami.
— Wróciłaś? — omiótł ją wzrokiem i uśmiechnął się.
— Widzę, że uciekinierki są w domu.
— W domu, Stiopa. Wszyscy w domu.
Podeszła do niego, objęła go i wtuliła nos w jego ramię.
— Dziękuję.
— Za co?
— Za to, że jesteś. Za to, że czekasz. Za to, że kochasz mnie taką, głupio wystrojoną.
— Ty nie jesteś głupia — powiedział Stepan, głaszcząc ją po głowie.
— Ty jesteś cudem. Najprawdziwszym. W jarzębinowych botkach.
Usiedli do kolacji.
Za oknem zapadał zmierzch, w domu było ciepło i przytulnie.
Kławdia patrzyła na męża, na jego spracowane, dobre ręce, na jego zmęczone oczy, i myślała, że szczęście to mieć kogo kochać i mieć kogoś, kto kocha ciebie.
A cała reszta — jarzębinowe botki, perfumy, stroje — to tylko jaskrawe kolory na tym płótnie.
Bez nich jest nudno, ale najważniejsze jest płótno.
Najważniejsza jest podstawa.
Uśmiechnęła się do własnych myśli i przysunęła Stepanowi miseczkę z konfiturą.
— Proszę, jedz. Twoja ulubiona, wiśniowa.
— Dziękuję, Klawa. Wesołego święta.
— I tobie, Stiopa. Dziękuję, że jesteś mój.
Za oknem zaczynała się wiosna.
W jarzębinowych botkach stojących przy progu odbijało się światło lampki stołowej.
A w oborze, pod czujnym okiem starej Zorki, spał nowo narodzony cielak, któremu dopiero miało przyjść się dowiedzieć, że świat to nie tylko ciepło matczynego boku, lecz także zapach siana i dobre ręce kobiety w śmiesznych, jaskrawych botkach, która umie leczyć i przebaczać.
Minął miesiąc.
Kławdia znów paradowała w pracy w jarzębinowych botkach, choć teraz przecierała je szmatką po każdym dniu pracy.
Z Zinaidą się zaprzyjaźniły.
Dziewczyna okazała się bystra i pracowita, po prostu wtedy się zapędziła, chciała zwrócić na siebie uwagę.
Kławdia wzięła ją na pomocnicę i uczyła tajników weterynarii.
W dniu, gdy przyszła prawdziwa wiosna i zakwitły sady, na farmie wydarzyło się coś szczególnego.
Przyjechali dziennikarze z gazety obwodowej — pisać reportaż o wzorowym gospodarstwie.
Zobaczyli Kławdię, jej jasne botki, jej uśmiech, jej krowy, które wyciągały się do niej jak do matki.
— Możemy zrobić pani zdjęcie? — zapytał młody fotograf.
— Można — roześmiała się Kławdia.
— Tylko proszę, żeby botki były w kadrze. Są u mnie sławne.
Fotograf nacisnął migawkę.
A tydzień później gazeta dotarła do rejonu.
Na pierwszej stronie — Kławdia Pietrowna w jarzębinowych botkach, pochylona nad cielakiem.
Tytuł: „Lekarka w jarzębinowych butach. Historia jednej miłości do swojej pracy”.
Kławdia czytała i nie wierzyła własnym oczom.
Ona, zwykła wiejska kobieta — i na pierwszej stronie!
Stepan chodził dumny, pokazywał sąsiadom.
— To moja! Piękna!
Tego wieczoru Kławdia siedziała na ganku i patrzyła na zachód słońca.
Jarzębinowe botki stały obok, wypolerowane na błysk.
Głaskała je dłonią jak starych przyjaciół.
— No co, moje drogie — szepnęła.
— Pożyjemy jeszcze trochę?
Gdzieś w oddali zamuczała krowa, druga jej odpowiedziała.
I w tym muczeniu Kławdia słyszała muzykę życia — prostego, złożonego, ale tak pięknego.
Wstała, założyła botki i weszła do domu.
Tam czekała kolacja, czekał mąż, czekało życie.
A jarzębinowe botki stukały po schodkach, odliczając chwile szczęścia, które, jeśli się dobrze przyjrzeć, są rozsypane wokół nas hojną ręką — trzeba tylko chcieć je zobaczyć.







