Mąż był pewien, że produkty „same pojawiają się w lodówce”.

Przestałam chodzić do sklepu — i on przestał być taki pewny siebie.

Alisa stała przy oknie, obserwując zimowy moskiewski krajobraz, i powoli obracała na palcu obrączkę.

Na kuchennym stole leżał paragon z supermarketu.

Długi, biały, jak kapitulacja, wił się między cukiernicą a niedopitą filiżanką kawy.

Roma, jej mąż, siedział naprzeciwko i studiował ten paragon z miną prokuratora, który odkrył defraudację na szczególnie wielką skalę.

Był przystojny tą błyszczącą, trochę plastikową urodą, która z biegiem lat nie blaknie, tylko staje się bardziej bezczelna.

— Naprawdę kupiłaś ser za czterysta rubli? — Roma uniósł brwi tak wysoko, że prawie dotknęły linii włosów.

— Alisa, to rozbój.

— Co, mamy w domu smakoszy-myszy?

Czytałem na blogu jakiegoś finansisty, że produkt serowy nie różni się składem.

To wszystko marketing.

Alisa westchnęła.

Zaczyna się.

Kolejny wykład od człowieka, który ostatni raz był w sklepie spożywczym w epoce prehistorycznego materializmu.

— Roma, to nie ser za czterysta.

To dwieście gramów sera za czterysta.

I to jeszcze w promocji — odparła spokojnie.

— A ten produkt serowy, o którym mówisz, topi się tylko razem z talerzem.

Roma prychnął i odchylił się na krześle.

Wyraźnie czuł się panem sytuacji.

— Po prostu nie umiesz prowadzić domu, kochanie.

Kobieta powinna być strażniczką ogniska domowego, a nie rozrzutnicą.

Jestem pewien, że jeśli podejść do sprawy z głową, można obciąć wydatki o połowę.

Jedzenie to nie luksus.

W gruncie rzeczy powinno kosztować grosze, jeśli zna się odpowiednie miejsca.

A tobie nie chce się szukać.

— Nie chce mi się? — Alisa poczuła, jak w środku zaczyna wrzeć zimna wściekłość.

— Dobrze.

Zróbmy tak.

Skoro jesteś takim ekspertem od logistyki i finansów, ogłaszam moratorium.

Przez miesiąc nie chodzę do sklepu.

W ogóle.

Będziemy żyć z twoich „ukrytych rezerw” i tego, co zdobędziesz swoim genialnym umysłem.

Roma rozpłynął się w zadowolonym uśmiechu, poprawiając kołnierzyk koszuli.

— Elementarne, Watsonie.

Zobaczysz, jak prawdziwy mężczyzna rozwiązuje problemy.

Założysz się, że za tydzień będziesz mnie błagać, żebym nauczył cię oszczędzania?

Już teraz dwoma kliknięciami zamówię wszystko, co potrzebne, i jeszcze zostanie reszta na piwo.

Alisa w milczeniu wzięła paragon, zmięła go w kulkę i celnym pstryknięciem posłała do kosza.

— Zobaczymy, Roma.

Zobaczymy.

Tylko jedno: żadnego dzwonienia do mamusi i skarżenia się, że cię głodzą.

— Och, jakbym potrzebował twojej pomocy — machnął ręką, wyciągając telefon.

— Zaraz znajdę kod rabatowy i kurierzy sami przylecą.

Zaczął stukać palcem w ekran, mamrocząc coś o „głupich babach” i „systemie”.

Alisa oparła się o framugę drzwi.

— Roma, ten kod rabatowy działał do wczoraj.

I tylko na pierwsze zamówienie, które zrobiłeś trzy lata temu — zauważyła cicho.

Roma znieruchomiał.

Jego palec zawisł nad ekranem, a twarz na sekundę wykrzywiła się jak u dziecka, któremu zabrano cukierka, ale zaraz przywdział maskę wyższości.

— Pff, to był test!

Znajdę inny.

Najważniejsza jest strategia!

Szarpnął ręką, telefon wyślizgnął mu się z dłoni i z głuchym pluskiem wpadł do talerza owsianki.

Krople poleciały na jego idealnie wyprasowaną koszulę.

Roma siedział, ociekając owsianką, jak pomnik ludzkiej głupoty, którego zapomniano przykryć przed renowacją.

Pierwsze dwa dni minęły w atmosferze zimnej wojny.

Roma demonstracyjnie dojadał barszcz ugotowany przez Alisę jeszcze przed „wielką kłótnią” i za każdym razem przewracał oczami, pokazując, jakie to pyszne i jaki on jest niezależny.

Alisa milczała.

Jadła w pracy, a wieczorem piła herbatę.

Trzeciego dnia lodówka pokazała swoje prawdziwe, białe i puste wnętrze.

Poranek zaczął się od hałasu.

Roma szukał kiełbasy.

— Alisa!

A gdzie jest… ten… serwelat? — krzyknął z kuchni.

— W sklepie, Roma.

W tym samym, gdzie ceny to „marketing” — odpowiedziała z sypialni, nakładając krem na twarz.

Roma wszedł do pokoju już nie taki wylansowany.

Zarost przebijał się przez jego pewność siebie, a w brzuchu burczało mu tak głośno, jakby siedział tam mały traktor.

— Słuchaj, no przestań się dąsać.

Wczoraj zagrzebałem się w pracy, zapomniałem zamówić.

Zrób mi jajecznicę, spieszę się.

— Z czego? — Alisa odwróciła się do niego.

— Jajka skończyły się we wtorek.

— Jak to skończyły? — Roma szczerze się zdziwił.

— Zawsze tam były!

Na półce w drzwiach!

— Były tam, bo ja je tam wkładałam, kochanie.

Same tam nie przychodzą, nie mają nóżek.

Roma naburmuszył się.

Postanowił przejść do ataku.

— Po prostu jesteś złośliwa.

Na pewno gdzieś jest schowek z zapasami.

Porządna gospodyni zawsze ma coś odłożone.

Kasza, konserwy…

Rzucił się do szafki z kaszami, otworzył drzwiczki i triumfalnie chwycił słoik.

— Aha!

Jest!

Gryka!

Mówiłem!

Teraz ugotuję i utrę ci nosa!

Alisa nawet się nie odwróciła.

— Roma, to karma dla papugi, której nie mamy już od dwóch lat.

Używam tego słoika na sól.

Jest tam sól.

Gruba.

Roma zamarł ze słoikiem w ręku.

Powoli odkręcił wieczko, polizał palec, dotknął zawartości i spróbował.

Twarz mu się skrzywiła, zmieniając się w pieczoną gruszkę.

Zakaszlał, upuścił słoik i sól runęła białą kaskadą na jego skarpety.

Stał pośrodku kopca soli, czerwony i żałosny, jak polarnik, którego zapomniano zabrać z dryfującej kry.

Tego samego wieczoru zadzwoniła Elena Andriejewna, teściowa.

— Alisoczka, kochanie, cześć — jej głos brzmiał radośnie.

— Słuchaj, co się u was dzieje?

Romka dzwonił, prosił o pożyczenie pieniędzy „do wypłaty”.

Mówi, że posadziłaś go na diecie, ty tyranko.

Śmieje się niby, ale głos ma smutny.

Alisa prychnęła.

— Eleno Andriejewno, mamy eksperyment.

Roma udowadnia, że jedzenie to bzdura i samo pojawia się w domu siłą męskiej myśli.

Teściowa zamilkła na chwilę, a potem wybuchnęła śmiechem — niskim, donośnym.

— Ach, idiota…

Wdał się w ojca.

Tamten też myślał, że kurz sam znika, dopóki nie wyjechałam służbowo na miesiąc.

Wróciłam — a on wydeptał ścieżki w korytarzu.

Trzymaj się, córeczko.

Jak co, przyjeżdżaj do mnie na pielmieni.

A jego nie wpuszczę, niech się uczy.

To było potężne wsparcie.

Ale Roma się nie poddawał.

Jego urażone ego domagało się rewanżu.

I wymyślił plan, który miał moralnie zniszczyć Alisę.

W piątek wrócił do domu promieniejący.

W rękach trzymał torbę.

Małą.

W środku brzęczało coś szklanego.

— Alisa — oznajmił uroczyście.

— Jutro będziemy mieć gości.

Wadim Pietrowicz z żoną.

Alisie omal nie wypadła książka z rąk.

Wadim Pietrowicz był szefem Romy, człowiekiem, od którego zależała jego premia i kariera.

— Zwariowałeś? — wyszeptała.

— W lodówce jest tylko światło i zapach nadziei.

Czym ich nakarmisz?

— No właśnie, kochanie, to twoja szansa, żeby się zrehabilitować — Roma niedbale rzucił na stół banknot pięćsetrublowy.

— Ja, łaskawie, kupiłem butelkę wina.

A ty wymyśl przekąski.

Jakieś sałatki, coś ciepłego.

No, jak umiesz.

Pokaż klasę.

Nie ośmiesz mnie przed szefem.

Masz dobę.

— Pięćset rubli? — Alisa patrzyła na banknot jak na owada.

— Roma, za to można kupić chleb, jajka i majonez.

Chcesz nakarmić szefa kanapkami z majonezem i jajkiem?

Roma przewrócił oczami, poprawiając fryzurę przed lustrem w przedpokoju.

— Och, nie rób z siebie biednej.

Wiem, że masz zapasy w zamrażarce.

Kurczak, mięso.

Kobieta powinna umieć zrobić z niczego awanturę, kapelusik i sałatkę.

Włącz wyobraźnię!

Przecież jesteś sprytna, kiedy chcesz.

Puścił do niej oko i poszedł pod prysznic, pogwizdując.

— Włączyć wyobraźnię? — szepnęła Alisa w pustkę.

— Będziesz miał wyobraźnię, Romoczka.

Dostaniesz taką sałatkę, że do końca życia jej nie strawisz.

Sobota.

Wieczór.

Mieszkanie lśniło czystością — Alisa zrobiła to specjalnie z zasady.

Stół był nakryty białym obrusem.

Stała najlepsza zastawa.

Kryształowe kieliszki błyszczały.

Roma się denerwował.

Biegał od okna do drzwi, poprawiając krawat.

— No i gdzie jest jedzenie?

Gdzie zapachy?

Dlaczego z kuchni nie pachnie czymś pysznym? — syczał.

— Wszystko jest w piekarniku, kochanie.

Niespodzianka.

Podaje się na gorąco — Alisa uśmiechała się tajemniczo.

Miała na sobie wieczorową suknię, była piękna i spokojna jak boa dusiciel przed obiadem.

Zadzwonił dzwonek do drzwi.

Wadim Pietrowicz okazał się postawnym mężczyzną o czerwonej twarzy, a jego żona — drobną damą z zaciśniętymi ustami.

— Proszę, proszę! — Roma rozpływał się w uprzejmościach.

— Dziś mamy skromną domową kolację, ale Alisa… moja żona… to czarodziejka.

Z siekiery ugotuje kaszę!

Goście usiedli przy stole.

Roma nalał wino (tanie, promocyjne, po którym Wadim Pietrowicz ledwie zauważalnie się skrzywił).

— No, gospodyni, nie każ nam czekać! — powiedział Roma głośno, próbując ukryć drżenie w głosie.

— Nieś arcydzieło!

Alisa uroczyście kiwnęła głową i poszła do kuchni.

Wróciła po minucie z ogromną srebrną paterą, przykrytą błyszczącą pokrywą.

Postawiła ją na środku stołu.

Wszyscy zamarli.

W powietrzu pachniało intrygą.

— To specjalne danie — powiedziała Alisa słodkim głosem.

— Przepis mojego męża.

Nazywa się „Męska oszczędność”.

Roma zbladł.

Czuł, że coś jest nie tak, ale nie było już odwrotu.

Alisa teatralnym gestem zdjęła pokrywę.

Na ogromnej paterze leżała najzwyklejsza przekąska: starannie pokrojony chleb, plasterki jajka na twardo i cienka siateczka majonezu — równa, niemal demonstracyjnie przyzwoita.

Nic „świątecznego”, nic „wyjątkowego”.

Po prostu jedzenie.

Ale właśnie ta normalność z jakiegoś powodu wyglądała jak policzek.

Pauza się przeciągała.

Powietrze jakby zgęstniało i nikt nie odważył się pierwszy udawać, że tak właśnie miało być.

Wadim Pietrowicz przeniósł wzrok z patery na Romę.

Żona szefa zacisnęła usta tak mocno, że niemal zniknęły.

— To… jakiś żart? — zapytał szef ochryple.

Roma spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego grymas podobny do szczerzenia czaszki.

— E-e-e… no, to… sztuka współczesna… performance… — zabeczał, próbując uratować sytuację, ale słowa grzęzły mu w gardle.

— Alisa po prostu… ma specyficzne poczucie humoru… Ha-ha…

— Świetne poczucie humoru — powiedziała głośno Alisa.

— Roma uważa, że jedzenie rośnie w lodówce jak grzyby po deszczu.

A wydawanie na nie pieniędzy to marnotrawstwo.

Proszę bardzo, Wadimie Pietrowiczu, częstuj się.

To budżet zatwierdzony przez pańskiego głównego analityka.

Roma zerwał się na równe nogi.

— Ty!

Co ty wyprawiasz?! — zapiszczał falsetem.

— Ośmieszyłaś mnie!

Przed szefem!

— Ja? — Alisa uniosła brwi ze zdziwieniem.

— Ja tylko wykonałam zadanie.

Ty dałeś budżet, ty dałeś polecenie.

„Zrobić sałatkę z niczego”.

Proszę bardzo, sałatka z rzeczywistości.

Smacznego.

W tej chwili w przedpokoju szczęknął zamek.

To była Elena Andriejewna.

Miała własne klucze i najwyraźniej postanowiła sprawdzić, czy synowa przeżyła.

Weszła do pokoju, niosąc wielki garnek owinięty w ręcznik.

Zapachniało prawdziwymi domowymi pielmieniami.

Teściowa rzuciła okiem na scenę.

— O, jestem w samą porę — oznajmiła donośnie.

— Widzę, że Roma prezentuje swój biznesplan?

Wadim Pietrowicz nagle wybuchnął śmiechem.

Głośnym, donośnym.

— Eleno Andriejewno!

Wybawicielko! — wstał.

— Romanie, ucz się od matki i żony.

Bo przy takiej oszczędności to nie tylko raportu kwartalnego nie dowieziesz, ale i nogi wyciągniesz.

Roma stał, łapiąc powietrze ustami, jak człowiek, który zawsze „załatwiał”, a tu nagle okazało się, że załatwiają bez niego.

Wieczór skończył się zaskakująco ciepło.

Wadim Pietrowicz z przyjemnością jadł pielmieni Eleny Andriejewny, chwalił Alisę i całkowicie ignorował Romę, który siedział w kącie jak zbity pies i żuł suchą skórkę chleba (jedyne, co znalazło się w chlebaku).

Kiedy goście wyszli, Roma, ośmielony, spróbował urządzić awanturę.

— Ty… ty potworze! — syczał.

— Wrobiłaś mnie!

Tego ci nie wybaczę!

Musiałaś coś wykombinować!

Alisa w milczeniu wyjęła z szafy walizkę.

Walizkę Romy.

— Co ty robisz? — urwał.

— Kombinuję, Roma.

Jak wyjść z twojego życia.

Ale ponieważ mieszkanie jest moje, to ty będziesz się kombinować.

Do mamy.

— Do mamy? — Roma osłupiał.

— Ona mnie nie wpuści…!

Elena Andriejewna, która kończyła zmywać naczynia, wytarła ręce i odwróciła się.

— Dlaczego miałabym nie wpuścić?

Wpuszczę.

Akurat na działce płot się przechylił, ogródek trzeba przekopać.

I wiesz, synku, sklep jest daleko.

Bardzo daleko.

Potrenujesz umiejętność materializowania jedzenia z powietrza.

Pomieszkasz miesiąc, schudniesz, zmądrzejesz.

Roma przenosił wzrok z matki na żonę.

Jego świat, w którym był królem i bogiem, runął.

— Ale ja… ja pracuję… nie mogę jechać na działkę… — wybełkotał żałośnie.

— Popracujesz zdalnie.

Internet ci odłączyłam, oszczędziłam — ucięła Elena Andriejewna.

— Będziesz wysyłał listy gołębiami.

Przecież jesteś u nas mistrzem niestandardowych rozwiązań.

Roma wyjechał godzinę później.

Z jedną walizką i paczką makaronu, którą Alisa wręczyła mu „na początek”.

Wyglądał na zgarbionego i małego, jakby wypuszczono z niego całe powietrze samozadowolenia.

Alisa zamknęła drzwi.

Alisa się uśmiechnęła.

Po raz pierwszy od miesiąca czuła się nie gospodynią domową, nie „rozrzutnicą”, lecz po prostu szczęśliwą kobietą, która właśnie wygrała najważniejszą bitwę w swoim życiu.

I lodówka przestała wydawać się pusta — była gotowa napełnić się tym, co sama wybierze.

Bez rad, wyrzutów i „ekonomistów” z dziurą w kieszeni.