Zatowarowałeś lodówkę swojej matce, a żreć przyszedłeś do mnie? – Inga zatrzasnęła drzwi przed nosem zalotnika.

Inga Pietrowna mieszała barszcz z taką miną, jakby nie gotowała zupy warzywnej na kurzym rosole, tylko czarowniczy eliksir na przyciągnięcie szczęścia.

W kuchni panował ten szczególny, gęsty zaduch, jaki bywa tylko w zimie w blokach z wielkiej płyty, kiedy kaloryfery grzeją tak, jakby chciały nadrobić epokę lodowcową, a okna nie otworzysz — bo przeciąg od razu uderza w krzyże.

Na zegarze była za kwadrans siódma.

Czas strategicznego czekania.

Inga odłożyła chochlę i krytycznie obejrzała stół.

Słonina z różowymi żyłkami, pokrojona w cienkie, niemal przezroczyste plasterki.

Czarny chleb — ten sam, „Borodiński”, zbity i wilgotny.

Śmietana w miseczce.

Zielenina, której pęczek kosztował dziś tyle, że aż się chciało sadzić koperek na parapecie zamiast pelargonii.

Wszystko było gotowe na przyjęcie drogiego gościa.

Drogiego w każdym sensie.

Walerij Siergiejewicz, mężczyzna postawny, z dostojną siwizną na skroniach i umiejętnością noszenia szalika tak, jakby nie był dyspozytorem w taksówkach, tylko niedocenionym artystą, pojawił się w życiu Ingi trzy miesiące temu.

Poznali się klasycznie — w kolejce w przychodni, do gabinetu fizjoterapii.

Inga leczyła kolano, Walera — bark.

Wspólny ból, jak wiadomo, zbliża lepiej niż wspólna zabawa.

Najpierw były spacery.

Walera ładnie mówił o polityce, ganiał młodzież za to, że „żyje w telefonach”, i zachwycał się tym, jak Inga trzyma plecy.

Potem spacery zamieniły się w herbatki.

A w ostatnim miesiącu Walera przeszedł na tryb „pełny pensjonat”, zjawiając się na kolacji z punktualnością niemieckiego pociągu.

W przedpokoju rozśpiewał się natarczywie dzwonek do drzwi.

Inga westchnęła, poprawiła domową sukienkę i poszła otworzyć.

Serce zdradziecko nie drgnęło.

Kiedyś drgało, a teraz tam, w piersi, włączył się jakiś licznik, cichutko odliczający straty.

— Bon soir, moja królowo! — Walera stał w progu, rumiany od mrozu, pachnący ulicą i tanim tytoniem.

Ręce miał demonstracyjnie puste.

Ani kwiatuszka, ani czekoladki, ani nawet marnego bochenka chleba.

— Cześć, Waler, wchodź, — Inga odsunęła się.

Walera jak zwykle zrzucił buty (trzeba by wyprać wycieraczkę, znowu naniósł), powiesił kurtkę i gospodarskim krokiem ruszył do łazienki.

Szum wody, rześkie parskanie.

— Ingusiu! — dobiegło z łazienki. — A dałoby się świeży ręcznik? Ten jakiś wilgotny.

Inga wyjęła z szafy czysty, frotte ręcznik.

„Wilgotny, no jasne — pomyślała, rzucając ręcznik na pralkę. — Wczoraj się nim wycierałeś, a powiesić na suszarce to już wyższa matematyka, tu trzeba dwóch dyplomów”.

Przy stole Walera się odmienił.

Jego oczy zabłysły drapieżnie na widok barszczu.

— Och, Inga Pietrowna — zamruczał, wsuwając serwetkę za kołnierzyk koszuli. — Ty jesteś po prostu czarodziejką.

W naszych czasach, kiedy wszędzie sama chemia i GMO, znaleźć taką gospodynię to jak skarb wykopać.

Jadł łapczywie, szybko, z apetycznym mlaskaniem.

Inga patrzyła, jak w jego ustach znika słonina, jak ubywa chleba, a w głowie kręciły jej się cyfry.

Wieprzowina podrożała o piętnaście procent.

Kurczak — o dziesięć.

A Walera jadł tak, jakby w środku siedział mu mały, ale bardzo żarłoczny tasiemiec.

— Smakuje? — zapytała Inga, podpierając policzek ręką.

Sama nie tknęła jedzenia.

— Bosko! — wydyszał Walera, wycierając usta skórką chleba.

— Moja mama oczywiście też gotuje, ale u niej wszystko dietetyczne, na parze.

A facetowi, sama rozumiesz, energia potrzebna.

Mięso potrzebne.

Mama.

Zinaida Markowna.

Niewidzialny trzeci uczestnik ich biesiad.

Z opowieści Walery była to kobieta o świętej duszy i kruchej zdrowotności, wymagająca stałego wsparcia finansowego.

— Waler — zaczęła Inga okrężnie, kiedy on nakładał sobie dokładkę. — Dostałam rachunek za prąd.

Nabiło sporo.

I woda też.

Walera na sekundę zastygł z łyżką przy ustach, a jego twarz przybrała żałobny wyraz.

— No tak, z pracujących zdzierają trzy skóry — westchnął ponuro.

— U mamy w tym miesiącu w ogóle katastrofa.

Zniknęły importowane leki, trzeba było brać zamienniki, a one są trzy razy droższe, wyobrażasz sobie?

Wszystko, co miałem, oddałem jej.

Sam chodzę w starych butach, zaraz podeszwa odpadnie.

Poruszył demonstracyjnie nogą pod stołem.

Inga znała te buty.

Całkiem porządne, skórzane, jeszcze dwa sezony spokojnie posłużą.

— Chodzi mi o to, Waler — Inga ściszyła głos, starając się, żeby nie brzmiało to jak pretensja — może jakoś będziemy się dokładać?

No chociaż na jedzenie.

Ja też nie jestem córką milionera: mam pensję archiwalną, a nie złote kopalnie.

Walera odłożył łyżkę.

W jego spojrzeniu pojawiła się uraza zranionego jelenia.

— Inga… Nie spodziewałem się.

My przecież o wzniosłych sprawach, o uczuciach…

Naprawdę ta pogardzana codzienność ma stanąć między nami?

Myślałem, że mnie rozumiesz.

Mam teraz trudny okres.

Przejściowe kłopoty.

Jak tylko uporam się ze zdrowiem mamy, obsypię cię złotem!

Przysięgam!

„Złotem obsypie — pomyślała Inga, patrząc na plamę z barszczu na obrusie. — Kupiłbyś choć raz paczkę makaronu, poszukiwaczu złota”.

Ale na głos nic nie powiedziała.

Kobieca litość to straszna rzecz.

Niby rozumiesz, że cię wykorzystują, a i tak masz nadzieję: no już teraz, no już zaraz, przecież on jest dobry, tylko okoliczności takie.

Tydzień minął w trybie ostrego oszczędzania.

Inga, żeby nakarmić swojego „husarza”, zaczęła kombinować.

Kupowała kurze grzbiety na zupę, szukała akcji „2 w cenie 1” w odległym supermarkecie, taszczyła ciężkie torby, obrywając sobie ręce.

Walera za to przychodził, jadł, chwalił, oglądał telewizję na kanapie i szedł nocować do siebie, tłumacząc, że „mama się martwi, jeśli późno nie odbieram”.

Finał nastąpił w piątek.

Dzień był ciężki: w pracy był młyn, kierowniczka szalała, a na dworze od rana lał obrzydliwy deszcz ze śniegiem, zmieniając chodniki w lodowisko.

Inga wracała do domu obładowana jak juczny muł.

W jednej ręce — torba z ziemniakami i kapustą (ciężkie, ale tanie na bazarze), w drugiej — siatka z cebulą i butelka mleka.

Plecy bolały, a kolano, to samo leczone, przypominało o sobie ostrym bólem przy każdym kroku.

Pod klatką zatrzymała się taksówka.

Żółty samochód w kratkę.

Drzwi się otworzyły i stamtąd, sapiąc, zaczął wysiadać Walera.

Inga stanęła, żeby złapać oddech i przywitać się.

Ale słowa ugrzęzły jej w gardle.

Walera nie był sam.

To znaczy był sam, ale towarzyszył mu ładunek.

Wyciągnął z tylnego siedzenia dwie ogromne, wypchane, błyszczące torby z logo ekskluzywnego delikatesu, do którego Inga zaglądała tylko jak na wycieczkę — popatrzeć na ceny i się przerazić.

Torby były ciężkie.

Uchwyty napięły się jak struna.

Z wierzchu, drażniąc wyobraźnię, sterczał ogon porządnej ryby — nie jakiegoś mintaja, tylko szlachetnej pstrąga albo łososia.

Przez półprzezroczysty bok torby prześwitywał kij twardej wędzonej kiełbasy, puszka kawioru (taka zielona, charakterystyczna) i pudełko drogich czekoladek.

— O! Ingusiu! — Walera ją zauważył i przez ułamek sekundy się speszył, ale zaraz naciągnął na twarz swój firmowy uśmiech.

— A ja właśnie… do mamy jadę.

Postanowiłem zawieźć jej smakołyki.

Staruszce już mało radości zostało, tylko coś pysznego zjeść.

Inga spojrzała na swoje torby.

Brudne ziemniaki.

Cebula, z której sypała się łupina.

Mleko „w promocji”.

Potem przeniosła wzrok na walerowy „tabor zaopatrzeniowy”.

— Ładne smakołyki — głos Ingi zachrypł.

— Czerwona rybka?

Kawior?

— No tak — Walera poprawił uchwyt, twarz mu poczerwieniała od wysiłku.

— Lekarz powiedział: fosfor potrzebny, witaminy.

A kiełbaskę lubi suchą, żeby cienko kroić i delektować się.

Ja dla matki niczego nie żałuję: sam będę głodował, ale jej kupię.

„Głodował — odezwało się echem w głowie Ingi. — U mnie w kuchni”.

— Słuchaj, Ingusiu — Walera zjeżył się od wiatru. — Skoro już się spotkaliśmy… ty do domu?

Ja teraz do ciebie wpadnę, zostawię te torby w korytarzu, żeby ich nie targać.

Zjemy szybko kolację, ja tak zgłodniałem, sił nie mam, cały dzień na nogach!

A potem wezwę taksówkę i zawiozę to wszystko do mamy.

Bo ręce mi odpadają, słowo honoru.

W tej propozycji było tyle prostoty i bezczelności, że Inga nawet nie od razu znalazła odpowiedź.

Proponował wykorzystać jej mieszkanie jako przechowalnię, a ją samą — jako punkt żywienia, żeby zachować delicje na inne miejsce.

— Chodź — powiedziała krótko Inga.

Weszli do windy.

Zapachniało suchą kiełbasą i drogą rybą.

Ten zapach, nasycony i świąteczny, zdawał się wypierać całe powietrze z kabiny.

Walera sapał, przyciskając torby do siebie jak własne dzieci.

— Och, i ceny, Inga, och i ceny! — zaczął swoją zwyczajową piosenkę, gdy winda pełzła na piąte piętro. — Nie masz pojęcia, ile tam zostawiłem.

Połowę zaliczki!

Ale to przecież święte…

— Święte — powtórzyła Inga echem.

Drzwi się otworzyły.

Inga otworzyła mieszkanie.

Walera pierwszy wpadł do przedpokoju, z ulgą postawił swoje skarby na podłodze obok półki na buty.

— Uff! Już, ręce mi drżą.

Zaczął rozpinać kurtkę, przeczuwając przytulność.

— Co dziś mamy, Ingusiu?

Czuję, że pachnie kotlecikami?

Czy pulpecikami?

Ja bym teraz słonia zjadł!

Inga powoli postawiła swoje torby z ziemniakami na szafce.

Zdjęła czapkę.

Spojrzała na siebie w lustrze.

Zmęczona kobieta ze zmarszczkami przy oczach, w niedrogiej puchówce.

A obok — rumiany, zadowolony z życia mężczyzna, który przyszedł „szybko coś zjeść”.

Nagle zobaczyła to bardzo wyraźnie: on teraz usiądzie przy jej stole.

Będzie jadł jej pulpety, na które wczoraj wieczorem kręciła mięso, zamiast oglądać serial.

Będzie pił jej herbatę z cukrem.

A w przedpokoju, metr od niego, będą stały kawior i pstrąg, kupione za pieniądze, których on „nie ma”, żeby kupić chociaż bochenek chleba do tego domu.

To nie była tylko chciwość.

To był brak szacunku.

Totalna, ogłuszająca obojętność, owinięta w papier pięknych słów.

— Walera — powiedziała cicho Inga.

— Co? — on już ściągał drugi but.

— Załóż z powrotem buty.

Walera zastygł z jednym butem w ręce, balansując jak czapla.

— Nie rozumiem.

Co ty, Inga?

Coś się stało?

Rura pękła?

— Pękła, Walera.

Moja cierpliwość pękła.

— O co ci chodzi? — nadal się uśmiechał, ale uśmiech zrobił się zagubiony i głupi. — Ja jeść chcę.

Przecież sama zapraszałaś…

Inga podeszła do błyszczących toreb.

— Zatowarowałeś lodówkę swojej mamie na najwyższym poziomie?

Brawo.

Chwalę.

Syn roku.

To teraz idź do mamy.

Niech ci zrobi kanapkę z kawiorem.

Albo niech usmaży rybkę.

A u mnie, wiesz, stołówka socjalna zamknęła się na inwentaryzację.

Na zawsze.

— Ty… ty mnie wyrzucasz? — Walera opuścił nogę w skarpetce na brudną wycieraczkę.

Oczy mu się rozszerzyły.

— Przez jedzenie?

Inga, to niskie!

Wypominać mężczyźnie kawałek chleba?

Nie spodziewałem się po tobie takiej małostkowości!

— Małostkowość, Walera, to kiedy zdrowy łoś przez trzy miesiące żre u kobiety, która zarabia mniej od niego, i przy tym oszczędza na niej każdą kopiejkę, żeby kupować delicje do innego domu.

To nie małostkowość, to świństwo.

— To dla chorej matki! — zapiszczał Walera, a jego szlachetny baryton załamał się.

— To idź do matki! — Inga podniosła głos, czego zwykle nie robiła.

— Idź i jedz tam!

Razem z fosforem i omega-3!

Może ci sumienie odrośnie!

Otworzyła drzwi na oścież.

Z klatki powiało zimnem.

— Zabieraj swoje racje i wynoś się.

Walera poczerwieniał.

Potem pobladł.

Potem twarz mu poszła w plamy.

Zrozumiał, że kolacji nie będzie.

Pulpety odwołane.

Ciepła kuchnia i miękkie krzesło odwołane.

Pośpiesznie, plącząc się w rękawach, wciągnął kurtkę.

Chwycił swoje torby.

Zadźwięczało szkło.

— Głupia! — wypluł, stojąc już w progu.

— Histeryczka!

Stara panna!

Komu ty potrzebna ze swoimi kotletami!

Ja do ciebie z litości chodziłem!

— Leć, wujku Mitia — uśmiechnęła się krzywo Inga, przypominając sobie klasykę. — Bo kawior się zagrzeje i zepsuje.

Zatrzasnęła drzwi prosto przed jego nosem.

Głośno.

Soczyście.

Tak, że tynk pewnie się posypał.

Przekręciła zamek dwa razy.

Potem założyła łańcuszek.

I dla pewności szarpnęła klamkę.

Cisza.

Inga oparła się plecami o drzwi i zamknęła oczy.

Serce waliło jej gdzieś w gardle.

Ręce jej drżały.

„No i wszystko — pomyślała. — Znowu sama”.

Powoli poszła do kuchni.

Wzięła swoje torby.

Wysypała ziemniaki do szuflady pod zlewem.

Wyjęła mleko.

Na kuchence, na patelni, dusiły się pulpety w sosie pomidorowym.

Aromatyczne, miękkie.

Inga wyjęła talerz.

Nałożyła sobie trzy sztuki.

Obficie polała sosem.

Odkroiła kawałek czarnego chleba.

Nalała kieliszek — nie waleriany, tylko domowej nalewki z żurawiny, która stała w szafce „na wypadek przeziębienia”.

— No, za przejrzenie na oczy — powiedziała do ciszy.

Wypiła.

Przegryzła pulpeta.

Boże, jakie to było pyszne.

I co najważniejsze — nikt nie mlaskał nad uchem, nikt nie rozprawiał o geopolityce z pełnymi ustami i nikt nie patrzył na kawałek na jej talerzu oceniającym wzrokiem.

W kieszeni zapiszczał telefon.

SMS.

Od Walery.

„Inga, poniosło cię.

Jestem gotów wybaczyć ci ten wybuch.

Porozmawiajmy spokojnie.

Jestem na przystanku, zimno”.

Inga prychnęła, skasowała wiadomość i wrzuciła numer na czarną listę.

— Marznij, marznij, wilczy ogonie — mruknęła, wycierając talerz miękiszem chleba.

Przed nią był długi, spokojny wieczór.

Jutro — wolne.

I cały garnek pulpetów, których teraz starczy na jakieś trzy dni.

A za zaoszczędzone pieniądze można i siebie dopieścić.

Kupić na przykład ciastko.

Albo nowe kapcie.