Z jakiej racji w ogóle pani sobie ubzdurała, że ja będę z nim mieszkać.
— Katiuńciu, no poczekaj, no przestań, przecież nie jesteśmy obcymi ludźmi.

Pozwól choć słowo powiedzieć matce, której serce krwawi!
Ten głos, przesłodzony aż do obrzydzenia, jak nadgniły melon, sprawił, że Katia znieruchomiała z czipem do domofonu w dłoni.
Już miała przyłożyć plastikowy krążek do panelu, ale drogę zagrodziła jej masywna postać w ogromnym, wełnianym płaszczu z futrzanym kołnierzem, który zdawał się dusić swoją właścicielkę.
Larisa Giennadjewna wyłoniła się z mroku zimowego podwórka jak drapieżnik czatujący na ofiarę przy wodopoju.
Pachniała ciężkimi „dojrzałymi” perfumami i smażoną cebulą.
Zapachem, którego Katia nienawidziła aż do mdłości przez całe trzy lata, kiedy mieszkała z Igorem.
— Nie mam czasu na rozmowy, Lariso Giennadjewno — ucięła chłodno Katia, próbując ominąć kobietę.
— Wracam z pracy, jestem zmęczona, i najmniej na świecie mam ochotę omawiać pani krwawienia serca tutaj, na wietrze.
Ale była teściowa — choć jaka teściowa, do żadnego wpisu w paszporcie nigdy nie doszło — nie zamierzała odpuścić.
Z zaskakującą jak na swoją posturę zwinnością przesunęła się w bok, zastawiając własnym ciałem żelazne drzwi do klatki.
Jej twarz, obficie przypudrowana, pokryła się czerwonymi plamami od mrozu i emocji, a małe oczka biegały, oceniając wygląd Katii: nową futerko, skórzane rękawiczki, spokojny wyraz twarzy.
Wszystko to wyraźnie drażniło Larisę Giennadjewnę, ale trzymała maskę cierpiętnicy.
— No popatrzcie na nią, jaka teraz ważna paniusia — zawodziła, łapiąc Katię za rękaw.
— A mój Igorek ginie!
Zupełnie się stoczył, Katiu.
Nie je, nie śpi, cały sczerniał.
Ta, którą on, głupi, przyprowadził… wyrzuciła go!
Obdarła i wyrzuciła, wyobrażasz sobie?
Teraz jest jak zbity pies, nie może znaleźć sobie miejsca.
Musisz go uratować, Katiu.
On cię kocha, głupek.
Potknął się facet, komu się nie zdarza?
Ale ty jesteś mądrą kobietą, powinnaś rozumieć: faceta trzeba naprowadzić, ogrzać, umyć.
Katia z niesmakiem szarpnęła ręką, wyswabadzając rękaw z czepnych palców z odpryśniętym manikiurem.
Uderzała ją ta święta, nieprzebijalna pewność niektórych matek, że cały świat ma obowiązek obsługiwać ich dorosłych, nieudanych synków.
— Uratować? — powtórzyła Katia, a w jej głosie zabrzmiała stal.
— Pomyliła pani adres.
Ratownicy to 112.
A ja mam wstręt.
— Do czego ty masz wstręt?! — Larisa Giennadjewna podniosła głos, a słodkość zaczęła z niej spływać jak stary tynk.
— Do własnego szczęścia masz wstręt?
Igorek to porządny chłop, złota rączka!
No, poszalał, no, komu się nie zdarza?
To natura, Katiu, męska natura!
A ty uruchomiłaś dumę.
Też mi wielka księżniczka!
— Lariso Giennadjewno, nie poszłaby pani do diabła razem ze swoim syneczkiem?!
Z jakiej racji w ogóle pani sobie ubzdurała, że ja będę z nim mieszkać, po tym jak przyprowadził jakąś uliczną dziewuchę do naszego łóżka?!
— Jak ty śmiesz?!
Ty…
— Zapomniała pani, jak potem wyrzucałam pościel?
Jak wymieniałam materac?
Czy pani myśli, że mam pamięć jak złota rybka?
Słowa ciężko i głucho opadły w mroźne powietrze.
Maska cnotliwej matki spadła ostatecznie.
Larisa Giennadjewna poczerwieniała aż do purpury, rozdęły jej się nozdrza, a usta wykrzywiły w złośliwym grymasie.
— Ach ty szujo! — wrzasnęła tak, że przechodzący obok mężczyzna z psem przyspieszył kroku.
— „Uliczną przyprowadził”…
Gdybyś była normalną babą, to by na żadną nie spojrzał!
Sama go do tego doprowadziłaś!
Zimna jak ryba!
Jałowa!
Dzieci mu nie urodziłaś, barszczu nie gotowałaś, tylko karierą się zajmowałaś!
Życie mu złamałaś, wiedźmo, a teraz nosem kręcisz?!
Nacierała na Katię, zawisając nad nią swoją masą, pryskając śliną.
To już nie była prośba — to był atak.
Larisa Giennadjewna była przyzwyczajona brać krzykiem, przyzwyczajona, że jej napór zmusza ludzi do ustępowania i przepraszania.
— Proszę zejść mi z drogi — ostrzegła cicho Katia, mocniej ściskając rączkę torby.
— Nie zejdę! — wydarła się Larisa Giennadjewna.
— Natychmiast pójdziesz ze mną i zabierzesz Igora!
On tu stoi za rogiem, w samochodzie czeka, marznie!
Masz obowiązek!
Trzy lata wysysałaś z niego wszystkie soki, teraz oddawaj długi!
Inaczej ja ci urządzę takie wesołe życie, napiszę do twojej pracy, wszystkim opowiem, jaka ty…
Nie zdążyła dokończyć.
Widocznie uznała, że słowa są za mało „ważkie”, bo nagle wyrzuciła rękę do przodu, próbując złapać Katię za włosy wystające spod czapki.
To był ruch przekupki z bazaru, przywykłej rozstrzygać spory bijatyką.
Ale Katia na to czekała.
Życie z Igorem nauczyło ją, że w tej rodzince od histerii do rękoczynów jest jeden krok.
Odsunęła się gwałtownie w lewo, sportowo, przepuszczając rękę obok siebie, i włożyła całą swoją złość, całe nagromadzone obrzydzenie w jeden twardy pchnięcie obiema dłońmi w bok napastniczki.
— Poczekaj, Katiu, nie udawaj, że oślepłaś.
Musimy porozmawiać i tym razem mnie wysłuchasz, czy ci się to podoba, czy nie.
Larisa Giennadjewna zagrodziła drogę do drzwi klatki swoim masywnym ciałem, opiętym w starą, pachnącą naftaliną i wilgocią nutriową futrę.
Stała szeroko rozstawiając nogi w zdeptanych zimowych butach, jak bramkarz szykujący się do obrony karnego.
Na dworze było przenikliwie wilgotno, szary lutowy wieczór przygniatał ramiona, a pod nogami chlupała brudnobrązowa breja z soli i topniejącego śniegu.
Katia zatrzymała się, czując, jak w środku gotuje się irytacja.
Dzień w pracy był ciężki, głowa dudniła, i najmniej chciała teraz widzieć matkę swojego byłego, która przez ostatnie pół roku wypiła z niej więcej krwi niż cała skarbówka razem wzięta.
— Proszę mnie przepuścić — powiedziała Katia zmęczonym, ale stanowczym głosem, próbując obejść przeszkodę.
— Nie mam z panią o czym rozmawiać.
Wszystko zostało powiedziane miesiąc temu, kiedy pani syn wynosił swoje pudła.
— A to nie tobie decydować, czy wszystko powiedziane, czy nie! — Larisa Giennadjewna zrobiła krok w bok, równocześnie z Katią, i znowu zastąpiła dostęp do domofonu.
Jej twarz, czerwona od zimna i popękanych naczynek na nosie, wykrzywiła się w grymasie, który miał udawać cierpienie, ale bardziej przypominał ból zęba.
— Igorek przepada.
Rozumiesz to, ty bezduszna?
Trzeci tydzień jest nie swój.
Nie je, z pracy go wyrzucili, siedzi i patrzy w jeden punkt.
Ściszyła głos do spiskowego szeptu, a Katię uderzyła fala nieświeżego oddechu zmieszanego z zapachem korwalolu.
— On cię kocha, głupią.
Pomylił się chłopak, komu się nie zdarza?
No, diabeł go podkusił, no, pogubił się w spodniach.
A ty jesteś kobietą!
Powinnaś być mądrzejsza.
Kto, jak nie ty, go wyciągnie?
Ja już stara, mam ciśnienie, nie mogę go dźwigać na sobie.
A ty masz duże mieszkanie i dobrą pensję.
Przyjmij go z powrotem, umyj, nakarm.
On jak zbity pies, skomli za tobą.
Katia patrzyła na tę kobietę i nie wierzyła własnym uszom.
Stała przed nią matka, która nie próbowała chronić syna, tylko chciała zrzucić dorosłego darmozjada z powrotem na cudzy kark, bo jej samej ten ciężar zrobił się zbyt uciążliwy.
— Lariso Giennadjewno — Katia poprawiła pasek ciężkiej torby na ramieniu.
— Pani Igorek nie skomli.
Pani Igorek chleje, bo mu się nie chce szukać pracy.
I nie kocha mnie, tylko moją lodówkę oraz fakt, że kredyt spłacam sama.
— Jak ci się język nie wstydzi?! — wrzasnęła była teściowa, a maska żałoby zaczęła spadać, odsłaniając zwykłe chamstwo.
— On jest utalentowanym chłopcem!
Jemu tylko wsparcia trzeba!
A ty?
Ty egoistka!
Wyrzuciłaś faceta na mróz przez jakąś bzdurę!
Pomyśleć, przespał się z kimś!
Facet to myśliwy, jemu urozmaicenie potrzebne!
A ty pewnie w łóżku jak kłoda, to poszedł szukać ciepła!
Te słowa były ostatnią kroplą.
Katia przypomniała sobie tamten wieczór: wróciwszy z delegacji wcześniej, znalazła w swoim łóżku, na swojej pościeli, jakąś dziewczynę z tatuażem na lędźwiach i Igora, który nawet nie pofatygował się schować butelek piwa spod łóżka.
— Lariso Giennadjewno, nie poszłaby pani do diabła razem ze swoim syneczkiem?!
Z jakiej racji w ogóle pani sobie ubzdurała, że ja będę z nim mieszkać, po tym jak przyprowadził jakąś uliczną dziewuchę do naszego łóżka?
Na te słowa Larisa Giennadjewna poczerwieniała do purpury.
Zwęziła oczy w złośliwe szczelinki.
Nagle rzuciła się do przodu, próbując złapać Katię za rękaw płaszcza, a drugą ręką celując w włosy, wyraźnie zamierzając porządnie potrząsnąć „niewdzięczną smarkulą”.
— Ach ty podwórkowa zdziro! — wydarła się na cały dziedziniec, pryskając śliną.
— To twoja wina!
Ty go do tego doprowadziłaś!
Ty go złamałaś!
Ja ci za wszystko odpłacę!
Nie dam ci żyć, dopóki Igora nie oddasz!
Masz obowiązek go uratować, słyszysz?!
Obowiązek!
Jej palce, jak parówki z odpryśniętym manikiurem, prawie wczepiły się w kaptur Katii.
Ale Katia nie czekała.
Odruchy zadziałały szybciej niż myśli.
Szarpnęła się w bok, uciekając przed chwytem, i z całej siły, wkładając w ten ruch całe nagromadzone obrzydzenie, odepchnęła od siebie masywną postać byłej teściowej.
Larisa Giennadjewna nie spodziewała się oporu.
Zamachała rękami, próbując złapać równowagę, ale śliska podeszwa starych butów zdradziecko pojechała po lodowej skorupie.
Kobieta ciężko runęła do tyłu i z głuchym, mlaskającym dźwiękiem wpadła prosto w brudny, zbity śnieżny kopiec, który dozorca zgarnął przy samych schodach.
Brudny śnieg pryśnięty na wszystkie strony.
Futro natychmiast nasiąkło szarą breją.
Larisa Giennadjewna miotała się w zaspie jak przewrócony żuk, próbując znaleźć oparcie, ale ręce zapadały się w mokrej papce.
— Ty… ty mnie uderzyłaś! — wydusiła z oburzenia, patrząc na Katię z dołu do góry.
Czapka zsunęła jej się na oczy, nadając jej wygląd obłąkanego grzyba.
— Ja cię podam do sądu!
Ja cię zniszczę!
— Niech się pani leczy na głowę, Lariso Giennadjewno — rzuciła Katia, wyciągając klucze do domofonu.
Ręce jej drżały, ale głos brzmiał zimno i wrogo.
— I niech pani zabierze swojego syna-nieudacznika do siebie.
Ja już nie uprawiam dobroczynności.
A jeśli jeszcze raz pani do mnie podejdzie — to nie w zaspę panią popchnę, tylko ze schodów spuszczę.
Przyłożyła klucz do czytnika.
Domofon piknął, otwierając drzwi do zbawczego ciepła klatki schodowej.
Katia weszła do środka, nie oglądając się na wrzaski i przekleństwa, które niosły się za nią z ulicy.
Miała nadzieję, że na tym wieczorny koszmar się skończy, i marzyła tylko o jednym: zamknąć drzwi swojego mieszkania na wszystkie zamki i wziąć gorący prysznic, żeby zmyć z siebie to uczucie lepkiego brudu.
Ale jeszcze nie wiedziała, że główna niespodzianka czeka ją na klatce.
Ciężkie metalowe drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem, odcinając uliczny hałas i piskliwe przekleństwa byłej teściowej.
Katia oparła się plecami o szorstką ścianę przy skrzynkach pocztowych, zapisaną markerem, i złapała oddech.
Serce waliło jej gdzieś w gardle, dudniąc tępymi uderzeniami w skroniach.
Wydawało jej się, że najgorsze już minęło: obroniła się, postawiła kropkę, potrafiła fizycznie ochronić swoją przestrzeń.
Naiwna.
Nawet nie podejrzewała, że to była tylko awangarda, rozpoznanie bojem, a główne siły przeciwnika zajęły już przyczółek tuż u bram jej osobistej twierdzy.
Winda zjeżdżała w dół nieznośnie długo.
Katia patrzyła na wyświetlacz z numerami uwalonymi gumą do żucia, marząc tylko o jednym: zamknąć się, nalać pełny kieliszek wina i wymazać ten wieczór z pamięci.
Wreszcie drzwi rozsunęły się, i weszła do kabiny pachnącej starym plastikiem i czyimś przepitym oddechem.
Nacisnęła przycisk siódmego piętra.
Kiedy kabina się zatrzymała i drzwi się otworzyły, Katia zrobiła krok do przodu i od razu się potknęła, o mało nie upuszczając torby.
Tuż przed jej drzwiami, kucając w pozie osiedlowego „dresiarza”, siedział Igor.
Obok niego leżała, rozdymana jak syty wąż, wielka torba sportowa, z której wystawał rękaw nieświeżej koszuli w kratę.
Igor podniósł głowę.
Wyglądał, delikatnie mówiąc, fatalnie: tygodniowy zarost, czerwone, zapalone oczy i ten wyraz twarzy, którego Katia nienawidziła najbardziej.
Mieszanka obrażonego dziecka i bezczelnego „książątka”, pewnego, że wszyscy są mu coś winni.
— No nareszcie — burknął zamiast przywitania, powoli wstając i rozciągając zdrętwiałe nogi.
— Siedzę tu już godzinę.
Gdzie łazisz?
Czemu nie odbierasz telefonu?
Matka dzwoniła, mówiła, że jesteś pod wejściem.
Katia patrzyła na niego, a w środku podnosiła się kolejna fala — już nie wściekłości, tylko obrzydliwego zdumienia.
Działali wspólnie.
To była zaplanowana operacja przejęcia mieszkania.
Matka na dole miała „obrabiać klientkę”, rozczulać albo straszyć, a syneczek czekał na górze z rzeczami, gotowy wprowadzić się do ciepłego lokum.
— Co ty tu robisz, Igor? — zapytała lodowatym tonem, nie próbując podejść do drzwi.
— Oddałeś klucze miesiąc temu.
Nie zmieniłam zamków tylko dlatego, że myślałam, iż została ci choć kropla dumy.
Pomyliłam się.
— Katiu, nie zaczynaj, co? — skrzywił się, jakby bolały go zęby, i zrobił krok w jej stronę, próbując skrócić dystans.
Pachniał nieświeżym potem i tanim tytoniem.
— No, poniosło nas, no, bywa.
Nie mam gdzie mieszkać, rozumiesz?
Lenka, ta suka, wyrzuciła mnie za drzwi.
Powiedziała, że jestem „bez perspektyw”.
Wyobrażasz sobie?
Przybiłem jej półkę, a ona mnie — na mróz.
A do matki jechać nie ma sensu, tam ojciec znowu w ciągu, oddychać się nie da.
Wpuść mnie na noc, po ludzku proszę.
Ja nie jestem obcy.
— Nie obcy? — Katia uśmiechnęła się krzywo.
— Ty jesteś dla mnie nikim, Igor.
Jesteś byłym partnerem, który zdradził mnie w moim własnym łóżku.
Wynoś się.
— No daj spokój, nie rób scen! — głos Igora zrobił się głośniejszy, pojawiły się w nim piskliwe nuty.
— Gdzie ja pójdę z torbą po nocy?
Nie mam nawet kasy na hostel!
Ty jesteś dobra, Katiuśka.
Trzy lata żyliśmy, ja ci pomagałem przy remoncie…
No, tapetę razem kleiliśmy!
To się liczy, nie?
W tym momencie drzwi windy za plecami Katii znów z hukiem się rozsunęły.
Nie zdążyła się nawet odwrócić, gdy klatkę schodową przeszył znajomy, przechodzący w ultradźwięk wrzask.
— O, jest!
Stoi i się stroi!
A matka w śniegu leży!
Larisa Giennadjewna wypadła z windy, ciężko dysząc i sapiąc.
Widok był jednocześnie epicki i żałosny.
Jej niegdyś pompatyczne futro teraz przypominało mokrego, obdartego kota: włos zlepił się w sople, na boku ciemniała ogromna plama brudu, a czapka przekrzywiła się na bakier.
Twarz kobiety płonęła świętym oburzeniem, a w dłoni ściskała wyrwany guzik.
— Popatrz na nią, Igorku! — wydarła się, wskazując na Katię brudnym palcem.
— Ja do niej z całego serca, a ona mnie w zaspę!
— W błoto!
— Starszą kobietę!
— Ja na ciebie doniesienie napiszę!
— Obdukcję zrobię!
— Futro mi zniszczyłaś, ono kosztuje, jak twoja nerka!
Igor, zobaczywszy matkę w takim stanie, natychmiast się przestawił.
Teraz miał legalny powód do agresji.
Wypiął pierś, czując za plecami mocne wsparcie ciężkiej artylerii.
— Ty co, naprawdę matkę popchnęłaś? — naparł na Katię, dociskając ją do ściany.
— Ty całkiem brzegi pomyliłaś?
— Ona przecież stara!
— A jakby szyjkę kości udowej złamała?!
— Gdyby rąk nie rozpinała, stałaby cała, — warknęła Katia, mocniej przyciskając do siebie torebkę, w której były klucze.
— Odsuńcie się od moich drzwi.
— Oboje.
— Natychmiast.
— Nigdzie nie pójdziemy! — ryknęła Larisa Giennadjewna, podchodząc na styk.
Czuć było od niej wilgocią psa i tym charakterystycznym zapachem brudnego, ulicznego śniegu.
— Teraz otworzysz drzwi, wpuścisz Igora, i będziemy rozmawiać inaczej!
— Masz obowiązek zadośćuczynić za krzywdę moralną!
— I za pralnię chemiczną!
— I w ogóle, wpuść chłopaka, żeby się umył i zjadł, on patrzy na ciebie głodnymi oczami, a ty, żmijo, stoisz tu i kręcisz nosem!
Sytuacja zaostrzała się z każdą sekundą.
Podest schodowy był wąski, a ta dwójka — masywny, niechlujny Igor i jego wściekła, brudna matka — dosłownie zablokowała Katię w rogu.
Stworzyli żywą ścianę, naciskając na psychikę i fizycznie samą swoją obecnością.
— Otwieraj, mówię! — Igor wyciągnął rękę i szarpnął Katię za ramię.
— Dosyć przedstawień.
— Jestem zmęczony, jeść mi się chce.
— Masz tam na pewno barszcz albo pielmieni.
— Nie skąp.
— Ja tylko przenocuję… no, może tydzień pomieszkam, dopóki nie znajdę pracy.
— Co ci szkoda?
— Mieszkanie dwupokojowe, nie będę ci przeszkadzał.
— Na kanapie się prześpię.
— Na jakiej kanapie?! — zapiszczała Larisa Giennadjewna, strzepując z rękawa strzępy brudu prosto na czystą podłogę klatki.
— Do sypialni go wpuścisz!
— On facet, jemu komfort potrzebny!
— A sama możesz i na kuchni się przemęczyć, jak taka dumna!
— Patrzcie ją, wygoniła!
— A komu ty potrzebna, poza moim Igorem?
— Stara już, dwadzieścia siedem lat, a ani męża, ani dzieci!
— Powinnaś się cieszyć, że wrócił!
— Klucze dawaj, — Igor wyciągnął żądająco otwartą dłoń, na której wyraźnie było widać linie wżartego brudu.
— Sama nie możesz otworzyć — daj, ja otworzę.
— Ręce ci się trzęsą, co?
— Sumienie gryzie?
Katia patrzyła na tę wyciągniętą dłoń i czuła, jak w środku przepala się ostatni bezpiecznik.
Oni nie prosili.
Nie przepraszali.
Przyszli brać swoje, pewni, że mają do tego pełne prawo już przez sam fakt istnienia.
Ich bezczelność była tak absolutna, że wydawała się wręcz karykaturalna, ale zapach brudnego futra i ciężki oddech Igora były zbyt realne.
— Zabierz ręce, — powiedziała cicho Katia, czując, jak zimna wściekłość zalewa świadomość, wyostrzając wzrok i krystalizując myśli.
— Co ty powiedziałaś? — Igor pochylił się do jej twarzy, szczerząc zęby.
— Bez głupot, Katiu.
— Matka zmarzła, musi obeschnąć.
— Otwieraj, mówię, póki prosimy po dobroci.
— Bo ja mogę i drzwi wywalić.
— Ja tu byłem zameldowany… no, prawie.
— Więc mam prawo.
Demonstracyjnie kopnął drzwi mieszkania Kati, zostawiając na jasnym drewnie brudny ślad buta.
To był punkt bez powrotu.
Katia zrozumiała, że dalsze przepychanki na klatce są bez sensu i nawet niebezpieczne.
Ta dwójka, rozgrzana własną bezczelnością i poczuciem bezkarności, była gotowa urządzić awanturę na schodach.
Jedyną szansą było otworzyć drzwi, przemknąć do środka i zdążyć zatrzasnąć je przed ich nosem.
Ryzykowne, ale stać przyciśniętą do ściany było jeszcze gorzej.
W milczeniu włożyła klucz do zamka.
Jej ręce poruszały się z zimną, mechaniczną precyzją.
Dwa obroty.
Klik.
Szarpnęła ciężkie skrzydło do siebie, zamierzając wślizgnąć się w zbawczy półmrok przedpokoju.
Ale Igor, mimo swojego pogniecionego wyglądu, refleksu nie przepił.
Gdy tylko powstała szczelina, z niespodziewaną zwinnością wsunął w nią swój brudny, zdarty but w rozmiarze 45.
— Opa!
— Nie tak szybko, kochana, — jego głos ociekał samozadowoleniem zwycięzcy.
— Gości się wita, a nie chowa.
Napierał ramieniem na drzwi.
Katia zaparła się nogami o podłogę, próbując wypchnąć go z powrotem, ale kategorie wagowe były zbyt różne.
Poza tym od tyłu na syna napierała Larisa Giennadjewna, dokładając do jego masy swoje sto z hakiem kilogramów żywej wagi i mokrej „nutrii”.
Drzwi nieubłaganie pełzły do środka, zgrzytając zawiasami.
— Zabierz nogę! — syknęła Katia, czując, jak z napięcia drętwieją palce.
— Nawet nie myślę! — ryknął Igor i z całej siły popchnął skrzydło.
Katię odrzuciło na wieszak.
Boleśnie uderzyła łokciem o lustro, ale utrzymała się na nogach.
Do jej wypucowanego na błysk, pachnącego lawendą przedpokoju wdarła się ta brudna, hałaśliwa parka.
Razem z nimi do mieszkania wpadł zapach wilgoci, tanich papierosów, stęchlizny i tego nieprzekazywalnego odoru, jaki bywa zimą w godzinach szczytu w komunikacji miejskiej.
Igor, ciężko dysząc, wciągnął swoją worowatą torbę i z głuchym stukiem rzucił ją prosto na jasny dywanik.
Z dna torby natychmiast rozlała się brudna kałuża.
— No, teraz to co innego, — rozejrzał się dookoła jak gospodarz wracający z długiej delegacji.
— Ciepło, jasno.
— A to nas prawie zamroziłaś, suko.
Larisa Giennadjewna, przeciskając się za nim, od razu zaczęła ściągać z siebie mokre futro.
Z sierści leciały bryzgi brudnej wody, trafiając w tapetę, w lustro, w płaszcz Kati.
— Och, zamęczyłaś mnie, pasożycie, — stękała, bezczelnie wieszając swoją wilgotną, cuchnącą skórę na wierzchu ubrań Kati.
— No co tak stoisz?
— Czajnik nastaw!
— I coś do jedzenia ogarnij.
— My z Igorunią od obiadu nawet makowej rosinki w ustach nie mieliśmy.
Katia patrzyła na nich i czuła, jak w środku umierają ostatnie resztki wychowania.
Żadnej litości, żadnego współczucia.
Tylko obrzydzenie.
Patrzyła na Igora, który już rozpinał kurtkę, i widziała nie mężczyznę, z którym żyła trzy lata, tylko jakiegoś owada, pasożyta szukającego nowej ofiary.
— Wy tu nie będziecie mieszkać, — powiedziała cicho, ale wyraźnie.
— Wynocha oboje.
— Natychmiast.
— Oj, daj już spokój! — machnął ręką Igor, idąc w głąb korytarza i zaglądając do łazienki.
— „Wynocha, wynocha”…
— Jak papuga.
— Ja się chcę umyć.
— U Lenki odcięli ciepłą wodę za niepłacenie, wyobrażasz sobie?
— Tępota, nawet rachunków nie umie opłacić.
— A u ciebie to co innego — zawsze wrząteczek.
Odwrócił się do Kati, a na jego twarzy pojawił się krzywy uśmieszek.
— Słuchaj, Katiu, daj czysty ręcznik.
— I moje gacie, te niebieskie, zostały?
— Bo ja w tych już trzeci dzień chodzę, parzę się.
Od tej prostoty, od tej zwierzęcej bezrefleksyjności Katię niemal zemdliło.
On opowiadał jej o problemach z higieną u swojej kochanki, domagając się obsługi tutaj.
— Ty jesteś kompletnym idiotą, Igor? — zapytała, patrząc mu prosto w mętne oczy.
— Przyszedłeś do domu kobiety, którą zdradzałeś, i prosisz o gacie?
— A co w tym takiego? — wtrąciła Larisa Giennadjewna.
Zdążyła już wejść do kuchni, sądząc po dźwięku otwieranego lodówki, ale wróciła na korytarz, żując kawałek sera, który wyjęła bez pytania.
— Rzecz życiowa.
— No nie wyszło mu z tamtą szmatą, komu się nie zdarza?
— Ona go, biednego, za nic miała.
— Wymagała, piłowała.
— A on facet delikatnej, wrażliwej duszy!
— Jemu spokój potrzebny.
— A u ciebie mieszkanie duże, puste.
— Co ci szkoda kąta dla bliskiej osoby?
— Od tego ci nie ubędzie!
Przełknęła ser i wytarła tłuste palce o swoje ogromne uda opięte dzianinowymi spodniami.
— Ty, Katka, w ogóle powinnaś podziękować, że do ciebie przyszliśmy.
— Znaczy, nie trzymamy urazy za twój paskudny charakter.
— Igorek pomieszka tu miesiąc czy dwa, aż stanie na nogi, znajdzie robotę porządną, a nie te grosze.
— A ja będę do was zaglądać, kontrolować, żebyś go znowu nie doprowadziła.
— Kontrolować? — powtórzyła Katia, czując, jak palce same zaciskają się w pięści.
— Oczywiście! — huknęła teściowa, napierając na nią.
— Ty go wykorzystywałaś!
— Trzy lata faceta używałaś, póki był w formie, póki remont ci robił!
— A jak trudności się zaczęły — od razu za drzwi?
— Nie, kochanieńka, tak nie będzie.
— My tu swoje weźmiemy.
— Może mieszkanie na ciebie zapisane, ale aura tu Igorowa!
— On tu każdy gwóźdź zna!
— Ja ten gwóźdź wbijałem! — przytaknął Igor z łazienki, gdzie już na całego szumiała woda.
Nawet drzwi nie zamknął, demonstrując całkowitą pogardę dla granic.
— Katka, gdzie normalny szampon?
— Tu tylko ten twój babski stoi, fiołkami śmierdzi!
Katia spojrzała na brudną kałużę na dywaniku.
Na futro zatruwające powietrze swoim smrodem.
Na Larisę Giennadjewnę dożuwającą jej ser.
Na Igora, który już ściągał spodnie w jej łazience.
To nie było tylko wtargnięcie.
To było zbezczeszczenie.
Zamieniali jej przytulny, czysty świat w chlew, w którym sami byli przyzwyczajeni żyć.
Nie widzieli w niej człowieka, tylko funkcję: podaj, przynieś, zapewnij, znieś.
— Słyszysz, co mówię? — Larisa Giennadjewna szturchnęła Katię palcem w ramię, boleśnie, twardo.
— Ręcznik daj chłopu!
— I leć do kuchni, ogarnij kolację.
— Przestań stać jak słup.
— Igorek zmęczony, on ma stres.
— A ty stoisz, wargi nadęłaś.
— Bądź prostsza, to ludzie do ciebie przyjdą.
— Nie dotykajcie mnie, — powiedziała cicho Katia, strącając jej rękę.
— Co?! — oburzyła się teściowa.
— Jak ty ze starszymi rozmawiasz?
— Ja ci teraz uszy pourywam, chamówo!
— Strach zgubiłaś bez męskiej ręki?
— Nic, teraz Igorek się umyje, to cię szybko ustawi.
— On u mnie gorący chłop, jak go wkurzyć.
Zrobiła krok do Kati, zamierzając ją albo popchnąć, albo znów złapać, żeby przeforsować swoją wolę, zmusić do posłuszeństwa, złamać to nieposłuszeństwo.
W jej oczach było pragnienie, żeby podeptać, upokorzyć, zamienić gospodynię mieszkania w służącą.
Ale nie zauważyła, jak zmieniło się spojrzenie Kati.
Zniknęło w nim zmęczenie.
Zniknął strach.
Został tylko chłodny, wyrachowany błysk.
Katia powoli przeniosła wzrok na wiadro z brudną wodą, które rano zostawiła w kącie przedpokoju, gdy myła podłogi przed pracą i nie zdążyła wylać.
Woda była mętna, z zaciekami płynu i piaskiem z butów.
Idealna broń na tę sytuację.
— To chce się umyć? — powtórzyła Katia dziwnie równym głosem.
— I zjeść?
— No proszę.
— Będzie wam i kąpiel, i kolacja.
Zrobiła krok do wiadra.
Czara cierpliwości nie tylko się przelała — pękła, a odłamki poleciały na wszystkie strony.
— Czego stoisz? — ryknęła Larisa Giennadjewna, robiąc krok w stronę znieruchomiałej dziewczyny.
— Głucha jesteś?
— Powiedziałam — żywo do kuchni!
W tej chwili czas dla Kati jakby skurczył się w napiętą sprężynę.
W głowie zabrzmiała przenikliwa, lodowata jasność.
Widziała przed sobą nie starszą kobietę, tylko bezczelną, rozlaną babaę, która przyszła do jej domu, żeby zamienić go w śmietnik.
Wzrok Kati ślizgnął się po wiadrze.
Decyzja zapadła natychmiast, na poziomie zwierzęcego instynktu.
— Kąpiel zachciało się? — powiedziała cicho, z przerażającym uśmiechem.
— Zaraz urządzimy.
— Pełen luksus.
Gwałtownie się pochyliła, chwyciła zimny metalowy uchwyt wiadra obiema rękami i, wykorzystując bezwład obrotu, z całej siły wylała całą zawartość — jakieś siedem litrów mętnej, szarej, lodowatej brei z piaskiem i chemią — prosto w twarz i na pierś osłupiałej teściowej.
— A-a-a-a! — pisk Larisy Giennadjewny chyba było słychać nawet na pierwszym piętrze.
Brudna woda zalała jej oczy, wpadła do otwartych w krzyku ust, spływała brudnymi strugami po swetrze, momentalnie przesiąkając tkaninę i spodnie.
Oślepła, zachłysnęła się i zaczęła chaotycznie machać rękami, chlapiąc brudem po ścianach.
— Co ty robisz, suko?! — Igor wypadł z łazienki, plącząc się w spodniach.
Był mokry do pasa, z namydloną głową, wyglądał komicznie i żałośnie, ale w oczach miał wściekłość.
Katia nie czekała, aż oprzytomnieje.
Adrenalina buzowała w krwi, zamieniając ją w berserkerkę.
Nie czuła strachu, tylko upajające poczucie uwolnienia.
Chwyciła ciężką torbę Igora, która wciąż leżała na dywaniku, i rozsunęła zamek.
Torba była wypchana po brzegi jakimś łachmanem.
— Co robię? — przekrzykując pisk Larisy Giennadjewny, wydarła się Katia.
— Wynoszę śmieci!
— Dawno już trzeba było!
Z całej siły rzuciła otwartą torbę w otwarte drzwi na klatkę.
Wór przeleciał przez podest i z głuchym stukiem uderzył o poręcz schodów.
Z niego, jak flaki, wysypały się brudne koszulki, skarpety, jakieś przewody i puszki.
— Moje rzeczy! — zawył Igor i rzucił się na Katię, unosząc pięść.
Ale poślizgnął się.
Podłoga w przedpokoju była teraz brudnym lodowiskiem z mydlanej wody wylanej na matkę.
Nogi Igora rozjechały się i z hukiem runął na kolana, boleśnie uderzając o płytki.
Katia, nie tracąc ani sekundy, chwyciła stojący w kącie mop ze sztywną szczotką.
Teraz to była jej włócznia.
— Wynocha! — z całej siły pchnęła mokrą, brudną szczotką prosto w goły brzuch Igora.
— Wynocha stąd, oboje!
— Zabiję cię! — zachrypiał, próbując wstać, ale Katia, wkładając cały ciężar ciała, popchnęła go mopem w pierś, zmuszając, by cofał się na czworakach do wyjścia.
Larisa Giennadjewna, wreszcie przecierając oczy, zobaczyła powalonego syna i ruszyła do ataku, rozcapierzając palce jak szpony.
— Nie waż się dotykać mojego chłopca! — zawyła, ślizgając się w swojej kałuży.
Katia gwałtownie się odwróciła i, przechwytując mop jak pałkę, z rozmachem uderzyła w mokre futro wiszące na wieszaku, strącając je na podłogę prosto pod nogi teściowej.
Larisa Giennadjewna zaplątała się w ciężkie futro i ciężko osiadła na podłodze, prosto w brud.
— Wynocha! — Katia złapała Igora za mokry kołnierz kurtki, której nawet do końca nie zdjął, i pociągnęła go do progu.
On się zapierał, ślizgał, klął, ale wściekłość dodała Kati siły.
Dosłownie wywlokła go na klatkę schodową.
Sąsiedzi już zaczęli wyglądać z drzwi.
Na podeście pojawiły się ciekawskie twarze: baba Wala z piątego, nastolatek z ósmego.
Ale Kati to nie peszyło.
Przeciwnie, potrzebowała publiczności.
Wypchnęła Igora za próg i on potoczył się po stopniach biegu, strącając po drodze swoje porozrzucane rzeczy.
Larisa Giennadjewna, widząc, że siły są nierówne i rozumiejąc, że następna poleci ona, na czworakach poczołgała się do wyjścia, popiskując i zbierając na siebie cały brud klatki.
— Żeby was tu więcej nie było! — krzyknęła Katia, stając w progu.
Jej pierś falowała, włosy się rozczochrały, ale oczy błyszczały triumfem.
Igor, próbując zasłonić się rękami, wściekle syknął z dołu: — A komu ty potrzebna, psychopatko!
— Ty jesteś frygidą!
— Ty jesteś kłoda!
— Ja ci z pyłku dmuchałem, a ty…
I wtedy Katia zadała ostatni cios.
Słowny.
Taki, który boli bardziej niż jakikolwiek mop.
— Z pyłku dmuchałeś? — roześmiała się głośno, żeby całe echo klatki słyszało.
— Igor, nie rozśmieszaj ludzi!
— Cały dom ma wiedzieć, czemu tamta dziewucha cię wyrzuciła!
— Bo ty w łóżku jesteś „wpół do szóstej”!
— Dwie minuty wstydu i potem chrapanie!
— Trzy lata milczałam, żal mi było twojego męskiego ego, myślałam — stres u chłopca.
— A ty po prostu impotent i nieudacznik, który nawet kobiety zaspokoić nie potrafi!
Cisza na klatce zrobiła się dźwięcząca.
Sąsiedzi zamarli.
Igor poczerwieniał tak, że aż zdawało się, że popękają mu naczynka w oczach.
To było pełne, totalne zniszczenie.
Jego matka, łapiąc powietrze, próbowała coś zakrakać o „oszczerstwie”, ale jej głos utonął w hańbie.
— I ty, — Katia przeniosła wzrok na Larisę Giennadjewnę, która próbowała podnieść swoje mokre, brudne futro z podłogi klatki.
— Zabieraj swój skarb.
— Niech teraz tobie swoje „talenty” pokazuje.
— I powiedz dziękuję, że po waszej wizycie nie wezwałam sanepidu.
— Bądź przeklęta! — wrzasnęła była teściowa, cofając się ku schodom i podtrzymując syna, który wyglądał, jakby przejechał go walec.
— Zdechniesz w samotności!
— Lepiej w samotności niż w gównie z wami! — ucięła Katia.
Zobaczyła, jak Igor, upokorzony, mokry, na wpół nagi, próbuje pozbierać swoje brudne gacie, porozrzucane po schodach, przy chichocie nastoletniego sąsiada.
To było pełne zwycięstwo.
Okrutne, brudne, ale ostateczne.
Katia cofnęła się do mieszkania.
Z całej siły zatrzasnęła metalowe drzwi.
Huk zamków zabrzmiał jak strzał, odcinający przeszłość.
Oparła się plecami o zimny metal i osunęła się na podłogę, prosto w kałużę brudnej wody.
Ale było jej wszystko jedno.
Patrzyła na pusty przedpokój, na leżącego mopa, na smugi brudu na ścianach.
Czekało ją wielkie sprzątanie.
Trzeba było wszystko umyć chlorem, wyrzucić dywanik, może nawet odkleić i przykleić tapety.
Ale to był jej brud.
I jej mieszkanie.
Powietrze było ciężkie, ale nie pachniało już beznadzieją.
Pachniało wolnością.
Katia pierwszy raz tego wieczoru się uśmiechnęła, a ten uśmiech był zły, ale szczęśliwy.
Wstała, przestąpiła kałużę i poszła zamknąć górny zamek.
Na dwa obroty.
Na zawsze…







