Olga stała przy oknie, patrząc na szare grudniowe chmury, i mocno zaciskała pięści. Za jej plecami słychać było głos teściowej — ostry, niezadowolony, pełen wyrzutów.
— Znowu przesoliłaś zupę! Dima jest przyzwyczajony do normalnego jedzenia, a ty… — Walentyna Pietrowna pokręciła głową z miną cierpiętnicy. — I w ogóle, gdzie jest dziecko? Czemu Artiomka nie śpi? Jest już ósma wieczorem!

— Mamo, przestań, — odezwał się ospale Dmitrij, nie odrywając wzroku od telefonu.
Olga odwróciła się powoli. Teściowa stała na środku kuchni w swoim ulubionym kwiecistym szlafroku, z rękami na biodrach, a na twarzy miała wyraz „słusznego” oburzenia. Dmitrij siedział na kanapie, pogrążony w mediach społecznościowych.
— Wie pani, Walentyno Pietrowno, — zaczęła cicho Olga, — wydaje mi się, że trzylatek może pójść spać także o wpół do dziewiątej. To nie robot.
— Nie robot? — teściowa rozłożyła ręce. — A reżim? A dyscyplina? Ja Dimę wychowywałam co do minuty! Dlatego wyrósł na normalnego człowieka!
Olga spojrzała na męża. Ten dalej przewijał ekran, jakby to go nie dotyczyło. Jak zawsze.
— Dima, powiedz coś, — poprosiła.
— Mamo, no weź… — wymamrotał, nie podnosząc głowy.
— „No weź, no weź”! — Walentyna Pietrowna podeszła bliżej do Olgi. — To ja się na próżno staram? Gotuję, sprzątam, siedzę z wnukiem! A jeszcze mi się pretensje robi!
— Nikt pani nie prosił… — zaczęła Olga, ale teściowa jej przerwała.
— Nie prosił? A kto Artiomkę prowadzi do przedszkola, kiedy ty jesteś w pracy? Kto mu gotuje kaszkę rano?
— Sama mogę…
— Możesz! Jasne! Pamiętam, jak „mogłaś” w pierwszym miesiącu po porodzie. Dima dzwonił do mnie codziennie: „Mamo, przyjedź, pomóż!”
Olga poczuła, jak w środku wszystko się ściska. Ta rozmowa powtarzała się z godną pozazdroszczenia regularnością. Teściowa przypominała o swoich zasługach, Olga próbowała się bronić, a Dmitrij milczał.
— Dmitrij, — zawołała głośniej, — słyszysz, co się dzieje?
Mąż wreszcie oderwał się od ekranu i uśmiechnął się winowato:
— Dziewczyny, no po co się kłócicie? Mamo, Olya jest dobrą żoną. Olya, mama się dla nas stara.
— „Dziewczyny”? — Olga poczuła, jak w piersi zapala się wściekłość. — Dima, ja mam trzydzieści lat! Jestem matką twojego dziecka! Ja nie jestem żadną „dziewczyną”!
— No dobra, kobiety… — wzruszył ramionami.
Walentyna Pietrowna uśmiechnęła się triumfalnie:
— Widzisz, Olen’ko? Dima rozumie, kto w tym domu rządzi. A ty wciąż konfliktujesz.
— Rządzi? — Olga powoli zdjęła fartuch i zawiesiła go na haczyku. — Jasne.
Poszła do pokoju dziecięcego, gdzie Artiom bawił się samochodzikami. Chłopiec podniósł na nią jasne oczy:
— Mamo, czemu babcia krzyczy?
— Zbieraj zabawki, słoneczko. Wyjeżdżamy.
— Dokąd?
— Do cioci Swiety.
Olga wyjęła z szafy dziecięcą walizeczkę i zaczęła pakować rzeczy syna. Ręce jej drżały, ale zmuszała się do spokojnych, metodycznych ruchów. Piżama, skarpetki, ulubiony miś…
— Olya, co ty robisz? — w drzwiach pojawił się Dmitrij.
— Pakuję się. Jak widzisz.
— Dokąd ty się pakujesz? Z dzieckiem, tak późnym wieczorem?
Olga wyprostowała się i spojrzała na niego. W jego oczach widać było zdziwienie, ale nie niepokój. Nie rozumiał powagi sytuacji.
— Dima, ile lat jesteśmy małżeństwem?
— Pięć, a co?
— Ile razy przez te pięć lat stanąłeś po mojej stronie, kiedy twoja matka mnie upokarzała?
Dmitrij zamilkł, a potem niepewnie powiedział:
— Ona cię nie upokarza… Ona po prostu ma charakter.
— Odpowiedz na pytanie. Ile razy?
— Olya, nie dramatyzuj…
— Zero razy, Dima. Ani razu. Przez pięć lat.
Wzięła walizeczkę i podała synowi rękę:
— Artiom, chodź.
— Pa, tato, — chłopiec pomachał ojcu.
— Olga, przestań z tym teatrem! — dobiegło z kuchni. — Dokąd ty ciągniesz dziecko w taką pogodę?
Olga nie odpowiedziała. Wzięła swoją torbę, kurtkę syna i ruszyła do wyjścia. Dmitrij szedł za nią, zagubiony, mamrocząc:
— No poczekaj… Pogadamy jutro… Ochłoniesz…
Przy drzwiach odwróciła się:
— Ochłonęłam, Dima. Ostatecznie.
Mieszkanie przyjaciółki przywitało Olgę ciepłem i zapachem kawy. Swieta otworzyła drzwi w piżamie, ale widząc walizki i zapłakaną twarz, po prostu ją objęła.
— Mamo, my teraz będziemy tu mieszkać? — zapytał Artiom, z ciekawością oglądając nieznane wnętrze.
— Na razie tak, maluchu.
— A tata?
Olga usiadła obok syna na kanapie:
— Tata zostanie z babcią. A my pobędziemy u cioci Swiety.
— Na długo?
— Nie wiem, słoneczko.
Swieta zabrała Artioma do kuchni — pokazać mu, gdzie co leży — a Olga została sama w salonie. Telefon milczał. Dmitrij nie dzwonił.
— Opowiadaj, — powiedziała Swieta, wracając z dwiema filiżankami. — Co tym razem?
— Jak zwykle. Zupa nie taka, dziecko źle kładę spać, ogólnie wszystko nie tak. A Dima siedzi i gapi się w telefon.
— I co? Przecież jesteś przyzwyczajona.
— Przyzwyczajona… — Olga uśmiechnęła się gorzko. — Wiesz, co mnie dobiło? On nazwał nas „dziewczynami”. Mnie i ją. Jakbyśmy były takie same. Jakbym nie była jego żoną, tylko… współlokatorką.
— Mamusia zawsze była najważniejsza w jego życiu.
— Myślałam, że to się zmieni. Dzieci zmieniają ludzi, rodzina…
— Niektórych zmienia. A inni zostają maminsynkami do siwych włosów.
Olga upiła łyk kawy. Gorącej, aromatycznej — nie to, co w domu, gdzie teściowa uważała kawę rozpuszczalną za zbytek.
— Swieta, a skąd wiedziałaś, że Siergiej jest tym jedynym?
— Kiedy moja mama pierwszy raz zaczęła mnie przy nim krytykować, on powiedział: „Tamaro Iwanowno, przy mnie tak się o mojej dziewczynie nie mówi”. Od razu. Za pierwszym razem.
— A Dima przez pięć lat ani razu…
— Ani razu.
Rano Artiom obudził się wcześnie i zaczął potrząsać mamą:
— Mamo, a kiedy pojedziemy do domu?
— Nie wiem, maluchu.
— A tata tęskni?
Olga spojrzała na telefon. Dwa nieodebrane połączenia — późnym wieczorem, kiedy już spała. Ani jednej wiadomości.
— Pewnie tęskni.
W tym czasie Dmitrij siedział w kuchni, ponuro wpatrując się w ostygłą jajecznicę. Matka krzątała się przy kuchence, coś pod nosem mamrocząc.
— Specjalnie urządziła scenę. Myśli, że za nią pobiegniesz. Zobaczysz, do obiadu wróci.
— Mamo, może powinienem zadzwonić?
— W żadnym wypadku! Dasz jej słabość — całe życie będzie ci jeździć po głowie. Mam doświadczenie, wiem.
Dmitrij przytaknął, ale czuł się nieswojo. W domu było jakoś pusto bez śmiechu Olgi, bez tupotu Artiomki w korytarzu.
— A jeśli ona mówi serio?
— Serio co? — Walentyna Pietrowna usiadła naprzeciw syna. — Dimoczka, przecież jesteś mądrym chłopcem. Pomyśl głową. Gdzie ona pójdzie z dzieckiem? Praca za grosze, własnego mieszkania nie ma. Najwyżej tydzień poprymarzy i wróci.
— Tydzień…
— No, może pięć dni. Najważniejsze: nie dawaj jej powodu myśleć, że bez niej zginiesz.
Ale wieczorem Dmitrij nie wytrzymał i zadzwonił. Olga nie odebrała od razu.
— Halo?
— Cześć. Jak tam?
— Normalnie.
— A Artiomka jak?
— Dobrze. Przyzwyczaja się.
Pauza. Dmitrij nie wiedział, co powiedzieć.
— Olya, kiedy wracacie do domu?
— Ja jestem w domu, Dima.
— Jak to?
— Tam, gdzie mnie nie upokarzają, jest dom. Dom.
— Daj spokój! Nikt cię nie upokarzał.
— Nie upokarzał?
— No, mama czasem mówi ostro, ale ona w dobrej wierze…
— Dima, — głos Olgi stał się suchy, — nie dzwoń więcej z takimi rozmowami.
Rozłączyła się. Dmitrij wpatrywał się w telefon, a potem wsunął go do kieszeni.
— No i co? — zapytała matka z kuchni.
— Uparta.
— A nie mówiłam. Niech się wyszaleje.
Dni płynęły dziwnie. Dmitrij chodził do pracy, wracał do domu, gdzie matka witała go kolacją i opowieściami o sąsiadach. Kiedyś ratowała go przed tym Olga — umiała zmienić temat, zażartować, odwrócić uwagę. Teraz musiał słuchać wszystkiego.
— …a ta Siemionowa znów wyprowadza psa bez smyczy. Powiedziałam jej…
— Mamo, może włączymy telewizor?
— Dimoczka, ja z tobą rozmawiam! Naprawdę przeszkadza ci matczyna rozmowa?
— Nie, oczywiście. Po prostu jestem zmęczony.
— Kiedyś nie byłeś zmęczony. To wszystko sztuczki Olgi. Rozpuściła cię.
Dmitrij chciał zaprotestować, ale zamilkł. Jak zawsze.
Czwartego dnia, kiedy matka po raz kolejny zaczęła tłumaczyć, jak prawidłowo wiązać sznurowadła, Dmitrij nagle poczuł irytację. Ostrą, niespodziewaną.
— Mamo, mam trzydzieści dwa lata.
— I co z tego?
— Umiem wiązać sznurowadła.
— Umiem, ale źle. Patrz…
I wtedy do niego dotarło. To jest to — to, co Olga znosiła codziennie.
Olśnienie przyszło piątego dnia, gdy Dmitrij chciał herbaty z miodem zamiast z cukrem.
— Dimoczka, miód jest szkodliwy. Tam jest chemia, — oświadczyła matka, chowając słoik do szafki.
— Mamo, to naturalny miód. Olga kupowała u znajomych pszczelarzy.
— Olga, Olga… — Walentyna Pietrowna zacisnęła usta. — Wciąż Olga. A co Olga rozumie z życia? Ja cię trzydzieści dwa lata wychowywałam, wiem, co jest dla ciebie dobre.
— Ale ja chcę miód.
— Chcesz! A ja to na próżno dbam o twoje zdrowie?
Dmitrij spojrzał na matkę — na jej zdecydowaną twarz, ściśnięte usta, ręce mocno trzymające słoik z miodem. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczył siebie jej oczami. Nie kochanego syna, tylko własność. Rzecz, którą można sterować.
— Daj miód, — powiedział cicho.
— Co?
— Powiedziałem: daj miód. Proszę.
— Dimoczka, co ci jest? Zachorowałeś? To do ciebie niepodobne.
— Mamo, chcę miód do herbaty.
— A ja nie chcę, żebyś sobie psuł żołądek!
— To mój żołądek!
Zapadła cisza. Matka patrzyła na syna szeroko otwartymi oczami, jakby powiedział coś bluźnierczego.
— Jak ty się do mnie odzywasz? Ja jestem twoją matką!
— Właśnie dlatego powinnaś mnie rozumieć, — Dmitrij wstał i wyjął słoik z jej rąk. — Jestem dorosły.
— Dorosły! — głos matki zadrżał. — Dorosły człowiek nie pozwala, żeby żona z dzieckiem tułała się po cudzych kątach!
Dmitrij znieruchomiał, łyżeczka z miodem zawisła nad kubkiem.
— Co powiedziałaś?
— To, co powiedziałam. Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, Olga siedziałaby w domu cicho jak myszka.
— Mamo…
— Co „mamo”? Myślisz, że ona uciekła od dobrego życia? — Walentyna Pietrowna usiadła naprzeciw syna. — Uciekła, bo jej pozwoliłeś. Bo się rozpuściłeś. Bo ja jestem dla ciebie ważniejsza niż żona!
Ostatnie słowa powiedziała z triumfem, ale Dmitrij usłyszał w nich coś strasznego.
— Ważniejsza niż żona?
— Oczywiście! Matka to świętość. A żony… — machnęła ręką. — Żony przychodzą i odchodzą.
— Olga jest matką mojego dziecka.
— I co z tego? Ja jestem twoją matką! A ty kto jest dla ciebie ważniejszy?
Dmitrij powoli mieszał miód w herbacie, myśląc. Pięć lat temu przyprowadził do domu dziewczynę, w której był zakochany. Piękną, dobrą, mądrą. A co działo się z nią przez te pięć lat? Niekończące się pretensje matki, jej milcząca cierpliwość, jego własna obojętność na jej cierpienie.
— Mamo, ty lubisz Olgę?
— Co za pytanie? To żona mojego syna.
— To nie jest odpowiedź.
Walentyna Pietrowna pomilczała, a potem powiedziała szczerze:
— Nie. Nie lubię. Jest mi obca.
— A Artioma?
— Wnuka lubię. A jej — nie.
— Ale oni są pakietem. Olga z Artiomem.
— Bzdura. Dziecko można kochać osobno od matki.
— Nie można, mamo. Jeśli Oldze jest źle, Artiomowi też jest źle.
— Skąd ci się biorą takie mądrości?
Dmitrij dopił herbatę i spojrzał na matkę. Po raz pierwszy od wielu lat — świadomie. Zobaczył kobietę już nie młodą, która tak boi się zostać sama, że jest gotowa zniszczyć jego rodzinę.
— Chcę, żeby wrócili.
— Wrócą. Nie mają gdzie się podziać.
— Nie, mamo. Nie wrócą. Nie po tym, co powiedziałaś.
— Co ja takiego powiedziałam?
— Że żony przychodzą i odchodzą.
Wieczorem Dmitrij pojechał do Swiety. Długo stał pod blokiem, zbierając się na odwagę. W oknie na czwartym piętrze paliło się światło — tam była jego rodzina. Rodzina, którą zdradził przez histerie matki i własne tchórzostwo.
Swieta otworzyła drzwi ostrożnie:
— Dima? Czego chcesz?
— Porozmawiać z Olgą.
— Ona nie chce.
— Swieta, proszę. Pięć minut.
— Poczekaj.
Po minucie pojawiła się Olga. Blada, wychudzona, ale zdecydowana.
— Czego chcesz?
— Wybacz mi.
— Za co konkretnie?
— Za to, że byłem tchórzem. Za to, że cię nie broniłem. Za to, że pozwoliłem matce cię upokarzać.
Olga milczała, przyglądając się jego twarzy.
— Za to, że straciłem najcenniejsze w życiu, — dodał Dmitrij.
— Dima, mówisz to, bo zrozumiałeś, czy bo tęsknisz?
— Bo zrozumiałem. Dziś mama powiedziała mi, że żony przychodzą i odchodzą, a matka jest święta.
Olga drgnęła.
— I co jej odpowiedziałeś?
— Że jeśli nie wrócisz, odejdę od niej.
— Ładne słowa.
— Olya, kupiłem nam mieszkanie.
Otworzyła szeroko oczy:
— Co?
— Dzisiaj podpisałem umowę. Dwupokojowe w nowym budownictwie. Dla mnie, ciebie i Artioma.
— A mama?
— Mama zostanie w swoim mieszkaniu. Sama.
Olga oparła się o framugę.
— Dima, a jeśli za miesiąc się rozpłacze, powie, że jest chora, samotna?
— Powiem jej, żeby pozdrowiła.
— A jeśli urządzi awanturę?
— Rozłączę się.
— A jeśli…
— Olya, — zrobił krok bliżej, — wybieram ciebie. Ostatecznie i nieodwołalnie. Chcesz — sprawdź.
Test zaczął się następnego dnia. Walentyna Pietrowna przywitała syna w progu z czerwonymi od łez oczami.
— Dimoczka, jak mogłeś? Całą noc nie spałam! Jakie mieszkanie? Jaka przeprowadzka?
— Mamo, usiądź. Porozmawiajmy spokojnie.
— Spokojnie? — głos teściowej przeszedł w pisk. — Chcesz mnie porzucić! Rodzoną matkę! Po wszystkim, co dla ciebie zrobiłam!
Dmitrij wziął głęboki oddech. Kiedyś te łzy działały niezawodnie — od razu się poddawał, przepraszał, obiecywał, że nic nie zmieni. Teraz widział zmęczoną kobietę, która całe życie bała się zostać sama.
— Mamo, nie porzucę cię. Będę cię odwiedzał, pomagał. Ale będę mieszkał ze swoją rodziną.
— Jaka rodzina? Ta suka cię zostawiła!
— Nie nazywaj tak mojej żony.
— Twojej żony! — Walentyna Pietrowna rozłożyła ręce. — Ona tydzień nawet nie zadzwoniła! Jaka to żona?
— Taka, którą skrzywdziłem. I którą teraz próbuję odzyskać.
— A ja? A twoja matka? Co ze mną będzie?
— Z tobą będzie tak jak wcześniej. Tylko że będę do ciebie przyjeżdżał w gości, a nie mieszkał tutaj.
— To nie to samo! — matka chwyciła go za rękę. — Dimoczka, no co ona ci takiego dała, czego ja nie mogę dać?
Dmitrij delikatnie wyswobodził rękę.
— Mamo, słyszysz, co mówisz?
— Co? Co takiego powiedziałam?
— Rywalizujesz z moją żoną.
— Ja… ja tylko… — Walentyna Pietrowna spojrzała na syna bezradnie. — Ja cię kocham!
— Wiem. I ja cię kocham. Ale to jest miłość matki do syna i syna do matki. A ja mam jeszcze żonę i dziecko.
— Ale ja jestem ważniejsza!
— Nie, mamo. Nie ważniejsza.
Wieczorem Dmitrij pojechał znowu do Swiety. Tym razem Olga wyszła sama, bez przymusu.
— No i jak z mamą?
— Awantura, łzy, groźby, że się zabije.
— I co ty?
— Powiedziałem, że jak coś, to niech dzwoni po pogotowie. A sam przyjechałem do ciebie.
Olga uśmiechnęła się mimowolnie:
— Okrutne.
— Sprawiedliwe. Olya, mogę zobaczyć syna?
Kiwnęła głową i wpuściła go do mieszkania. Artiom bawił się na podłodze klockami, zobaczył ojca i radośnie podskoczył:
— Tato! Na długo?
— Mam nadzieję, że na zawsze, — Dmitrij wziął syna na ręce. — Chcesz się przeprowadzić do nowego mieszkania? Będziesz miał swój pokój.
— A babcia?
— Babcia zostanie u siebie. A my — tata, mama i ty — będziemy mieszkać osobno.
— Jak sąsiedzi?
— Jak rodzina.
Artiom pomyślał poważnie:
— A do babci można w odwiedziny?
— Oczywiście. Ale mieszkać będziemy sami.
— To dobrze. Bo babcia ciągle się kłóci.
Dmitrij spojrzał na Olgę. Stała przy oknie, obejmując się ramionami.
— O czym myślisz?
— Dima, a jeśli nie wytrzymasz? Jeśli matka znajdzie sposób, żeby nas skłócić? Co wtedy?
— Wtedy będę idiotą. Ale mam nadzieję, że nie będę.
— Masz nadzieję…
— Olya, rozumiem, że raz już zawiodłem. Rozumiem, że słowa to tylko słowa. Ale daj mi szansę udowodnić czynami.
Olga długo milczała, a potem cicho zapytała:
— A ona będzie miała klucze do mieszkania?
— Nie.
— A jeśli zachoruje?
— Wezwiemy lekarza.
— A jeśli powie, że źle wychowujemy wnuka?
— Powiem, że to nie jej sprawa.
— A jeśli…
— Olya, — Dmitrij podszedł bliżej, — wybrałem. Ostatecznie. Mam dość życia pod mamusiną spódnicą.
Odwróciła się do niego:
— Dima, potrzebuję czasu, żeby pomyśleć.
— Ile?
— Nie wiem. Pięć lat znosiłam. Nie mogę w jeden dzień uwierzyć, że wszystko się zmieniło.
— Rozumiem.
Pocałował syna i założył kurtkę.
— Dima, — zawołała Olga, gdy on już chwycił za klamkę.
— Tak?
— Dziękuję. Za to, że wreszcie usłyszałeś.
Przez trzy dni Dmitrij czekał. Nie dzwonił, nie przyjeżdżał — dawał żonie czas na decyzję. Matka urządzała codzienne sceny, ale on już nie ulegał.
Czwartego dnia Olga zadzwoniła sama:
— Dima, możemy zobaczyć mieszkanie?
— Oczywiście. Przyjechać po was?
— Przyjedź.
Mieszkanie okazało się jasne, przytulne — z dużymi oknami i przestronnym pokojem dziecięcym. Artiom biegał po pustych pokojach, krzycząc z radości, a Olga chodziła w milczeniu, dotykając parapetów, zaglądając do szaf.
— Podoba ci się? — zapytał Dmitrij.
— Bardzo. Tu jest dobrze.
— Olya, a ty…
— Tak, — odwróciła się do niego, — zgadzam się. Spróbujmy jeszcze raz.
Objął ją ostrożnie, jakby bał się ją spłoszyć.
— Tylko pod jednym warunkiem, — dodała.
— Jakim?
— Przy pierwszej próbie twojej matki wtrącania się w nasze sprawy — odchodzę na zawsze. Bez rozmów i bez drugiej szansy.
— Umowa stoi.
Miesiąc później wyprawili parapetówkę. Walentyna Pietrowna też przyszła — ponura, ale pogodzona. W pewnym momencie podeszła do Olgi:
— Wygrałaś.
— Nie walczyłam z panią, — odpowiedziała spokojnie Olga. — Walczyłam o swoją rodzinę.
— To to samo.
— Nie. Zupełnie co innego.
Dmitrij obserwował tę rozmowę z daleka, gotów interweniować. Ale Olga radziła sobie sama — spokojnie, godnie, bez agresji.
— Walentyno Pietrowno, — powiedziała, — teraz jesteśmy sąsiadami. Dobrymi sąsiadami. I to może być początkiem normalnych relacji.
Teściowa skinęła głową i odeszła. Wieczorem, odprowadzając ją do domu, Dmitrij zapytał:
— Mamo, zrozumiałaś?
— Co zrozumiałam?
— Że dorosłem.
— Zrozumiałam, — uśmiechnęła się smutno. — Tylko że za późno.
— Nie za późno. Po prostu teraz będzie inaczej.
Dmitrij wrócił do domu — do swojego domu, do swojej rodziny. Olga usypiała syna, nucąc mu kołysankę. Artiom sennie się uśmiechał, przytulając ulubionego misia.
— Tato, — zawołał, — my teraz zawsze będziemy razem?
— Zawsze, synku.
— A babcia nie będzie krzyczeć?
— Nie będzie. Nie pozwolę.
I Dmitrij zrozumiał, że wreszcie mówi prawdę.







