Twoja żona udaje! Dziecko jest cudze, natychmiast zrób test DNA! — syknęła teściowa, nie wiedząc o wielu rzeczach.

Tamara Iwanowna zawsze przyjeżdżała bez zapowiedzi — jakby sprawdzała, czy nie zastanie czegoś niestosownego.

Klucze do mieszkania syna dostała jeszcze pięć lat temu, kiedy on i Ksenia dopiero zamieszkali razem, i od tamtej pory korzystała z tego przywileju tak, jakby dom należał właśnie do niej.

Dzisiejsza wizyta okazała się szczególnie nagła.

Ksenia siedziała na podłodze w salonie, segregując dziecięce rzeczy — maleńkie skarpetki, kaftaniki z misiami, kocyk w groszki.

Obok spał Timofiej, jej dziewięciomiesięczny syn, z rozłożonymi na boki rączkami.

Słońce przebijało się przez tiul i w tych promieniach niemowlę wydawało się doskonałym, bezcielesnym cudem.

— Znowu siedzisz sama? — dobiegło od progu.

Ksenia drgnęła, upuszczając stos pieluch.

— Dzień dobry, Tamaro Iwanowno, — Ksenia wstała, odruchowo poprawiając rozciągniętą koszulkę.

Po porodzie nie wróciła jeszcze do dawnej formy i to ją drażniło.

Zwłaszcza pod spojrzeniem teściowej.

— Gdzie jest Siemion?

— W pracy.

Projekt się pali, zostaje dłużej.

— Projekt, — przedrzeźniała Tamara Iwanowna, przechodząc do kuchni.

— Za moich czasów mężczyźni nie wychodzili z domu, kiedy w domu było niemowlę.

A teraz co?

Żona siedzi sama z dzieckiem jak jakaś samotna biedaczka.

Ksenia przygryzła wargę.

Kłócić się nie miało sensu — za każdym razem to samo.

Podniosła Timoszę, przytuliła do siebie.

Chłopiec ziewnął, nie budząc się, i wtulił nos w jej ramię.

— Przyniosłam kurczaka i warzywa, — dobiegło z kuchni.

— Ugotuję wam zupę, bo znowu jecie jakieś bzdury.

Ksiusza, jesteś zupełnie blada.

— Dziękuję, nie trzeba…

Ale Tamara Iwanowna już brzęczała garnkami.

Kiedy pojawiała się w domu, wszystko przestawało być twoje — przestrzeń się kurczyła, powietrze gęstniało.

Ksenia wróciła do salonu, odłożyła syna z powrotem do kołyski i spróbowała skupić się na swoich sprawach.

Ale nie potrafiła.

Teściowa hałasowała w kuchni, coś mruczała pod nosem i każdy dźwięk uderzał w skronie.

— Ksenia! — zawołała Tamara Iwanowna po jakichś dwudziestu minutach.

— Chodź tu.

Głos był dziwny — napięty, niemal triumfujący.

Ksenia niechętnie poszła do kuchni.

Teściowa stała przy stole, trzymając w rękach kopertę.

Twarz miała bladą, ale oczy płonęły.

— Co to jest? — zapytała ostrożnie Ksenia.

— Ty mi lepiej powiedz, co to jest, — Tamara Iwanowna rzuciła kopertę na stół.

Ksenia wzięła ją i wyciągnęła kartkę.

Zaświadczenie medyczne.

Wyniki jakichś badań.

Imię Siemiona.

Diagnoza: bezpłodność.

Data… trzy lata temu.

Świat zawirował.

— Skąd to masz? — głos Ksenii zabrzmiał głucho, jakby z daleka.

— Znalazłam w jego starych rzeczach, kiedy szukałam dokumentów do ubezpieczenia.

Dał mi teczkę, a ja przypadkiem na to trafiłam, — Tamara Iwanowna skrzyżowała ręce na piersi.

Trzy lata temu, Ksiusza.

Rok przed waszym ślubem.

Siemion jest bezpłodny.

A ty masz dziecko.

— Pani nie rozumie…

— Ja wszystko doskonale rozumiem! — głos teściowej przeszedł w krzyk.

— Oszukałaś mojego syna!

Udawałaś kochającą żonę, a sama… sama urodziłaś dziecko nie wiadomo z kim!

— Proszę zamilknąć!

Nie zna pani całej prawdy!

— Jakiej prawdy?!

Fakty są jasne!

Siemion nie może mieć dzieci, a ty urodziłaś.

Czyli go zdradziłaś.

Czyli Timofiej nie jest jego!

Ksenia cofnęła się pod ścianę.

W głowie szumiało, przed oczami pływały kolorowe plamy.

Chciała coś powiedzieć, wyjaśnić, ale słowa grzęzły jej w gardle jak gula.

— Zawsze czułam, że coś z tobą jest nie tak, — ciągnęła Tamara Iwanowna, robiąc krok do przodu.

— Za grzeczna, za cicha.

A ciche wody… znasz przysłowie?

Siemion musi poznać prawdę.

Musi zrobić test DNA, natychmiast!

— Niech się pani nie waży!

— A właśnie, że się ważę!

Jestem jego matką i nie pozwolę jakiejś… jakiejś oszustce zrujnować życia mojemu dziecku!

Ksenia chwyciła zaświadczenie ze stołu, gniotąc je w dłoni.

Papier trzeszczał, rwał się.

Trzy lata temu.

Bezpłodność.

Ale przecież…

— Proszę wyjść, — wyszeptała.

— Proszę, niech pani stąd wyjdzie.

— Nie wyjdę, dopóki Siemion nie wróci.

Musi wszystko usłyszeć.

Zaraz do niego zadzwonię!

Tamara Iwanowna sięgnęła po telefon, ale Ksenia przechwyciła jej rękę.

— Nie!

Nie teraz!

Niech mi pani… niech mi pani pozwoli wytłumaczyć mu to sama.

— Wytłumaczyć? — teściowa prychnęła.

— Co mu wytłumaczysz?

Jak udało ci się zajść w ciążę z bezpłodnym mężczyzną?

— To nie… on nie jest bezpłodny!

To zaświadczenie jest stare, tam… tam był błąd!

— Błąd?

Słyszysz siebie?

Ludzie latami się leczą, przechodzą zabiegi, a tu nagle — hop — błąd sam się naprawił!

Kłamiesz i sama o tym wiesz!

W salonie zapłakał Timofiej.

Cienki, natarczywy płacz dziecka przeciął napiętą ciszę mieszkania.

Ksenia rzuciła się do drzwi, ale Tamara Iwanowna zasłoniła przejście.

— Najpierw porozmawiamy.

A dziecko może poczekać.

— On płacze!

— Niech płacze.

Może to w ogóle nie mój wnuk.

Może całkiem cudzy.

Coś w środku Ksenii pękło.

Przez te wszystkie miesiące trzymała się — znosiła docinki teściowej, jej chłodne spojrzenia, aluzje.

Ale teraz, kiedy Tamara Iwanowna ośmieliła się nazwać Timoszę cudzym…

— Proszę się odsunąć, — głos Ksenii stał się lodowaty.

— Natychmiast.

— A jak nie?

Uderzysz mnie?

No dawaj, uderz.

Tylko potwierdzisz, że mam rację.

Płacz dziecka robił się coraz głośniejszy, coraz bardziej histeryczny.

Ksenia próbowała przecisnąć się obok, ale Tamara Iwanowna mocno trzymała się futryny.

Jej twarz wykrzywiła się w triumfującym grymasie.

— Wiesz, od początku mówiłam Siemionowi, że nie jesteś dla niego.

Za prosta, za szara.

Z patologicznej rodziny: ojciec pił, matka was porzuciła.

Myślałaś, że uczepisz się mojego syna i ustawisz sobie życie?

A potem, kiedy zrozumiałaś jego diagnozę, postanowiłaś się zabezpieczyć?

Znalazłaś kogoś na boku i specjalnie zaszłaś w ciążę?

— Pani… pani jest potworem, — wydyszała Ksenia.

— Potwór to ty, kochana.

I Siemion to wkrótce zrozumie.

Dopilnuję tego.

Płacz Timofieja przeszedł w rozdzierający pisk.

Ksenia odepchnęła teściową — nie mocno, tylko ją odsunęła — i pobiegła do salonu.

Chłopiec leżał w kołysce czerwony, dławiąc się łzami.

Wzięła go na ręce, przytuliła, kołysząc i szepcząc bezsensowne uspokajające słowa.

Tamara Iwanowna pojawiła się w drzwiach.

— Nawet nie wiesz, jak go uspokoić.

Zła matka.

— Proszę wyjść, — Ksenia nawet się nie odwróciła.

— Proszę wyjść z mojego domu.

Teraz.

— Z domu mojego syna, chciałaś powiedzieć.

I ja nigdzie nie wyjdę.

Będę czekać na Siemiona.

Niech on sam zdecyduje, co zrobić z tobą i twoim bachorem.

Timofiej stopniowo cichł, pociągając nosem.

Ksenia głaskała go po plecach, czując drżenie rąk.

W głowie przelatywały strzępy myśli, wspomnień.

Trzy lata temu.

Siemion miał badania po urazie — kontuzja na boisku, lekarze dmuchali na zimne.

Powiedzieli mu wtedy, że ryzyko bezpłodności jest wysokie.

Bardzo wysokie.

Ale nie stuprocentowe.

Wpadł w depresję na kilka miesięcy, nie chciał o tym mówić, zamknął się w sobie.

A potem… potem poznał ją, Ksenię, i zaczął żyć od nowa.

Kiedy zaszła w ciążę, oboje byli w szoku.

Ale w szczęśliwym szoku.

Siemion płakał ze szczęścia, mówił, że to cud.

Że miłość jest silniejsza niż jakiekolwiek diagnozy.

Nawet nie poszli tego sprawdzać u lekarza — po co, skoro fakt był oczywisty?

Ale teraz to zaświadczenie… to przeklęte zaświadczenie znów stawiało wszystko pod znakiem zapytania.

— Wiem, o czym myślisz, — Tamara Iwanowna usiadła na kanapie, zakładając nogę na nogę.

— Myślisz, że Siemion uwierzy w cud?

Nie uwierzy.

Ja dopilnuję.

Znajdę sposób, żeby przekonać go do testu.

I wtedy cała twoja kłamliwa historia wyjdzie na wierzch.

— Dlaczego tak mnie pani nienawidzi? — zapytała Ksenia cicho.

— Co ja pani zrobiłam?

— Ukradłaś mi syna.

Był taki posłuszny, taki uważny, a potem pojawiłaś się ty — i on się zmienił.

Przestał dzwonić codziennie, przestał przyjeżdżać w weekendy.

Wciąż z tobą, dla ciebie.

A ja co, nie matka?

Całe życie mu poświęciłam, a on…

Głos teściowej zadrżał, ale szybko się opanowała.

— Zresztą to nieważne.

Ważne, że prawda wyjdzie na jaw.

I wtedy Siemion zrozumie, kto jest dla niego naprawdę ważny.

Zamek w drzwiach kliknął.

Klucz, kroki w korytarzu.

Siemion wrócił wcześniej niż zwykle.

— Ksiuś, mamo, jestem! — zawołał, zdejmując kurtkę.

— Coś się stało?

Mamo, wysłałaś mi dziwnego SMS-a…

Ksenia i Tamara Iwanowna zastygły, patrząc na siebie.

W powietrzu wisiało napięcie, gęste i lepkie.

Siemion wszedł do salonu — wysoki, zmęczony, z potarganymi włosami.

Spojrzenie przeskoczyło z żony z dzieckiem na rękach na matkę siedzącą na kanapie.

— Co tu się dzieje?

Tamara Iwanowna podniosła się, prostując plecy.

Na twarzy pojawiła się zdecydowana mina.

— Synku, musimy porozmawiać.

Poważnie porozmawiać.

O Kseni.

I o twoim synu.

Siemion patrzył na matkę, potem na żonę.

Timofiej sapnął na rękach Ksenii, wtulony nosem w jej szyję.

Cisza się przeciągała, robiła się nie do zniesienia.

— Mamo, o czym ty mówisz? — głos Siemiona był spokojny, ale Ksenia znała ten ton.

Tak mówił, kiedy powstrzymywał się z całych sił.

— Znalazłam zaświadczenie, — Tamara Iwanowna wyjęła z kieszeni pogniecioną kartkę.

— Twoje zaświadczenie.

Sprzed trzech lat.

Pamiętasz, co tam jest napisane?

Siemion pobladł.

Wziął kartkę, przebiegł wzrokiem po linijkach.

Wargi zacisnęły się w cienką kreskę.

— Skąd to masz?

— Sam dałeś mi teczkę z dokumentami.

Szukając polisy, znalazłam… to.

Synku, — głos teściowej złagodniał, niemal do czułości, — rozumiem, jak cię to boli.

Ale musisz znać prawdę.

Nie możesz mieć dzieci.

A więc…

— Zamknij się, — przerwał jej Siemion.

Tamara Iwanowna znieruchomiała z otwartymi ustami.

Jej syn nigdy tak do niej nie mówił.

— Co ty powiedziałeś?

— Powiedziałem: zamknij się, mamo.

Wtrącasz się nie w swoje sprawy.

— Nie w swoje?!

Twoja żona urodziła cudze dziecko, a ja nie powinnam…

— Ona nie urodziła cudzego dziecka! — krzyknął Siemion.

— Timofiej jest mój!

Mój syn!

— Ale zaświadczenie…

— Niech diabli wezmą to zaświadczenie! — zgniótł papier w pięści i rzucił na podłogę.

— Tak, trzy lata temu postawili mi taką diagnozę.

Tak, mówili, że szanse są praktycznie zerowe.

Ale życie to nie matematyka!

Zdarzają się wyjątki, cuda!

Ksenia przyciskała Timofieja do siebie, bojąc się poruszyć.

Siemion ją bronił.

Wierzył jej.

Ale teściowa nie ustępowała.

— Synku, wiem, że ją kochasz, ale…

— Ale co?

Chcesz, żebym zrobił test DNA?

Dobrze.

Zrobię.

Już jutro.

I kiedy wynik pokaże, że Timofiej jest mój, przeprosisz Ksenię.

Na kolanach.

Tamara Iwanowna pobladła jeszcze bardziej.

— Ty… ty naprawdę zrobisz test?

— Tak.

Żeby zamknąć ten temat raz na zawsze.

Coś drgnęło na twarzy teściowej.

Patrzyła na syna tak, jakby widziała go po raz pierwszy.

— Dobrze, — wydusiła.

— Poczekam na wyniki.

Ale jeśli okaże się, że mam rację…

— Jeśli okaże się, że masz rację, — przerwał Siemion, — będzie to znaczyć tylko jedno: że wydarzył się cud.

Bo ja znam Ksenię.

Wiem, że nigdy by mnie nie zdradziła.

Tamara Iwanowna chwyciła torebkę i ruszyła do wyjścia.

W progu odwróciła się:

— Zobaczymy.

Wkrótce wszystko zobaczymy.

Drzwi trzasnęły.

Siemion opadł na kanapę, zakrywając twarz dłońmi.

Ramiona mu drżały.

— Siema, — Ksenia usiadła ostrożnie obok, przekładając śpiącego Timoszę do kojca.

— Przepraszam.

To wszystko przeze mnie.

— Nie, — podniósł głowę.

Oczy miał czerwone.

— To przez nią.

Zawsze taka była.

Zawsze chciała kontrolować moje życie.

— Ale… a jeśli ten test naprawdę jest potrzebny?

Żebyś był pewien?

Siemion odwrócił się do niej, ujął jej dłonie.

— Nie potrzebuję żadnego testu.

Wierzę ci.

Wiem, że Timka jest mój.

— Ale skąd możesz być pewien?

Po tamtym zaświadczeniu…

— Bo cię kocham.

I to wystarczy.

Ksenia chciała odpowiedzieć, ale w tej chwili rozległ się dzwonek do drzwi.

Ostry, natarczywy.

Siemion wstał i poszedł otworzyć.

Wrócił nie sam.

Z nim wszedł mężczyzna około czterdziestki, w drogim garniturze, o zmęczonej twarzy.

Ksenia nigdy go nie widziała.

— Ksiuś, to Igor Wiktorowicz, — przedstawił Siemion.

— On… eee… w skrócie, jest lekarzem.

Tym samym, który trzy lata temu postawił mi diagnozę.

Ksenia powoli wstała.

Co się dzieje?

— Dobry wieczór, — Igor Wiktorowicz skinął głową.

— Siemion zadzwonił do mnie godzinę temu i poprosił, żebym pilnie przyjechał.

Powiedział, że to ważne.

— Nie dzwoniłem do ciebie godzinę temu, — zmarszczył brwi Siemion.

— Dopiero co przyszedłem.

Lekarz wyjął telefon i pokazał ekran.

Połączenie przychodzące z numeru Siemiona, godzina — 17:43.

— Ale ja wtedy byłem na naradzie, telefon leżał w torbie, — wymamrotał Siemion.

— Ktoś zadzwonił z twojego telefonu, — powiedziała powoli Ksenia.

I w tej samej chwili zrozumiała.

— Twoja matka.

Mówiłeś, że przysłała ci SMS-a.

Czyli miała dostęp do twojego telefonu.

Igor Wiktorowicz chrząknął.

— Właściwie przyjechałem przekazać coś ważnego.

Siemion, pamiętasz to zaświadczenie, które ci wydałem?

— Oczywiście, że pamiętam.

Jest tam czarno na białym o bezpłodności.

— Tak.

I to był… błąd.

A właściwie nie do końca błąd.

Lekarz wyjął teczkę i otworzył ją.

— Widzisz?

To wyniki twoich badań.

A to — wyniki innego pacjenta.

Iwana Krasilnikowa.

Nazwiska podobne, pomyliliśmy je w bazie.

Tobie wydano jego diagnozę, a jemu — twoją.

Siemion patrzył na papiery bez mrugnięcia.

— To znaczy… nie jestem bezpłodny?

— Jesteś całkowicie zdrowy.

A Krasilnikow, swoją drogą, też nie był zachwycony, gdy dowiedział się, że trzy lata żył z cudzą diagnozą.

Wykryliśmy pomyłkę dopiero w zeszłym tygodniu, podczas audytu.

Próbowałem się do ciebie dodzwonić, ale numer był niedostępny.

A dziś sam zadzwoniłeś.

To znaczy, ktoś zadzwonił.

Ksenia roześmiała się.

Histerycznie, aż do łez.

Trzy lata.

Trzy lata żyli z tą przeklętą diagnozą.

A ona była błędna.

— Boże, — wyszeptał Siemion.

— Czyli przez cały ten czas…

— Przez cały ten czas byłeś zdrowy, — skinął Igor Wiktorowicz.

— A twój syn, sądząc po zdjęciu, które mi pokazałeś, z całą pewnością jest twój.

Macie identyczne pieprzyki na lewej skroni.

Lekarz pożegnał się i wyszedł.

Siemion i Ksenia zostali w salonie, nie mogąc się ruszyć.

— Więc dlatego mama zachowywała się tak dziwnie, — wydusił w końcu Siemion.

— Chciała urządzić awanturę, zmusić mnie, żebym w ciebie zwątpił.

A potem… potem zadzwoniła do lekarza w moim imieniu, żeby przyjechał i potwierdził diagnozę.

Ale wszystko poszło nie po jej myśli.

— Co teraz zrobisz? — zapytała cicho Ksenia.

Siemion spojrzał na śpiącego syna, potem na żonę.

— Zadzwonię do matki.

I powiem jej, że jeśli jeszcze raz spróbuje stanąć między nami, nie zobaczy ani mnie, ani wnuka.

Nigdy.

Tamara Iwanowna nie czekała na telefon.

Wróciła po pół godzinie — blada, z czerwonymi plamami na policzkach.

Pewnie spotkała lekarza pod klatką.

— Siemion, — zaczęła od progu, — mogę wyjaśnić…

— Wyjaśnić co? — stał w korytarzu z założonymi na piersi rękami.

— Jak zadzwoniłaś do lekarza z mojego telefonu?

Jak próbowałaś urządzić nam z Ksenią awanturę?

— Chciałam cię ochronić!

— Ochronić?

Przed własną żoną i dzieckiem?

Tamara Iwanowna weszła do mieszkania i zamknęła za sobą drzwi.

Jej ruchy były gwałtowne, nerwowe.

— Nie rozumiesz.

Widziałam, jak ona na ciebie patrzy.

Chłodno.

Jakbyś był jej coś winien.

Myślałam… byłam pewna, że ona cię wykorzystuje.

Że dziecko nie jest twoje.

— Mamo, ty po prostu byłaś zazdrosna, — Ksenia wyszła z salonu z Timofiejem na rękach.

— Zazdrosna, że Siemion wybrał mnie, a nie został z tobą.

— Jak śmiesz!

Jestem jego matką!

— Tak, matką.

Ale nie właścicielką.

On jest dorosłym mężczyzną i ma własną rodzinę.

Tamara Iwanowna patrzyła na synową tak, jakby chciała ją zetrzeć wzrokiem.

Potem gwałtownie odwróciła się.

— Dobrze.

Niech będzie po twojemu.

Ale nie przeproszę.

Robiłam to, co uważałam za słuszne.

— W takim razie wyjdź, — powiedział Siemion cicho.

— I zostaw klucze.

Matka znieruchomiała.

— Co?

— Klucze do naszego mieszkania.

Zostaw je na półce.

— Siema, nie możesz…

Jestem twoją matką!

— Właśnie dlatego daję ci szansę.

Przeprosisz Ksenię — dostaniesz klucze z powrotem.

Nie przeprosisz — będziesz przychodzić tylko na zaproszenie.

W oczach Tamary Iwanowny mignęło coś — strach, uraza, złość.

Otworzyła usta, by zaprotestować, ale urwała.

Powoli wyjęła klucze z torebki i położyła je na półce przy lustrze.

— Pożałujesz tego, — warknęła.

— Być może.

Ale to mój wybór.

Teściowa odwróciła się i wyszła, trzaskając drzwiami tak, że w przedpokoju zadźwięczały wieszaki.

Siemion oparł się o ścianę i wypuścił powietrze.

— Jak myślisz, postąpiłem właściwie?

Ksenia podeszła i objęła go wolną ręką.

— Postąpiłeś tak, jak trzeba było.

Obroniłeś nas.

Timofiej się obudził, poruszył.

Siemion wziął syna na ręce i przytulił do siebie.

Chłopiec spojrzał na ojca wielkimi szarymi oczami — dokładnie takimi jak u Siemiona.

— Wiesz, — powiedział zamyślony, — kiedy dostałem tamtą diagnozę, świat się przewrócił.

Myślałem, że nigdy nie zostanę ojcem.

Że nie będę mógł dać ci tego, na co zasługujesz.

A potem zaszłaś w ciążę i ja… ja od razu nie uwierzyłem.

Myślałem, że to pomyłka.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś?

— Bałem się.

Bałem się, że jeśli zacznę wątpić na głos, to wszystko zniszczę.

Więc po prostu uwierzyłem w cud.

Przekonałem sam siebie, że diagnoza była nietrafiona, że lekarze się pomylili.

I miałem rację.

Ksenia pogładziła go po plecach.

— A ja bałam się czegoś innego.

Że kiedyś we mnie zwątpisz.

Że twoja matka znajdzie sposób, żeby cię przekonać, że cię zdradziłam.

I oto — znalazła.

— Ale ja nie uwierzyłem.

— Bo mnie kochasz.

— Tak.

I dlatego, że cię znam.

Stali tak przez kilka minut — przytuleni, z dzieckiem między nimi.

Za oknem zrobiło się już całkiem ciemno, a w pokojach zapaliło się miękkie światło nocnej lampki.

— Co będzie dalej? — zapytała Ksenia.

— Z twoją mamą.

— Nie wiem.

Może się opamięta.

Może nie.

Ale ja już nie pozwolę jej wtrącać się w nasze życie.

My jesteśmy rodziną.

Ty, ja i Timka.

I nikt nie ma prawa tego niszczyć.

Telefon Siemiona zawibrował.

Wiadomość od matki: „Nie wybaczę ci tego upokorzenia.

Ale jeśli zmienisz zdanie — będę czekać”.

Usunął wiadomość, nie odpowiadając.

Minęły dwa tygodnie.

Tamara Iwanowna nie dzwoniła i nie pisała.

Siemion próbował się z nią skontaktować dwa razy, ale odrzucała połączenia.

Ksenia nie nalegała na zgodę — potrzebowała oddechu, czasu, by dojść do siebie po tamtej scenie.

A potem, w sobotni poranek, zadzwoniono do drzwi.

Na progu stała teściowa — z bukietem kwiatów i jakimś pudełkiem.

— Mogę wejść? — zapytała cicho.

Ksenia spojrzała na Siemiona.

On skinął głową.

Tamara Iwanowna przeszła do kuchni i postawiła kwiaty na stole.

Ręce jej drżały.

— Ja… potrzebowałam czasu, żeby pomyśleć.

O wszystkim, co się stało.

Podniosła wzrok na Ksenię.

— Miałaś rację.

Byłam zazdrosna.

Nie chciałam dzielić się synem z nikim.

Myślałam, że tylko ja wiem, co jest dla niego najlepsze.

A okazało się, że po prostu próbowałam zatrzymać coś, co od dawna mi umyka.

— Mamo…

— Daj mi dokończyć, Siema.

Ksenia, zachowywałam się okropnie.

Oskarżyłam cię o coś, w czym nie byłaś winna.

Próbowałam zniszczyć wasze małżeństwo, bo bałam się zostać sama.

To egoizm i ja to rozumiem.

Głos jej zadrżał.

— Wybacz mi.

Jeśli potrafisz.

Ksenia patrzyła na teściową — zgarbioną, postarzałą przez te dwa tygodnie.

I zrozumiała, że złość minęła.

Zostało tylko zmęczenie.

— Dobrze, — powiedziała.

— Wybaczam pani.

Ale pod jednym warunkiem: żadnych więcej wtargnięć w nasze życie.

Przychodzi pani, kiedy zapraszamy.

Nie wtrąca się pani w nasze sprawy.

I nie próbuje nastawiać Siemiona przeciwko mnie.

Tamara Iwanowna skinęła głową, ocierając łzy.

— Obiecuję.

Przysięgam.

Siemion przytulił matkę, potem żonę.

Timofiej zakwilił w kojcu — zgłodniał.

Ksenia poszła go nakarmić, a Siemion został z matką w kuchni.

— Dziękuję, że dałaś jej szansę, — powiedział później, gdy Tamara Iwanowna wyszła.

— Każdy zasługuje na drugą szansę, — odpowiedziała Ksenia, kołysząc syna.

— Nawet ci, którzy próbowali nas rozdzielić.

Spojrzała na Siemiona, na Timofieja, na ich małą, ale tak mocną rodzinę.

I pomyślała: wszystko będzie dobrze.

Mimo wszystko.