Całkiem oślepłaś, bezczelna?

Matkę trzeba wykąpać i nakarmić, a ty sobie tylko kawkę popijasz!

— wrzasnął mąż.

— Ty w ogóle rozumiesz, co ty wyprawiasz?

— Maksim cisnął klucze na blat tak, że z brzękiem odskoczyły niemal na samą krawędź.

— Twoja matka leży, nogi jej nie trzymają, a ty tutaj… co, Telegram przewijasz?

Ludmiła nawet nie drgnęła.

Palce same sięgnęły po kubek — ciepły, prawie wystudzony, ale wciąż dający choćby złudzenie spokoju.

— Całkiem oślepłaś, bezczelna?

Matkę trzeba wykąpać i nakarmić, a ty sobie tylko kawkę popijasz!

— krzyknął mąż.

Powoli podniosła wzrok.

Maksim stał pośrodku kuchni — czerwony, rozczochrany, w tej samej kurtce, którą przedwczoraj prała ręcznie, bo pralka się zepsuła.

Znowu.

A na fachowca nie ma czasu, i szkoda pieniędzy.

— Dopiero co od niej wyszłam, — powiedziała cicho Ludmiła.

— Zmieniłam pościel, dałam leki…

— A nakarmiłaś?

— przerwał jej.

— Nakarmiłaś ją?

— Nie chce jeść.

Mówi, że ją mdli.

— No jasne!

— Maksim prychnął, wbił palce we włosy.

— A zaproponowałaś jej cokolwiek normalnego?

Czy znowu wciskałaś tę swoją owsiankę?

Ludmiła zacisnęła usta.

Owsiankę.

Tak, owsiankę.

Bo właśnie ją zalecił lekarz.

Bo przy zapaleniu żołądka u teściowej nic innego nie wchodzi w grę.

Ale tłumaczyć to Maksimowi to jak próbować nawlec nitkę na igłę w ciemności.

— Maksim, twoja mama sama prosiła o coś lekkiego…

— Moja mama!

— wskazał na nią palcem.

— Moja mama umiera w tym mieszkaniu, a ty tu filozofujesz!

Wiesz, co mi powiedziała?

Że cały dzień do niej nie zaglądałaś!

Ludmiła poczuła, jak coś w środku zaczyna się skręcać w ciasny węzeł.

Nie zaglądała.

Oczywiście.

A kto wtedy zmieniał pieluchy?

Kto przemywał odleżyny?

Kto namawiał, żeby wypiła choć łyk wody?

— Ona… ona zapomina, — zaczęła ostrożnie Ludmiła.

— Lekarz mówił, że przy demencji…

— De-men-cja!

— Maksim przedrzeźniał jej intonację.

— To ty teraz jeszcze jesteś lekarzem?

Diagnozy stawiasz?

Odwrócił się, szarpnął drzwi lodówki.

Wyjął coś zawiniętego w folię, powąchał, skrzywił się.

— To w ogóle co jest?

— Pierś z kurczaka.

Dla twojej mamy, na jutro.

— Na jutro…

— Maksim cisnął pakunek z powrotem.

— Ona dzisiaj nie ma żadnego jutra, rozumiesz?

Ma już osiemdziesiąt trzy lata!

Każdy dzień może być ostatni!

Ludmiła spuściła wzrok na swoje dłonie.

Czerwone od prania, z zadziorami, z krótkimi, połamanymi paznokciami.

Kiedyś miała długie, zadbane, z frenchem.

To było… ile lat temu?

Pięć?

Siedem?

— Robię, co mogę, — powiedziała w pustkę kuchni.

— Robisz, co możesz?

— Maksim odwrócił się do niej twarzą, a w jego oczach płonęło coś drapieżnego, złego.

— Ty nawet nie robisz wszystkiego, co możesz!

Dzwoniła moja siostra.

Pytała, czemu nie wysłałem mamy do profesjonalnych opiekunek.

No proszę.

Stąd wiatr wieje.

Swietłana.

Siostra, która mieszka w Moskwie, w trzypokojowym mieszkaniu z widokiem na park.

Siostra, która przylatuje raz na pół roku na weekend, przywozi pudełko cukierków i kilka tubek kremu do rąk — „żeby Ludoczka nie zapominała o dbaniu o siebie”.

Siostra, która trzy lata temu powiedziała: „Nie możemy wziąć mamy do siebie, mamy Artiomka, on potrzebuje przestrzeni do rozwoju”.

— Czyli Swieta dzwoniła, — Ludmiła uniosła kubek i upiła łyk zimnej kawy.

Gorzka.

Okropna.

— I co zaproponowała?

— Ona się martwi!

W przeciwieństwie do ciebie!

— Ja się nie martwię?

— głos podskoczył jej o pół tonu, i sama się tego dźwięku przestraszyła.

— Sześć lat opiekuję się twoją matką!

Sześć lat!

A ty nawet nie pamiętasz, kiedy ostatni raz sam kupiłeś jej leki!

— O, zaczęło się!

— Maksim trzasnął lodówką tak, że magnesy na drzwiach zadrżały.

— Ja pracuję!

Ja przynoszę pieniądze do domu!

Czy ty zapomniałaś, z czego ty w ogóle żyjesz?

Z czego żyje.

Ludmiła spojrzała na niego — na tego mężczyznę w pogniecionej koszuli, z zakolami na czubku głowy, z piwnym brzuchem, który uparcie nazywał „statecznością”.

Dwadzieścia dwa lata małżeństwa.

Dwadzieścia dwa lata.

I do tego doszli.

— Swieta powiedziała, że możemy kogoś zatrudnić, — ciągnął Maksim, jakby nie zauważał ciszy żony.

— Nawet agencję podała.

Opieka całodobowa, profesjonaliści…

— Za jakie pieniądze?

— Za normalne!

Ona jest gotowa się dorzucić!

— Dorzucić się, — powtórzyła Ludmiła.

— Na całodobową opiekunkę.

Wiesz, ile to kosztuje?

Maksim махnął ręką.

— To nie twoja sprawa.

Ja ze Swietą zdecydujemy.

Nie twoja sprawa.

Czyli tak.

Ludmiła wstała, podeszła do zlewu.

Odkręciła wodę — ciepłej oczywiście nie było, znowu gdzieś w okolicy wyłączyli.

Lodowaty strumień boleśnie ciął po palcach.

— A jeśli powiem, że nie chcę opiekunki?

Maksim znieruchomiał.

— Co?

— Powiedziałam: jeśli nie chcę, żeby obca osoba była w naszym domu.

Roześmiał się.

Sucho, urywanym śmiechem.

— Nie chcesz?

A kim ty w ogóle jesteś, żeby czegoś chcieć albo nie chcieć?

To moja matka!

To mój dom!

Mój dom.

Ludmiła zakręciła wodę.

Wytarła ręce o ręcznik — szary, sprany, z dziurką przy brzegu.

— Twój dom, — powtórzyła cicho.

— To i opiekunka to twój problem.

I nakarmić swoją matkę też twój.

Jestem wolna?

— Ty… — Maksim rozdziawił usta.

— O czym ty teraz mówisz?

— O tym, że jestem zmęczona.

— Słowa wylatywały same, dziwne, obce, a jednak tak właściwe.

— Bardzo jestem zmęczona, Maksim.

— Wszyscy są zmęczeni!

— ryknął.

— Myślisz, że mnie łatwo?

— Nie, — Ludmiła pokręciła głową.

— Nie myślę, że ci łatwo.

Myślę, że masz to gdzieś.

Cisza.

Maksim patrzył na nią tak, jakby widział ją pierwszy raz.

— Powtórz, — powiedział powoli.

— Masz to gdzieś, — zrobiła krok w stronę wyjścia z kuchni.

— Na mnie, na twoją matkę, na wszystko.

Dla ciebie liczy się tylko to, co powie Swietłana.

Co pomyślą sąsiedzi.

Co…

— Zamknij się.

Ludmiła odwróciła się.

Maksim stał przy stole, ręce w kieszeniach, ramiona napięte.

— Nie masz prawa tak do mnie mówić, — powiedział cicho, ale w głosie brzmiało coś ostrego.

— Jestem twoim mężem.

— To zachowuj się jak mąż, — odpowiedziała i wyszła na korytarz.

Trzasnęła drzwiami pokoju.

Ludmiła oparła się o framugę, zamknęła oczy.

Serce waliło gdzieś w gardle, w skroniach pulsowało.

Co ona zrobiła?

Co ona właśnie powiedziała?

Z kuchni dobiegł łomot — Maksim coś rzucił o podłogę.

Potem ciężkie kroki, trzask drzwi wejściowych.

Wyszedł.

Ludmiła wypuściła powietrze.

Powoli zsunęła się po ścianie i usiadła na zimnym parkiecie.

Z pokoju teściowej dobiegało ciche mamrotanie — staruszka rozmawiała sama ze sobą, jak zawsze wieczorami.

„Co ja zrobiłam?”

— powtarzała w myślach Ludmiła.

— „Co ja właśnie zrobiłam?”

Ale w środku, gdzieś głęboko, pod warstwami strachu i winy, poruszało się coś nowego.

Nieznanego.

Podobnego do nadziei.

Maksim wrócił po północy.

Ludmiła usłyszała, jak szarpie się z zamkiem — klucz skrobał po metalu, chybiał, znowu skrobał.

Potem huk w przedpokoju, przytłumione przekleństwo.

Pijany.

Leżała w ciemności, nakryta kołdrą po czubek głowy, i słuchała.

Ciężkie kroki w korytarzu.

Dźwięk otwieranej lodówki.

Coś upadło, potoczyło się po podłodze.

— Lud… Ludka… — głos Maksima był lepki, rozmazany.

— Ty co, śpisz czy co?

Nie odpowiedziała.

Zmrużyła oczy jeszcze mocniej, jakby to mogło ją uczynić niewidzialną.

— Ludka, ja do ciebie mówię!

Drzwi sypialni się rozwarły.

Światło z korytarza przecięło jej oczy.

— Myślisz, że będziesz milczeć?

— Maksim stał w progu, chwiejąc się.

Koszula rozpięta, na twarzy czerwone plamy.

— Myślisz, że zapomniałem, jak mnie dzisiaj poniżyłaś?

Ludmiła usiadła na łóżku.

— Maksim, połóż się spać.

Pogadamy rano.

— Nie chcę rano!

— wszedł do pokoju, a zapach alkoholu uderzył w nos.

— Chcę teraz!

Kim ty w ogóle jesteś, żeby mi mówić, co mam robić?

— Ja nikomu nie mówię, co ma robić.

Po prostu…

— Po prostu, po prostu!

— przedrzeźniał.

— Zawsze ty z tym swoim „po prostu”!

Wiesz, co mi dzisiaj Żeńka powiedział?

Mówi: „Maks, ty żonę całkiem rozpuściłeś.

Wlazła ci na głowę”.

Ludmiła milczała.

Żeńka.

Jego koleżka z warsztatu, który trzy razy się rozwodził i uważał się za eksperta od życia rodzinnego.

— I wiesz co, on ma rację, — ciągnął Maksim, siadając na skraju łóżka.

— Ja ci wszystko daję.

Wszystko!

A ty?

Ty nawet matki mojej nie potrafisz porządnie obsłużyć!

Obsłużyć.

Jak samochód w tym samym warsztacie.

— Idę spać do salonu, — Ludmiła zrzuciła kołdrę.

— Stój!

— Maksim złapał ją za rękę.

— Ja jeszcze nie skończyłem!

— A ja skończyłam, — wyswobodziła się.

— Skończyłam słuchać tego badziewia.

— Badziewia?

— zerwał się, ale koordynacja zawiodła — zachwiał się, chwycił za oparcie łóżka.

— To ja mówię badziewie?

— Tak, — odpowiedziała Ludmiła i wyszła, przymykając za sobą drzwi.

Usiadła na kanapie w salonie.

Okryła się kocem.

Z sypialni dochodziły urywki zdań — Maksim mówił sam do siebie, coś mamrotał, potem wszystko ucichło.

Zasnął.

Ludmiła zamknęła oczy, ale sen nie przychodził.

W głowie kręciły się jego słowa, intonacje, te spojrzenia pełne pogardy.

Kiedy to się zmieniło?

Kiedy stali się dwojgiem obcych ludzi, połączonych tylko pieczątką w paszporcie?

Telefon Maksima zawibrował na stoliku.

Zapomniał go w salonie.

Ekran się rozświetlił — wiadomość.

Ludmiła spojrzała odruchowo, nie chcąc czytać, ale litery same wryły się w świadomość:

„Słoneczko, gdzie ty zniknąłeś?

Czekam”.

Słoneczko.

Ręka sama sięgnęła po telefon.

Odblokowany — Maksim nigdy nie ustawiał haseł, uważał to za paranoję.

Komunikator.

Kontakt „Natasza (praca)”.

Natasza z pracy.

Ludmiła otworzyła rozmowę.

Pierwsza wiadomość była z sierpnia.

Cztery miesiące temu.

„Maksimku, dziękuję za wczoraj!

Jesteś taki uważny”.

„Daj spokój, drobiazg))”.

„Dla mnie to nie drobiazg.

Dawno się tak nie śmiałam”.

Potem było coraz więcej.

Zdjęcia.

Ona — blondynka z ułożonymi włosami, w czerwonej sukience, z kieliszkiem wina.

Selfie we dwoje — w jakiejś kawiarni, uśmiechnięci.

Data — październik, kiedy Maksim „zostawał w pracy”.

Serce biło wolno, głucho, gdzieś daleko.

„Nie mogę doczekać się weekendu.

Jedziemy na bazę, tak?”.

„Oczywiście, kotku.

Już zarezerwowałem”.

Baza.

Weekend w listopadzie, kiedy mówił, że jedzie z Żeńką na ryby.

Ludmiła przewijała dalej.

Wiadomości mnożyły się — setki, tysiące.

Głosówki.

Nacisnęła jedną i przyłożyła telefon do ucha.

Głos kobiecy, młody, dźwięczny:

„Kochany, tęsknię.

Kiedy się zobaczymy?

I tak w ogóle, obiecałeś z nią porozmawiać.

No, z twoją żoną.

Przecież mówiłeś, że rozwiedziesz się do Nowego Roku”.

Do Nowego Roku.

Rozwiedziesz się.

Telefon omal nie wypadł jej z rąk i wylądował na kolanach.

Ludmiła patrzyła w ciemność przed sobą.

Pokój nagle zrobił się jakiś nierzeczywisty — meble, ściany, nawet powietrze wydawało się gęste, lepkie.

Ile?

Cztery miesiące prowadzi ją za nos.

Cztery miesiące kłamie, wychodzi do tej… Nataszy.

Nataszy z pracy, która pisze „słoneczko” i czeka na rozwód.

A ona co robiła przez te cztery miesiące?

Prała jego skarpety.

Gotowała.

Opiekowała się jego matką, która jej nie pamięta.

Znosiła jego krzyki, pretensje, to wieczne niezadowolone spojrzenie.

Z pokoju teściowej dobiegło kaszlnięcie, potem cichy głos:

— Kto tam?

Kto chodzi?

Ludmiła wstała.

Wzięła telefon Maksima i odłożyła go z powrotem na stolik.

Ekran zgasł.

Weszła do staruszki.

Ta leżała z otwartymi oczami, patrzyła w sufit.

— To ja, mamo, — powiedziała cicho Ludmiła.

— Potrzebuje pani czegoś?

— Wody, — wyszeptała teściowa.

— I gdzie Sonia?

Sonia ma mi dać lekarstwo.

Sonia — jej młodsza córka, która piętnaście lat wcześniej zmarła na raka.

— Zaraz przyniosę, — Ludmiła poprawiła poduszkę, nalała wody z dzbanka.

Pomogła jej się unieść, podała szklankę do ust.

Staruszka wypiła kilka łyków i opadła z powrotem.

— Dziękuję, dziewczynko, — wymamrotała.

— Jesteś dobra.

A ta… jak jej… żona Maksima… ona jest zła.

Nie lubi mnie.

Ludmiła przymknęła drzwi i wróciła do salonu.

Usiadła na kanapie.

Wzięła telefon Maksima ponownie.

Otworzyła rozmowę.

Przeczytała wszystko — każdą wiadomość, każdą emotkę, każdą obietnicę.

Natasza ma dwadzieścia osiem lat.

Pracuje jako administratorka w tej samej firmie, gdzie Maksim figuruje jako kierownik działu.

Chce dzieci.

Chce ślubu.

Chce jego — całego, bez „tej starej krowy”, jak raz napisała.

Stara krowa — to o Ludmile.

Świt podkradł się niepostrzeżenie.

Szare światło pełzło po ścianach.

Ludmiła wciąż siedziała na kanapie, telefon w dłoniach.

W środku było pusto.

Całkiem pusto.

Ani łez, ani złości, ani nawet żalu.

Po prostu… nic.

Odłożyła telefon na miejsce, wstała.

Poszła do kuchni.

Włączyła czajnik.

Wyjęła kubek.

Wsypała kawę.

Automatycznie.

Mechanicznie.

I dopiero kiedy wrzątek zalał granulki, kiedy po kuchni rozszedł się gorzki zapach, coś w niej drgnęło.

Cicho.

Prawie niesłyszalnie.

Maksim chciał rozwodu do Nowego Roku.

No cóż.

Ludmiła spojrzała na kalendarz na lodówce.

Siódmy grudnia.

Zostały trzy tygodnie.

Ludmiła nie czekała.

Po co?

Żeby on ją wyrzucił, kiedy przyjdzie pora?

Żeby Natasza z pracy wprowadziła się do tego mieszkania, do jej życia, z uśmiechem zwyciężczyni?

Nie.

Dopiła kawę.

Odstawiła kubek do zlewu.

Wróciła do pokoju, wyciągnęła z szafy stary podróżny walizkowy kufer — ten sam, z którym kiedyś jechała w podróż poślubną.

Zamek się zacinał, materiał był przetarty na rogach.

Rzeczy pakowały się szybko.

Dżinsy, swetry, bielizna.

Kosmetyczka.

Dokumenty z szuflady komody — paszport, akt małżeństwa, polisa.

Ładowarka do telefonu.

Zdjęcie rodziców w ramce.

Nic więcej.

Dwadzieścia dwa lata zmieściły się w jednej sfatygowanej walizce.

Maksim chrapał w sypialni.

Ludmiła minęła go, nie oglądając się.

Zajrzała do teściowej — spała, przykryta po sam podbródek, oddech równy.

Na kuchennym stole Ludmiła zostawiła kartkę.

Krótko:

„Twoja Natasza czeka.

Matkę nakarm sam.

Klucze na półce”.

I tyle.

Bez wyjaśnień, pretensji, łez.

Tylko fakt.

Drzwi zamknęły się cicho, prawie bezszelestnie.

Winda zjeżdżała powoli, skrzypiała.

Na parterze pachniało wilgocią i kocim moczem — jak zawsze.

Ludmiła wyszła na ulicę.

Grudniowy poranek przywitał ją szarym światłem i chłodem.

Śniegu jeszcze nie było, ale powietrze już dźwięczało od nadchodzącego mrozu.

Dokąd iść?

Przyjaciółek prawie nie zostało — przez lata małżeństwa wszystkie się porozchodziły, obraziły na niekończące się odmowy spotkań.

Rodzice umarli.

Siostra mieszka w innym mieście, ma swoje problemy po uszy.

Ludmiła wyjęła telefon.

W kontaktach znalazła imię, którego nie miała odwagi nacisnąć od dwóch lat.

Polina.

Była koleżanka z pracy, z którą kiedyś pracowały razem w bibliotece.

Sygnał.

Pierwszy, drugi…

— Halo?

— senny głos.

— Pola, to Ludka.

Przepraszam, że tak wcześnie.

Ja… — głos jej zadrżał.

— Potrzebuję pomocy.

Pauza.

— Podeślij adres.

Czekam.

Polina mieszkała na obrzeżach, w dziewięciopiętrowym bloku.

Kawalerka, czysta, pachnąca kawą i cynamonem.

Otworzyła drzwi w szlafroku, z potarganymi włosami, ale oczy miała jasne, uważne.

— Wchodź, — odsunęła się.

— Walizkę postaw przy wejściu.

Usiadły w kuchni.

Polina parzyła prawdziwą kawę w tygielku — powoli, skupiona.

Ludmiła patrzyła przez okno.

Na dole, na podwórku, dozorca zamiatał opadłe liście miotłą.

— Mów, — Polina postawiła przed nią filiżankę.

I Ludmiła opowiedziała.

Wszystko.

O teściowej, o kłótniach, o pijanym Maksimie, o rozmowie z Nataszą.

Słowa płynęły same, bez zatrzymania, jakby pękła tama.

Polina słuchała w milczeniu.

Nie przerywała, nie wzdychała, nie biadoliła.

Po prostu słuchała.

— I co, to wszystko?

— zapytała, gdy Ludmiła zamilkła.

— Po prostu wyszłaś?

— Po prostu wyszłam.

— Dobrze zrobiłaś, — Polina kiwnęła głową.

— Nareszcie.

— Nareszcie?

— Ludmiła spojrzała na nią.

— Lud, ja dwa lata czekam, aż się obudzisz, — Polina objęła kubek dłońmi.

— Pamiętasz, jak ostatnio się widziałyśmy?

Narzekałaś wtedy na teściową, na to, jak Maksim cię nie szanuje.

Powiedziałam ci wtedy: uciekaj.

A ty: nie, rodzina, obowiązki, przysięgi…

— Myślałam, że to jest właściwe.

— Właściwe jest wtedy, kiedy cię szanują, — Polina upiła kawy.

— A nie wtedy, kiedy żyjesz jak służąca we własnym domu.

Ludmiła spuściła wzrok.

Służąca.

Tak, tak było.

— Co teraz?

— zapytała cicho.

— Teraz mieszkasz tutaj, dopóki nie znajdziesz pracy.

Kanapa się rozkłada, pościeli starczy.

Za tydzień ogarniemy dokumenty — rozwód, podział majątku.

Mam znajomą prawniczkę, pomoże.

— Pola, ja nie mogę ci…

— Możesz, — przerwała Polina.

— I będziesz.

Dwadzieścia dwa lata żyłaś dla innych.

Teraz dość.

Maksim zadzwonił po pięciu godzinach.

Ludmiła patrzyła na wibrujący telefon i nie odbierała.

Dziesięć połączeń pod rząd.

Potem posypały się wiadomości:

„Gdzie jesteś?”

„Ludmiła, odpowiedz natychmiast!”

„Co ty, do cholery, urządziłaś?!”

„Matka płacze, pyta, gdzie zniknęłaś”.

„Ty w ogóle rozumiesz, co narobiłaś?”

Zablokowała numer.

Wieczorem Polina przyniosła pizzę — dużą, cztery sery.

Jadły prosto z pudełka, siedząc na podłodze przy stoliku.

— Wiesz, co jest najstraszniejsze?

— Ludmiła oblizała palec od roztopionego sera.

— Nie czuję się winna.

Wcale.

Myślałam, że będę ryczeć, obwiniać się, żałować.

A zamiast tego… lekko mi.

— Bo zrobiłaś dobrze, — Polina uśmiechnęła się.

— Nareszcie.

Ludmiła spojrzała w okno.

Za szybą gęstniała grudniowa ciemność.

Gdzieś tam, na drugim końcu miasta, Maksim pewnie dzwonił do Nataszy, żalił się, snuł plany.

Jego matka leżała w swoim łóżku, wymawiając imiona dawno zmarłych ludzi.

A ona — Ludmiła — siedziała na cudzej podłodze, jadła pizzę i po raz pierwszy od wielu lat czuła, że oddycha pełną piersią.

— Szczęśliwego Nowego Roku, — powiedziała cicho.

— Szczęśliwego Nowego Roku, przyjaciółko, — Polina stuknęła się z nią papierowym kubkiem coli.

— Za nowe życie.

I Ludmiła się uśmiechnęła.

Po raz pierwszy od bardzo dawna — naprawdę.