— Wiera… potrącili mnie na drodze — Gleb nagle zadzwonił do żony.
Dopiero co sprzątnęła ze stołu po śniadaniu i zamierzała zabrać się za obiad.

Gleb poprosił, żeby zrobiła jego ulubioną sałatkę, i okazało się, że brakuje głównego składnika.
Trzeba było iść do sklepu po orzechy.
I teraz, słysząc w słuchawce głos męża, Wiera pożałowała, że wysłała go po zakupy.
W jej głowie pojawił się obraz motocykla albo samochodu pędzącego na jej męża, a teraz on, ledwo żywy, ostatkiem sił dzwoni do żony.
— Boże, Gleb! Żyjesz? Nic ci nie jest? Tylko się nie rozłączaj, ja zaraz… zaraz zadzwonię po pogotowie.
Powiedz, gdzie jesteś? — ona, drżąc całym ciałem, zostawiła na kuchence warzywa przygotowane do sałatki i rzuciła się do okna.
Jak się okazało, mąż nie zdążył odejść daleko: Gleb siedział na klombie z kwiatami, trzymając się za nogę.
„Uff, żyje” — przemknęło jej przez myśl.
Wiera wyskoczyła z mieszkania i pobiegła do męża.
— Zapamiętałeś numer rejestracyjny? Jak się czujesz? Mocno ucierpiałeś? Gdzie boli? — zasypała bladnego męża pytaniami.
— Jaki numer? Jakiego samochodu? Boli tu. Cała noga… — wymamrotał.
— No tego, który cię potrącił. W razie czego można sprawdzić z kamer.
A może to był motocykl?
— Nie, przejechała po mnie hulajnoga.
Wiera wpatrzyła się w męża.
Wyobraziła sobie jakiegoś kuriera z ogromną torbą albo faceta, który nie trzymał prędkości i wpadł na jej męża.
— Tak, oni jeżdżą jak szaleni, widziałam w telewizji — współczuła żona.
— Mógł cię okaleczyć…
To co, uderzył cię i odjechał?
Nawet nie zapytał, czy potrzebujesz pomocy?
— A dokąd miałby odjechać? Tam — Gleb kiwnął w prawo.
Wiera przyjrzała się.
— Nie widzę. Gdzie?
— Co ty, żona? Zupełnie oślepłaś? O, tam! — syknął Gleb, wskazując palcem pięcioletnie dziecko.
— Mogę mieć złamanie.
Albo pęknięcie.
Wiera spojrzała na hulajnogę z piszczałką i na sprawcę „wypadku”: kask chłopca zsunął się na bok, a on stał zagubiony i przestraszony.
— Gleb, „potrąciło” cię dziecko?! — upewniła się Wiera.
— Nie dziecko, tylko pomiot diabła!
Przejechał mi kołem po kości!
Trzeba jechać na izbę przyjęć.
Natychmiast!
Chłopiec, słysząc to, rozpłakał się.
Podbiegła jego mama i zaczęła przepraszać.
Wiera próbowała jakoś załagodzić sytuację:
— On dziś pierwszy raz na hulajnodze, dopiero się uczy, nie chciał.
Proszę nam wybaczyć…
— Gleb, on naprawdę nie zrobił tego specjalnie…
— Ty po prostu nie słyszałaś, jak trzasnęło!
Mogło tam być inne dziecko albo jakaś babcia! — uciął Gleb.
— Ja teraz będę inwalidą, a oni przepraszają, i ty stoisz po stronie tych nieudacznych rodziców.
Świetnie!
— Ja wcale nie stoję po ich stronie!
Zawsze jestem po twojej!
Jedźmy na izbę przyjęć.
— Mój mąż by was zawiózł, ale wyjechał… — zawodziła matka chłopca.
— Mam samochód, niech się pani nie martwi — odpowiedziała Wiera, biorąc Gleba pod rękę i pomagając mu wstać.
— No i po co odmówiłaś? — burczał Gleb.
Niechby płacili za taksówkę!
Albo za benzynę!
Wiera w milczeniu się przebrała, zebrała wszystkie dokumenty, zawiozła męża i wszystko załatwiła w rejestracji.
Czekając na „wyrok”, Gleb siedział na krześle i ze szczegółami opowiadał jakiejś nieznajomej babci o tym, jak hulajnogarz go okaleczył.
— Tak, ja wiem, jacy oni są bezmyślni!
W telewizji ciągle pokazują wypadki z nimi!
— A ja teraz będę chodził w gipsie…
— Sinicyn? Rentgen gotowy — pielęgniarka wychyliła się z gabinetu.
— Noga jest cała.
Wszystko w porządku.
— Na pewno?! — Gleb spojrzał zdziwiony na pielęgniarkę, a potem na żonę.
— No, chwała Bogu, obyło się.
Chodźmy! — Wiera odetchnęła z ulgą, ale Gleb cały wieczór kuśtykał po mieszkaniu, narzekając, że „nie wszystko widać na rentgenie”.
Wiera jednak przygotowała tę sałatkę, ale Glebowi wcale nie ulżyło.
Następnego dnia powiedział:
— Trzeba pójść porozmawiać z rodzicami tego chłystka.
Niech wiedzą, kogo im syn wyrasta.
— Gleb, może nie warto?..
Przecież już przeprosili… — spróbowała zaprotestować Wiera.
— To za mało!
Niech dadzą pieniądze za to, że wychowali takiego rajdowca.
Wczoraj ile wydaliśmy na rentgen?
— Za darmo…
— A benzyna!
A ile nerwów.
Nie, pójdę.
I ty pójdziesz ze mną, żeby mnie wesprzeć!
Wiera zdjęła fartuch i pokręciła głową.
Nie odważyła się puścić męża samego.
Poszła.
Matka chłopca przyjęła ich w przedpokoju.
Wiera stała z niezręcznym uśmiechem, a Gleb z naporem opowiadał o krzywdzie moralnej i potencjalnym kalectwie.
Kobieta czerwieniała, a chłopiec chował się za jej plecami.
— Dobra, dość.
Czego wy chcecie? — w końcu nie wytrzymał ojciec dziecka, wychodząc z pokoju.
Wiera zobaczyła dwumetrowego osiłka i zrozumiała, że siły są nierówne.
— Nic, Gleb, chodźmy.
Mój mąż tylko chciał powiedzieć, żeby wasz syn był ostrożniejszy — usprawiedliwiła się Wiera.
— Zrozumieliśmy.
Mam nadzieję, że na tym koniec. — facet zatrzasnął drzwi przed nosem Gleba i Wiery.
— Po co się wtrąciłaś? — Gleb spojrzał na Wierę z niezadowoleniem.
— Sam bym się z nim rozprawił.
„I wyszedłbyś stamtąd z prawdziwym złamaniem” — pomyślała Wiera, przypominając sobie ojca chłopca.
W nocy Wiera spała źle.
Śniły jej się hulajnogi, spojrzenie pielęgniarki na izbie przyjęć, westchnienia męża i to, jak ojciec chłopca stanął w obronie rodziny.
Obudziła się oblana zimnym potem.
Na szczęście rano wszystko znów wróciło do normy.
Mąż poszedł do pracy, a ona zajęła się korepetycjami.
Było lato, Wiera miała urlop.
— No i jak?
Jak minął dzień? — zapytała wieczorem męża, nakładając kolację.
— Już się zadomowiłeś w nowym miejscu?
— Nie masz pojęcia.
To jest po prostu piekło.
Tam nienawidzą ludzi.
Szef to narcyz.
Koledzy podstawiają nogę.
Ja tam nie pracuję — ja tam przeżywam.
Każdy grosz trzeba wydrapywać.
— A co jest nie tak?
— Poprosiłem o zaliczkę, a oni powiedzieli, że jeszcze na nią nie zarobiłem!
— Ale minęło pół miesiąca — Wiera szeroko otworzyła oczy.
Na te pieniądze ich rodzina liczyła.
— No właśnie!
Powiedzieli mi, że według ich zasad pensję wypłaca się raz w miesiącu.
— No… trudno.
Zaciśniemy pasa — powiedziała Wiera.
— Wezmę jeszcze uczniów.
Ty się trzymaj…
— Trzymałem się.
Ale rzuciłem tę pracę.
Nie mogę pracować z tymi szczurami — oznajmił Gleb.
— Rzuciłeś?
No… dobrze… — Wiera i tu wsparła go, jak zawsze.
Kiwnęła głową, mówiła „dobrze zrobiłeś”, nawet zaproponowała, że poszukają razem nowej pracy.
A następnego dnia jej matka, która przyszła w odwiedziny, zapytała:
— Wer, a nie myślisz, że twój mąż po prostu nie chce pracować?
Wiera od razu się oburzyła:
— Mamo, co ty za wnioski wyciągasz.
On ma trudny charakter.
I w ogóle jest wrażliwy.
A ludzie dookoła są źli i chciwi.
Szef dał słowo i je zabrał.
I tak jest w każdej pracy!
— Właśnie, Wiera!
W każdej pracy.
I na każdym zakręcie.
To Gleb jest taki, a nie inni.
To on powinien szukać przyczyn w sobie, a nie w innych.
— Mamo!
Nie róbmy tego.
Nie chcę go omawiać.
To mój mąż.
Matka zamilkła, ale następnego dnia, kiedy myła naczynia, Wiera nagle pomyślała: a ile już było takich „strasznych” miejsc?
Pięć?
Sześć?
I wszędzie winni byli inni.
Najsmutniejsze, że w słowach matki była odrobina racji.
Przełom nastąpił w sobotę.
Mieli jechać do teściowej, a Gleb wyszedł wcześniej, żeby wynieść worki ze śmieciami.
Na jego drodze był nieszczęsny plac zabaw.
Tam, niestety albo na szczęście, spacerował ten sam chłopiec.
A z nim mały biały piesek z kokardką na szyi.
Chłopiec bawił się, rzucał psu piłkę.
Pies szczekał i biegał po podwórku.
I w jednym z takich rzutów piłka trafiła prosto pod nogi Gleba.
Gleb znieruchomiał.
Jego twarz wykrzywiła się.
— Gleb, jedziemy? — Wiera w tym momencie wyszła z domu.
— Jedziemy?!
Zostawisz to tak?!
— Co dokładnie? — nie zrozumiała Wiera.
— Pobudzili mi białe spodnie! — pochylił się i kopnął piłkę.
Pies uznał, że to zabawa, i rzucił się do niego, dźwięcznie szczekając.
— Ten pies na pewno jest wściekły.
Widzisz, jak na mnie warczy?
Jeszcze mi się rzuci.
Zabierzcie psa!
Natychmiast! — zaczął krzyczeć i zrobił krok w stronę psa, żeby go odepchnąć.
Wiera wyskoczyła z samochodu i stanęła między nimi.
— Odejdź, Wer.
Ja tę psinę zaraz…
— Nie dotykaj.
On tylko szczeka.
Mały jest.
Nie jest groźny!
Już biegła do nich matka dziecka i właścicielka psa.
Na twarzach miały niepokój.
— Będziecie tresować swoje bachory (on naprawdę powiedział inaczej), czy nie? — wrzasnął, nadymając nozdrza.
— Jak nie, to do klatki!
— Człowieku, to pana trzeba do klatki!
Przestań pan drzeć się!
— A ty…
— Gleb, chodźmy. — Wiera spróbowała, ale on nachylił się do żony:
— Co?
I ty teraz za nimi?
Za tymi bezmózgimi…?
— Gleb! — Wiera podniosła głos.
— Proszę pani, zabierze go pani?
Czy mam zawołać męża… — powiedziała matka chłopca.
Wiera nic nie odpowiedziała.
Postanowiła, że nie będzie już w tym wszystkim uczestniczyć.
Po prostu się odwróciła i odeszła.
I nagle…
Nagle Gleb przestał krzyczeć, zdziwiony zachowaniem żony.
Szybko się odwrócił i poczłapał za Wierą.
Szli do domu w milczeniu.
A Wiera czuła, jak w środku wszystko się zmienia.
Coś dziwnego, nieodwracalnego.
Wieczorem przypomniała sobie, jak mówił o kolegach — „zgniłe”, o sąsiadach — „tępe”, o sprzedawcach — „oszuści”, o teściowej — „kłótliwa i stronnicza”, o kierowcach na drogach — „kalecy”.
Wszyscy dookoła byli źli.
Wszyscy, oprócz niego, Gleba.
I wtedy Wiera zrozumiała, że to system.
On zawsze miał rację.
Zawsze w centrum tragedii.
I zawsze czekał, że ona stanie obok i będzie trzymać go za rękę, bronić, żałować, usprawiedliwiać.
— Dlaczego odeszłaś?
— Bo to twoja osobista sprawa.
Ja nic nie mam przeciwko psom.
— A przeciwko sąsiedzkiej głupocie?
— Na razie mam na myśli tylko jednego głupiego sąsiada.
Gleb nie zrozumiał, o kim mówi.
A gdyby zrozumiał…
Pewnie by się obraził.
Mąż się nie zmieniał.
Wniosków też nie wyciągnął, ale kiedy Wiera przestała go żałować i wspierać, Gleb to zauważył.
Najpierw się zdziwił.
Potem zaczął wypominać:
— Zmieniłaś się.
Już mnie nie wspierasz.
Co się z tobą stało?
Ona się nie tłumaczyła.
Bo prawda była taka: zmieniła się.
Nie chciała już być kamienną ścianą.
Nie chciała już walczyć z całym światem o cudze urazy, ambicje i paskudny charakter.
Wiera chciała być żoną.
A żonaty, jak się okazało, przez cały ten czas był nie ona.
Gleb nie zrozumiał przyczyny jej zachowania.
Uznał, że to wszystko przez jej chłód.
— Dla ciebie nic nie znaczy nasza rodzina, Wiera.
Pewnie jesteś taka jak wszyscy…
Interesowna i oschła.
— Tak, pewnie — powiedziała, wskazując na drzwi.
Gleb wyszedł.
Do tej, która „rozumie i żałuje”.
Inna kobieta stała się jego „oparciem i nadzieją”.
Nawet nazywała się teraz Nadia.
Wiera dowiedziała się o tym później.
Ale nie było jej żal.
Nawet dziesięciu lat małżeństwa nie było jej żal.
— No proszę… była Wiera, teraz Nadzieja — mruknęła mama, gdy córka opowiedziała jej nowiny o byłym zięciu.
— Co dalej?
— Nie, mamo.
Nie Miłość.
Miłość on zawsze miał.
Tylko do siebie, nie do innych.
Spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.
Co dziwne, po odejściu męża żyło jej się lżej.
Jakby ciężar, który ciągnął ją na dno, wreszcie „odpadł”.
„No i z Bogiem” — powiedziała, patrząc na zdjęcia męża w mediach społecznościowych.
Podobno znów miał się żenić…
Niech się żeni.
Wiera na pewno znajdzie swoje szczęście.
Ale już nie z nim.







