Wyrzuciła go z domu po dziesięciu latach małżeństwa.

— Wiera… potrącili mnie na drodze — Gleb nagle zadzwonił do żony.

Dopiero co sprzątnęła ze stołu po śniadaniu i zamierzała zabrać się za obiad.

Gleb poprosił, żeby zrobiła jego ulubioną sałatkę, i okazało się, że brakuje głównego składnika.

Trzeba było iść do sklepu po orzechy.

I teraz, słysząc w słuchawce głos męża, Wiera pożałowała, że wysłała go po zakupy.

W jej głowie pojawił się obraz motocykla albo samochodu pędzącego na jej męża, a teraz on, ledwo żywy, ostatkiem sił dzwoni do żony.

— Boże, Gleb! Żyjesz? Nic ci nie jest? Tylko się nie rozłączaj, ja zaraz… zaraz zadzwonię po pogotowie.

Powiedz, gdzie jesteś? — ona, drżąc całym ciałem, zostawiła na kuchence warzywa przygotowane do sałatki i rzuciła się do okna.

Jak się okazało, mąż nie zdążył odejść daleko: Gleb siedział na klombie z kwiatami, trzymając się za nogę.

„Uff, żyje” — przemknęło jej przez myśl.

Wiera wyskoczyła z mieszkania i pobiegła do męża.

— Zapamiętałeś numer rejestracyjny? Jak się czujesz? Mocno ucierpiałeś? Gdzie boli? — zasypała bladnego męża pytaniami.

— Jaki numer? Jakiego samochodu? Boli tu. Cała noga… — wymamrotał.

— No tego, który cię potrącił. W razie czego można sprawdzić z kamer.

A może to był motocykl?

— Nie, przejechała po mnie hulajnoga.

Wiera wpatrzyła się w męża.

Wyobraziła sobie jakiegoś kuriera z ogromną torbą albo faceta, który nie trzymał prędkości i wpadł na jej męża.

— Tak, oni jeżdżą jak szaleni, widziałam w telewizji — współczuła żona.

— Mógł cię okaleczyć…

To co, uderzył cię i odjechał?

Nawet nie zapytał, czy potrzebujesz pomocy?

— A dokąd miałby odjechać? Tam — Gleb kiwnął w prawo.

Wiera przyjrzała się.

— Nie widzę. Gdzie?

— Co ty, żona? Zupełnie oślepłaś? O, tam! — syknął Gleb, wskazując palcem pięcioletnie dziecko.

— Mogę mieć złamanie.

Albo pęknięcie.

Wiera spojrzała na hulajnogę z piszczałką i na sprawcę „wypadku”: kask chłopca zsunął się na bok, a on stał zagubiony i przestraszony.

— Gleb, „potrąciło” cię dziecko?! — upewniła się Wiera.

— Nie dziecko, tylko pomiot diabła!

Przejechał mi kołem po kości!

Trzeba jechać na izbę przyjęć.

Natychmiast!

Chłopiec, słysząc to, rozpłakał się.

Podbiegła jego mama i zaczęła przepraszać.

Wiera próbowała jakoś załagodzić sytuację:

— On dziś pierwszy raz na hulajnodze, dopiero się uczy, nie chciał.

Proszę nam wybaczyć…

— Gleb, on naprawdę nie zrobił tego specjalnie…

— Ty po prostu nie słyszałaś, jak trzasnęło!

Mogło tam być inne dziecko albo jakaś babcia! — uciął Gleb.

— Ja teraz będę inwalidą, a oni przepraszają, i ty stoisz po stronie tych nieudacznych rodziców.

Świetnie!

— Ja wcale nie stoję po ich stronie!

Zawsze jestem po twojej!

Jedźmy na izbę przyjęć.

— Mój mąż by was zawiózł, ale wyjechał… — zawodziła matka chłopca.

— Mam samochód, niech się pani nie martwi — odpowiedziała Wiera, biorąc Gleba pod rękę i pomagając mu wstać.

— No i po co odmówiłaś? — burczał Gleb.

Niechby płacili za taksówkę!

Albo za benzynę!

Wiera w milczeniu się przebrała, zebrała wszystkie dokumenty, zawiozła męża i wszystko załatwiła w rejestracji.

Czekając na „wyrok”, Gleb siedział na krześle i ze szczegółami opowiadał jakiejś nieznajomej babci o tym, jak hulajnogarz go okaleczył.

— Tak, ja wiem, jacy oni są bezmyślni!

W telewizji ciągle pokazują wypadki z nimi!

— A ja teraz będę chodził w gipsie…

— Sinicyn? Rentgen gotowy — pielęgniarka wychyliła się z gabinetu.

— Noga jest cała.

Wszystko w porządku.

— Na pewno?! — Gleb spojrzał zdziwiony na pielęgniarkę, a potem na żonę.

— No, chwała Bogu, obyło się.

Chodźmy! — Wiera odetchnęła z ulgą, ale Gleb cały wieczór kuśtykał po mieszkaniu, narzekając, że „nie wszystko widać na rentgenie”.

Wiera jednak przygotowała tę sałatkę, ale Glebowi wcale nie ulżyło.

Następnego dnia powiedział:

— Trzeba pójść porozmawiać z rodzicami tego chłystka.

Niech wiedzą, kogo im syn wyrasta.

— Gleb, może nie warto?..

Przecież już przeprosili… — spróbowała zaprotestować Wiera.

— To za mało!

Niech dadzą pieniądze za to, że wychowali takiego rajdowca.

Wczoraj ile wydaliśmy na rentgen?

— Za darmo…

— A benzyna!

A ile nerwów.

Nie, pójdę.

I ty pójdziesz ze mną, żeby mnie wesprzeć!

Wiera zdjęła fartuch i pokręciła głową.

Nie odważyła się puścić męża samego.

Poszła.

Matka chłopca przyjęła ich w przedpokoju.

Wiera stała z niezręcznym uśmiechem, a Gleb z naporem opowiadał o krzywdzie moralnej i potencjalnym kalectwie.

Kobieta czerwieniała, a chłopiec chował się za jej plecami.

— Dobra, dość.

Czego wy chcecie? — w końcu nie wytrzymał ojciec dziecka, wychodząc z pokoju.

Wiera zobaczyła dwumetrowego osiłka i zrozumiała, że siły są nierówne.

— Nic, Gleb, chodźmy.

Mój mąż tylko chciał powiedzieć, żeby wasz syn był ostrożniejszy — usprawiedliwiła się Wiera.

— Zrozumieliśmy.

Mam nadzieję, że na tym koniec. — facet zatrzasnął drzwi przed nosem Gleba i Wiery.

— Po co się wtrąciłaś? — Gleb spojrzał na Wierę z niezadowoleniem.

— Sam bym się z nim rozprawił.

„I wyszedłbyś stamtąd z prawdziwym złamaniem” — pomyślała Wiera, przypominając sobie ojca chłopca.

W nocy Wiera spała źle.

Śniły jej się hulajnogi, spojrzenie pielęgniarki na izbie przyjęć, westchnienia męża i to, jak ojciec chłopca stanął w obronie rodziny.

Obudziła się oblana zimnym potem.

Na szczęście rano wszystko znów wróciło do normy.

Mąż poszedł do pracy, a ona zajęła się korepetycjami.

Było lato, Wiera miała urlop.

— No i jak?

Jak minął dzień? — zapytała wieczorem męża, nakładając kolację.

— Już się zadomowiłeś w nowym miejscu?

— Nie masz pojęcia.

To jest po prostu piekło.

Tam nienawidzą ludzi.

Szef to narcyz.

Koledzy podstawiają nogę.

Ja tam nie pracuję — ja tam przeżywam.

Każdy grosz trzeba wydrapywać.

— A co jest nie tak?

— Poprosiłem o zaliczkę, a oni powiedzieli, że jeszcze na nią nie zarobiłem!

— Ale minęło pół miesiąca — Wiera szeroko otworzyła oczy.

Na te pieniądze ich rodzina liczyła.

— No właśnie!

Powiedzieli mi, że według ich zasad pensję wypłaca się raz w miesiącu.

— No… trudno.

Zaciśniemy pasa — powiedziała Wiera.

— Wezmę jeszcze uczniów.

Ty się trzymaj…

— Trzymałem się.

Ale rzuciłem tę pracę.

Nie mogę pracować z tymi szczurami — oznajmił Gleb.

— Rzuciłeś?

No… dobrze… — Wiera i tu wsparła go, jak zawsze.

Kiwnęła głową, mówiła „dobrze zrobiłeś”, nawet zaproponowała, że poszukają razem nowej pracy.

A następnego dnia jej matka, która przyszła w odwiedziny, zapytała:

— Wer, a nie myślisz, że twój mąż po prostu nie chce pracować?

Wiera od razu się oburzyła:

— Mamo, co ty za wnioski wyciągasz.

On ma trudny charakter.

I w ogóle jest wrażliwy.

A ludzie dookoła są źli i chciwi.

Szef dał słowo i je zabrał.

I tak jest w każdej pracy!

— Właśnie, Wiera!

W każdej pracy.

I na każdym zakręcie.

To Gleb jest taki, a nie inni.

To on powinien szukać przyczyn w sobie, a nie w innych.

— Mamo!

Nie róbmy tego.

Nie chcę go omawiać.

To mój mąż.

Matka zamilkła, ale następnego dnia, kiedy myła naczynia, Wiera nagle pomyślała: a ile już było takich „strasznych” miejsc?

Pięć?

Sześć?

I wszędzie winni byli inni.

Najsmutniejsze, że w słowach matki była odrobina racji.

Przełom nastąpił w sobotę.

Mieli jechać do teściowej, a Gleb wyszedł wcześniej, żeby wynieść worki ze śmieciami.

Na jego drodze był nieszczęsny plac zabaw.

Tam, niestety albo na szczęście, spacerował ten sam chłopiec.

A z nim mały biały piesek z kokardką na szyi.

Chłopiec bawił się, rzucał psu piłkę.

Pies szczekał i biegał po podwórku.

I w jednym z takich rzutów piłka trafiła prosto pod nogi Gleba.

Gleb znieruchomiał.

Jego twarz wykrzywiła się.

— Gleb, jedziemy? — Wiera w tym momencie wyszła z domu.

— Jedziemy?!

Zostawisz to tak?!

— Co dokładnie? — nie zrozumiała Wiera.

— Pobudzili mi białe spodnie! — pochylił się i kopnął piłkę.

Pies uznał, że to zabawa, i rzucił się do niego, dźwięcznie szczekając.

— Ten pies na pewno jest wściekły.

Widzisz, jak na mnie warczy?

Jeszcze mi się rzuci.

Zabierzcie psa!

Natychmiast! — zaczął krzyczeć i zrobił krok w stronę psa, żeby go odepchnąć.

Wiera wyskoczyła z samochodu i stanęła między nimi.

— Odejdź, Wer.

Ja tę psinę zaraz…

— Nie dotykaj.

On tylko szczeka.

Mały jest.

Nie jest groźny!

Już biegła do nich matka dziecka i właścicielka psa.

Na twarzach miały niepokój.

— Będziecie tresować swoje bachory (on naprawdę powiedział inaczej), czy nie? — wrzasnął, nadymając nozdrza.

— Jak nie, to do klatki!

— Człowieku, to pana trzeba do klatki!

Przestań pan drzeć się!

— A ty…

— Gleb, chodźmy. — Wiera spróbowała, ale on nachylił się do żony:

— Co?

I ty teraz za nimi?

Za tymi bezmózgimi…?

— Gleb! — Wiera podniosła głos.

— Proszę pani, zabierze go pani?

Czy mam zawołać męża… — powiedziała matka chłopca.

Wiera nic nie odpowiedziała.

Postanowiła, że nie będzie już w tym wszystkim uczestniczyć.

Po prostu się odwróciła i odeszła.

I nagle…

Nagle Gleb przestał krzyczeć, zdziwiony zachowaniem żony.

Szybko się odwrócił i poczłapał za Wierą.

Szli do domu w milczeniu.

A Wiera czuła, jak w środku wszystko się zmienia.

Coś dziwnego, nieodwracalnego.

Wieczorem przypomniała sobie, jak mówił o kolegach — „zgniłe”, o sąsiadach — „tępe”, o sprzedawcach — „oszuści”, o teściowej — „kłótliwa i stronnicza”, o kierowcach na drogach — „kalecy”.

Wszyscy dookoła byli źli.

Wszyscy, oprócz niego, Gleba.

I wtedy Wiera zrozumiała, że to system.

On zawsze miał rację.

Zawsze w centrum tragedii.

I zawsze czekał, że ona stanie obok i będzie trzymać go za rękę, bronić, żałować, usprawiedliwiać.

— Dlaczego odeszłaś?

— Bo to twoja osobista sprawa.

Ja nic nie mam przeciwko psom.

— A przeciwko sąsiedzkiej głupocie?

— Na razie mam na myśli tylko jednego głupiego sąsiada.

Gleb nie zrozumiał, o kim mówi.

A gdyby zrozumiał…

Pewnie by się obraził.

Mąż się nie zmieniał.

Wniosków też nie wyciągnął, ale kiedy Wiera przestała go żałować i wspierać, Gleb to zauważył.

Najpierw się zdziwił.

Potem zaczął wypominać:

— Zmieniłaś się.

Już mnie nie wspierasz.

Co się z tobą stało?

Ona się nie tłumaczyła.

Bo prawda była taka: zmieniła się.

Nie chciała już być kamienną ścianą.

Nie chciała już walczyć z całym światem o cudze urazy, ambicje i paskudny charakter.

Wiera chciała być żoną.

A żonaty, jak się okazało, przez cały ten czas był nie ona.

Gleb nie zrozumiał przyczyny jej zachowania.

Uznał, że to wszystko przez jej chłód.

— Dla ciebie nic nie znaczy nasza rodzina, Wiera.

Pewnie jesteś taka jak wszyscy…

Interesowna i oschła.

— Tak, pewnie — powiedziała, wskazując na drzwi.

Gleb wyszedł.

Do tej, która „rozumie i żałuje”.

Inna kobieta stała się jego „oparciem i nadzieją”.

Nawet nazywała się teraz Nadia.

Wiera dowiedziała się o tym później.

Ale nie było jej żal.

Nawet dziesięciu lat małżeństwa nie było jej żal.

— No proszę… była Wiera, teraz Nadzieja — mruknęła mama, gdy córka opowiedziała jej nowiny o byłym zięciu.

— Co dalej?

— Nie, mamo.

Nie Miłość.

Miłość on zawsze miał.

Tylko do siebie, nie do innych.

Spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.

Co dziwne, po odejściu męża żyło jej się lżej.

Jakby ciężar, który ciągnął ją na dno, wreszcie „odpadł”.

„No i z Bogiem” — powiedziała, patrząc na zdjęcia męża w mediach społecznościowych.

Podobno znów miał się żenić…

Niech się żeni.

Wiera na pewno znajdzie swoje szczęście.

Ale już nie z nim.