— To pani problem, Irino Wasiljewno, że pani syn nie daje pani pieniędzy, i nie ma mi pani na co narzekać!

A żebrać — tym bardziej!

— A masło, Polinko, widziałaś, po ile teraz jest?

Złoto, na Boga, złoto…

Wczoraj weszłam do „Piatioroczki”, spojrzałam na cenę i aż mnie zakłuło w lewym boku, musiałam się złapać koszyka.

Irina Wasiljewna mówiła skrzypiącym, nadwątlonym głosem, specjalnie przeciągając samogłoski, żeby brzmieć jeszcze bardziej żałośnie.

Siedziała na samym brzegu miękkiego kuchennego krzesła, zgarbiona nienaturalnie mocno, jakby na ramionach miała niewidzialny worek cementu.

Staruszka trzymała filiżankę herbaty oburącz, obejmując ją sękatymi palcami z ciemną, wżartą pod paznokcie obwódką, i każdy łyk okraszała głośnym, demonstracyjnym siorbaniem, od którego Polinie aż ściskały się szczęki.

— Musiałam wziąć ten miks, tę przeklętą margarynę, — ciągnęła teściowa, wycierając usta grzbietem dłoni, choć obok leżał stos śnieżnobiałych serwetek.

— Trawa trawą, sama palma, a co zrobić?

Jeść się chce, a emerytura — kot napłakał.

Posmarujesz chleb, zaciśniesz oczy i żujesz, wyobrażając sobie, że to masło wołogodzkie.

Polina stała przy zlewie, metodycznie krojąc warzywa na kolację.

Nóż rytmicznie stukał o drewnianą deskę, ale ten dźwięk nie był w stanie zagłuszyć monotonnego jęczenia za jej plecami.

Kuchnia była przestronna, jasna, z błyszczącymi frontami w kolorze kości słoniowej i wbudowanym sprzętem — powodem dumy Poliny i wiecznej zazdrości teściowej.

I teraz, na tle tej sterylnej czystości i nowoczesnego komfortu, Irina Wasiljewna wyglądała jak brudna plama, którą chciało się natychmiast zetrzeć szmatą.

Teściowa miała na sobie swoją ulubioną „wyjazdową” bluzę.

Szara, bezkształtna, dziergana chyba jeszcze za Breżniewa, miejscami zmechacona w niechlujne kulki, a na łokciach wypolerowana ze starości.

Od Iriny Wasiljewny bił ciężki, duszący zapach: mieszanina tanich kropli nasercowych, naftaliny ze starej szafy i dawno niemytego ciała.

Polina wiedziała na pewno: u teściowej woda nie jest odcięta, piecyk działa bez zarzutu, a w szafie wiszą trzy nowe kardigany, podarowane przez syna na święta.

Ale na wizyty do synowej wybierany był wyłącznie ten kostium miejskiej nędzarki.

— Pani wie, Irino Wasiljewno, że margaryny pani nie wolno, ma pani cholesterol, — zauważyła sucho Polina, nie odwracając się.

Zrzuciła pokrojone ogórki do miski i wzięła się za pomidory.

— Mówiłam Igorowi w zeszłym tygodniu, żeby zamówił pani produkty z dostawą.

Dobre, wiejskie.

Nie zamówił?

— Oj, jaki tam Igor! — machnęła ręką teściowa, niemal rozlewając herbatę na drogie beżowe płytki podłogi.

— Jemu teraz nie do matki.

On ma pracę, karierę, a ty…

Wy młodzi macie wymagania, kredyty, samochody.

Kiedy ma myśleć o staruszce?

Ja rozumiem, ja się nie wtrącam.

Zdycham sobie po cichu w swoim kącie i tyle.

Byleby mojemu syneczkowi było dobrze.

Polina ścisnęła rękojeść noża trochę mocniej, niż trzeba.

Obłuda teściowej była tak gęsta, że można by ją kroić tym samym nożem zamiast pomidorów.

— Dzwonił do pani przedwczoraj, — powiedziała Polina równym głosem.

— Byłam obok.

Pytał, czy czegoś nie trzeba, czy może skończyły się leki.

A pani do słuchawki krzyczała, że wszystko pani ma, że żyje pani najbogaciej ze wszystkich.

— No bo… niezręcznie, — Irina Wasiljewna odwróciła wzrok, biegając kłującym spojrzeniem po blacie, na którym chromem błyszczał ekspres do kawy.

— Wstyd prosić własnego syna.

On sam powinien się domyślić, serce powinno mu podpowiedzieć.

Matka jest jedna.

A ja…

Ja już trzeci rok noszę zimowe buty, podeszwa w prawym odeszła, to podkleiłam „Momentem”, obwinęłam taśmą i chodzę.

Nogi mokre, marzną, a stawy nocami tak wykręca, że aż na ścianę by się człowiek wspiął…

A leki?

Widziałaś, ile teraz kosztuje „Teraflex”?

Jak skrzydło samolotu!

Skąd babka ma wziąć takie tysiące?

Polina powoli wytarła ręce ręcznikiem i odwróciła się.

Oparła lędźwie o blat, skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na teściową z góry na dół.

Ten spektakl powtarzał się miesiąc w miesiąc z godną pozazdroszczenia regularnością; zmieniały się tylko dekoracje nieszczęść: raz ceny mediów, raz kasza gryczana, a teraz — buty.

— Irino Wasiljewno, bez teatru, — powiedziała Polina, starając się, by głos brzmiał spokojnie, choć w środku gotowało się głuche rozdrażnienie.

— Ma pani emeryturę wyższą niż średnia w regionie, plus dodatki weterana.

Plus dopłatę do mieszkania.

Plus Igor.

Doskonale pani wie, że on przelewa pani pieniądze każdego piątego dnia miesiąca.

Regularnie.

Bez żadnych przerw.

Teściowa pociągnęła nosem, sięgnęła do kieszeni rozciągniętej bluzy i wyciągnęła sprany, szary chusteczkowy kawałek materiału.

Zaczęła nim osuszać suche oczy, udając głęboką urazę.

— Przelewa… też coś.

To jałmużna, nie przelew.

Rzuci grosze, żeby sumienie oczyścić, i zadowolony.

A co to są dziś te grosze?

Pył!

Raz wejdziesz do apteki — i nie ma.

A jeść chce się codziennie.

Ja dziś rano wstałam, otworzyłam lodówkę, a tam mysz by się powiesiła.

Pół słoika ogórków kiszonych, co stoją jeszcze sprzed przedprzedniego roku, i skórka chleba spleśniała.

Zeskrobałam tę pleśń nożykiem, rozmoczyłam w wodzie i zjadłam.

Oto całe śniadanie.

Zamilkła, czekając na reakcję.

Jej małe, głęboko osadzone oczy, zwykle matowe, teraz czujnie skanowały twarz synowej, wypatrując oznak litości albo winy.

Ale Polina patrzyła chłodno, jak patrzy się na kota, który nie pierwszy raz narobił do kapci.

— Przyszła pani ponarzekać na życie, czy potrzebuje pani czegoś konkretnego? — zapytała wprost Polina.

— Mam mało czasu, muszę jeszcze dokończyć raport do pracy.

Irina Wasiljewna ciężko westchnęła, całym sobą pokazując, jak bardzo rani ją ta oschłość.

Ostrożnie odstawiła filiżankę na spodek, brzęknęła porcelaną i znów się zgarbiła, zamieniając się w kłąb starych szmat.

— Jakie tam konkretne…

Po prostu ciężko, Pola.

Ciężko samej.

Strasznie.

Myślałam, zajdę, posiedzę z bliskimi, herbaty się napiję, duszę odetchnę.

A ty od razu: „co trzeba, co trzeba”…

Pomyślałam, może dasz mi chociaż trochę chleba na wynos?

Bochenek.

Albo pół bochenka.

I kilka ziemniaków, jeśli nie szkoda.

Ugotuję pustą zupkę, chociaż coś gorącego przełknę.

A do emerytury jeszcze tydzień, ja już nie wiem, czy dożyję, nogi mi już nie niosą z głodu.

Polina patrzyła na ten cyrk dziwolągów i czuła, jak podchodzi jej do gardła mdłości.

Doskonale pamiętała, jak tydzień temu spotkała teściową w mieście — ta żwawo wychodziła z banku, chowając do torebki wypchany kopertę, i wcale nie wyglądała tak żałośnie jak teraz.

Ale tutaj, w tej kuchni, zasady gry dyktowała Irina Wasiljewna.

— Chleba dam, — kiwnęła Polina.

— I kawałek sera odetnę.

I laskę kiełbasy dołożę, i tak nikt u nas „Doktorskiej” nie je, Igor kupił przez pomyłkę.

Ale pieniędzy pani nie dam.

Nawet niech pani nie prosi.

Na słowo „pieniądze” Irina Wasiljewna na sekundę znieruchomiała.

Jej twarz drgnęła.

Żałobna maska na moment zsunęła się, odsłaniając drapieżny wyraz człowieka przyłapanego na gorącym uczynku, który jednak jeszcze liczy, że się wywinie.

— A ja prosiłam o pieniądze? — zapytała słodko, prawie szeptem, a w jej głosie zabrzmiały piskliwe, nieprzyjemne nuty.

— Ja choć słowo powiedziałam o pieniądzach?

Ja się tylko dzielę.

Dzielę się matczyną rozpaczą.

Że własny syn zapomniał, że synowa jak pączek w maśle się toczy, a matka skórki gryzie i wodą popija.

Po co mnie obrażasz, Polino?

Po co oczerniasz biedną kobietę?

— Nikt pani nie oczernia, Irino Wasiljewno, — westchnęła zmęczona Polina, wreszcie odwracając się od blatu.

— Po prostu ja lubię precyzję.

A pani opowieści z rzeczywistością rozmijają się tak samo mocno jak brzegi oceanu.

Teściowa zacisnęła usta, układając je w kurzy kuper.

Zrozumiała, że pierwsza runda — ze skargami na głód i zimno — nie poszła tak gładko, jak liczyła.

Ale cofnąć się nie było w jej stylu.

Wierciła się na krześle, układając wygodniej, i postanowiła zmienić taktykę.

Jeśli synowa nie reaguje na litość dla żołądka, może zadziała groźba o zdrowie.

— Precyzja… — przemamrotała, patrząc w swoją pustą filiżankę, na dnie której zostały fusy.

— Tobie łatwo gadać o precyzji, kiedy masz męża młodego, zdrowego, zarabiającego.

A ja dziś do apteki weszłam…

Mi, Polinko, ciśnienie skacze jak wściekłe.

Lekarz przepisał mi zagraniczne tabletki, mówi, że bez nich udar walnie w każdej chwili.

Zobaczyłam cenę — i prawie się pod kasą nie położyłam.

Trzy tysiące!

Trzy tysiące za opakowanie, wyobrażasz sobie?

Zrobiła pauzę, czekając na pytanie, ale Polina milczała, patrząc na nią nieruchomym wzrokiem.

— W każdym razie, — Irina Wasiljewna kaszlnęła, odchrząkując, — pożyczyłabyś mi, córciu, co?

Trzy tysiące.

Albo pięć, żeby już na pewno, trzeba jeszcze kupić krople nasercowe.

Rozumiem, macie swoje wydatki, ale nie jesteśmy obcy ludzie.

Igor w tym miesiącu zupełnie o matce zapomniał, ani grosza nie przysłał, jakby uciął.

Pewnie ma trudności, ja nie jestem zwierzę, rozumiem, nie dzwoniłam, żeby nie niepokoić…

A umierać straszno.

Polina powoli podeszła do kuchennego stołu.

Jej ruchy były płynne, niemal drapieżne.

Wzięła smartfon, leżący ekranem do dołu, i ten gest sprawił, że teściowa się spięła.

W powietrzu zawisło elektryczne napięcie.

— To znaczy ani grosza? — dopytała Polina, odblokowując ekran.

— Ani złamanego grosza! — z zapałem potwierdziła teściowa, przyciskając dłoń do piersi, tam, gdzie pod zapoconą bluzą krył się krzyżyk.

— Przysięgam, Pola!

Zapomniał o matce, zakręcił się.

Polina przez kilka sekund w milczeniu stukała palcem w ekran, otwierając aplikację bankową.

Teściowa wyciągnęła szyję, próbując zajrzeć w świecący prostokąt, ale Polina trzymała telefon tak, by widziała tylko ona.

— Dziwne, — powiedziała synowa lodowatym tonem.

— A historia operacji mówi co innego.

Piąty dzień bieżącego miesiąca.

Przelew do odbiorcy „Mama Sber”.

Kwota: dwadzieścia pięć tysięcy rubli.

Status: wykonano.

Odwróciła telefon ekranem do teściowej, podsuwając go niemal pod sam nos staruszki.

Jasne cyfry na białym tle świeciły jak neon w ciemności.

— I to tylko oficjalny przelew, — ciągnęła Polina, nie dając teściowej ochłonąć.

— A jeszcze była opłata za media przez aplikację — pięć tysięcy czterysta rubli.

I zamówienie leków na „Apteka.ru” w zeszłym tygodniu, które kurier przywiózł pani prosto pod drzwi.

Tam, nawiasem mówiąc, był dokładnie ten lek na ciśnienie, na który teraz prosi pani o pieniądze.

Igor dostał powiadomienie o doręczeniu.

Irina Wasiljewna odskoczyła, jakby telefon był rozgrzanym żelazkiem.

Jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.

Sekundowe osłupienie ustąpiło złości — tej prawdziwej, którą zwykle chowała pod maską zniedołężniałej staruszki.

— Ty… ty nas szpiegujesz? — syknęła, a jej głos przestał drżeć, stając się niespodziewanie twardy i piskliwy.

— W cudzą kieszeń zaglądasz?

Pieniądze liczysz?

— Liczę budżet rodzinny, Irino Wasiljewno.

I te trzydzieści kilka tysięcy wyszło z naszej rodziny.

To pieniądze, które Igor zarobił, siedząc przy komputerze po dwanaście godzin dziennie.

— I co z tego?! — wrzasnęła teściowa, uderzając suchą dłonią w stół.

— I co z tego?!

To obowiązek syna utrzymywać matkę!

On mi jest winien!

Ja go urodziłam, ja go wychowałam, ja nocy nie spałam!

A te pieniądze… — zająknęła się, dobierając słowa, — to co innego!

— Co znaczy „co innego”? — Polina schowała telefon i skrzyżowała ręce na piersi.

— Pieniądze to pieniądze.

Za nie kupuje się jedzenie i leki.

Dlaczego pani kłamie, że on pani nie pomaga?

Po co pani tu przychodzi w tej brudnej bluzie i prosi mnie o pięć tysięcy, skoro na karcie leży świeży przelew?

— Bo tych pieniędzy nie wolno ruszać! — wypaliła Irina Wasiljewna, a w jej oczach mignął fanatyczny błysk.

— Nie wolno, ty głupia babo!

To jest N.Z.!

Nietykalny zapas!

A jak wojna?

A jak straszna choroba?

A pogrzeb?

Wiesz, ile teraz kosztuje miejsce na cmentarzu?

A pomnik?

Ja mam jak pies pod płotem leżeć, w worku foliowym?

Ja oszczędzam!

Oszczędzam na godne odejście, żeby wam, darmozjadom, potem kredytów nie trzeba było brać!

Polina patrzyła na nią z obrzydzeniem badacza, który odkrył nowy gatunek pasożyta.

— Czyli, — powiedziała powoli, układając słowa jak figury szachowe, — logika jest taka: pieniądze, które daje Igor, odkłada pani na „trumienne” konto i nie wydaje ani rubla.

Żyje pani na pół głodna, je pani margarynę, psuje sobie żołądek, chodzi w porwanych butach.

A żeby przetrwać tu i teraz, przychodzi pani do mnie i żąda gotówki z mojego portfela?

Chce pani, żebym sponsorowała pani codzienne życie, podczas gdy pani pcha do skarpety pieniądze mojego męża?

— Nie twojego męża, tylko mojego syna! — ryknęła Irina Wasiljewna.

Zerwała się z krzesła i jej garb gdzieś zniknął.

Przed Poliną stała twarda, żylasta baba, gotowa przegryźć gardło za swój grosz.

— I nie waż się mówić mi, jak mam rozporządzać moimi oszczędnościami!

To święte!

To na czarną godzinę!

— Pani czarna godzina przychodzi za każdym razem, gdy pani wchodzi do tego domu i zaczyna kłamać, — ucięła Polina.

— Zamieniła pani życie w gromadzenie na śmierć.

Żyje pani po to, żeby ładnie leżeć w trumnie.

A Igor staje na głowie, myśląc, że ratuje matkę przed głodem.

— Co ty rozumiesz! — teściowa zaczęła nerwowo krążyć po kuchni, szurając zdartymi kapciami.

— Młoda jesteś, zielona!

Życia nie wąchałaś!

Dożyjesz moich lat, zobaczysz, jak to jest bać się każdej kopiejki.

A pieniądze… pieniądze mają leżeć.

One grzeją duszę.

A ty, — zatrzymała się gwałtownie i wskazała Polinę palcem z obłamanym paznokciem, — ty jesteś po prostu skąpa!

Żal ci dla staruchy papierków!

U was ich pewnie pełne kieszenie!

Remont jaki zrobiliście, sprzęt cały zagraniczny, jecie słodko.

A matce — figę?

— My pracujemy, Irino Wasiljewno.

Oboje.

A pani uprawia finansowe machinacje na poziomie rodziny.

— Machinacje?! — teściowa aż się zachłysnęła oburzeniem.

— Ja oszczędzam!

Ja chronię!

A ty marnotrawisz!

Tylko umiesz wydawać.

Na siebie wydajesz, na ciuchy, na głupoty!

I jeszcze… — zmrużyła oczy, a jej twarz przybrała wyjątkowo nieprzyjemny, szyderczy wyraz.

— Ja wiem, gdzie jeszcze pieniążki uciekają.

Myślisz, że ja ślepa?

Myślisz, że Igor mi się nie wygadał?

Polina zesztywniała.

Zrozumiała, w którą stronę skręci ta rozmowa, i poczuła, jak zimna wściekłość zaczyna zalewać jej świadomość.

— O czym pani mówi? — zapytała cicho.

— O twoich rodzicach! — triumfalnie wypluła Irina Wasiljewna.

— O twoim drogocennym tatusiu i mamusi!

Im to pomagasz!

Im to wciskasz pieniądze bez liczenia!

A jak rodzonej teściowej — to od razu wyciąg z banku pod nos!

Myślisz, że to sprawiedliwe?

Z rodziny wyciągać, od męża odrywać, żeby swoich staruszków karmić, a mnie — na bok?

Teściowa zwycięsko oparła ręce na biodrach, sądząc, że wreszcie znalazła asa, który zmusi synową do milczenia i otworzy jej portfel.

Ale się myliła.

Nacisnęła nie ten guzik.

Zamiast się speszyć, spojrzenie Poliny stało się całkiem puste i straszne.

W tym spojrzeniu nie było już ani kropli szacunku dla wieku, ani grama rodzinnego ciepła.

Była tylko odraza.

Polina powoli, z przerażającym spokojem, położyła nóż na blacie.

Metaliczny brzęk ostrza o kamień zabrzmiał jak gong obwieszczający początek finałowej rundy.

Wyprostowała się na całą wysokość i teraz, mimo kruchej sylwetki, wydawała się wyższa i bardziej znacząca od zgarbionej teściowej.

W jej oczach, zwykle ciepłych i roześmianych, teraz zastygała odwieczna zmarzlina.

— Niech się pani nie waży, — powiedziała cicho, ale wyraźnie, cedząc każde słowo, — nawet wspominać moich rodziców tym swoim brudnym językiem.

Irina Wasiljewna, czując, że trafiła w czuły punkt, drapieżnie obnażyła zęby.

Żółtawe zęby błysnęły w triumfalnym uśmieszku.

Zrozumiała, że namierzyła bolące miejsce, i teraz zamierzała naciskać z całej siły, żeby wycisnąć to, czego chciała.

— A co takiego? — zaśpiewała jadowicie, robiąc krok do przodu i opierając ręce na kościstych biodrach.

— Prawdy słuchać nieprzyjemnie?

Oczy kłuje?

Oczywiście, że nieprzyjemnie!

Jak to: mój syneczek haruje, zdrowie sobie rujnuje, a jego pieniążki uciekają do obcej rodziny!

Na leki dla twojego tatusia, na sanatoria dla twojej mamusi!

A rodzona matka ma margarynę żreć i siedzieć cicho?

— Mój ojciec, — głos Poliny stał się szorstki jak papier ścierny, — przeszedł bardzo ciężki udar pół roku temu.

Leży, Irino Wasiljewno.

Nie chodzi.

Nie potrafi sam jeść.

Moja matka zrywa sobie kręgosłup, przewracając go pięć razy dziennie, zmieniając pieluchy i prześcieradła.

— I co z tego?! — przerwała teściowa, machając ręką z takim lekceważeniem, jakby mowa była o zepsutym krześle, a nie o żywym człowieku.

— Każdy ma swoje choroby!

Ja mam serce!

Ja mam ciśnienie!

A ty okradasz mojego syna dla obcego faceta!

To twój ojciec, a dla Igora kim on jest?

Nikt!

Siódma woda po kisielu!

Z jakiej racji mój syn ma go sponsorować?

— Igor nie sponsoruje moich rodziców, — ucięła Polina.

— Ja pracuję, jeśli pani zapomniała.

Prowadzę trzy duże projekty, haruję nie mniej niż pani syn.

I ze swojej pensji kupuję ojcu pieluchy i leki.

Ze swojej!

A Igor przelewa pieniądze pani.

Pani, zdrowej kobiecie, która udaje niedołężność!

— Zdrowej?! — zapiszczała Irina Wasiljewna, chwytając się za serce.

— Jak ci język się odważył?!

Ja jestem inwalidką!

Ja jestem starą chorą kobietą!

A ty… ty jesteś żmija!

Ty specjalnie wszystko wykręcasz, żeby mnie zrobić winną!

Ty swoje pieniądze masz do rodziny wnosić, a nie na bok rozrzucać!

Wszystko, co zarobiłaś będąc mężatką, jest wspólne!

A znaczy — i Igora!

A znaczy — i moje!

Polina spojrzała na nią ze szczerym zdumieniem.

Logika teściowej była tak wypaczona, że zachwycała swoją potworną prostotą.

W tym obrazie świata istniało tylko jedno centrum wszechświata — sama Irina Wasiljewna — i wszystkie zasoby dookoła miały spływać do jej bezdennej czarnej dziury.

— Moje? — powtórzyła Polina.

— Z jakiej racji nasze pieniądze miałyby być pani?

— Z takiej! — ryknęła starucha, pryskając śliną.

— Ja go urodziłam!

Ja go wychowałam!

Ja w niego zainwestowałam!

On jest moją inwestycją!

I teraz ma mi dywidendy wypłacać!

Dożywotnio!

A ty się przyssałaś, pijawka, i ciągniesz z niego soki!

I jeszcze swoją rodzinę mu na kark przytaszczyłaś!

— Pani mówi serio? — Polina zrobiła krok w jej stronę, zmuszając teściową do instynktownego cofnięcia się.

— Nazywa pani syna „inwestycją”?

Nie człowiekiem, nie synem, tylko lokatą bankową?

— Nie czepiaj się słów! — machnęła ręką Irina Wasiljewna, ale w jej oczach mignął strach.

Czuła, że przesadziła, ale nie mogła już się zatrzymać — chciwość i złość pchały ją do przodu jak rozpędzony lokomotyw.

— Sens jest jeden!

W rodzinie pieniędzy ma być dużo.

A ty je marnujesz na pieluchy dla „warzywa”!

Lepiej byś mi oddała, ja bym zachowała!

U mnie by były całe!

Leżałyby na koncie, procenty by kapały!

Polina uśmiechnęła się krzywo.

To był uśmiech straszny, pozbawiony wszelkiej wesołości.

— No i dotarłyśmy do sedna, — powiedziała cicho.

— Pani ma w nosie Igora.

Pani ma w nosie mnie.

Pani ma w nosie nawet siebie, skoro żyje pani w brudzie, mając pieniądze.

Pani po prostu lubi patrzeć na cyferki na koncie.

Jest pani Skąpym Rycerzem w spódnicy.

Kolekcjonuje pani zera.

Mój ojciec nie wybrał choroby.

Moja matka nie wybrała bycia opiekunką.

Oni naprawdę potrzebują pomocy.

A pani… pani jest pasożytem.

Zwykłym, tłustym pasożytem, przyssanym do sumienia syna i pijącym jego krew, zasłaniającym się matczynym obowiązkiem.

— Zamilknij! — wrzasnęła Irina Wasiljewna, jej twarz pokryła się purpurowymi plamami, szyja nabrzmiała z napięcia.

— Zamknij się, szmato!

Nie waż się mnie obrażać w domu mojego syna!

Ja teraz do Igora zadzwonię!

Ja mu wszystko opowiem!

Jak mnie tu poniżasz, jak mnie głodem morzisz, jak mu pieniądze kradniesz!

On ci pokaże!

On mamusię kocha, on ci nie wybaczy!

Zaczęła gorączkowo grzebać po kieszeniach rozciągniętej bluzy, próbując znaleźć telefon.

Ręce trzęsły jej się nie ze starości, lecz z wściekłości.

— Proszę dzwonić, — rzuciła obojętnie Polina.

— Proszę dzwonić teraz.

Włączyć głośnik.

Niech posłucha.

Niech mu pani opowie, jak żądała pani ode mnie pięciu tysięcy, mając trzydzieści na karcie.

Niech mu pani opowie, jak nazwała pani jego teścia „warzywem”.

No dalej, Irino Wasiljewno.

Ja nawet nalegam.

Teściowa zamarła z telefonem w ręku.

Rozumiała, że zadzwonić do Igora teraz — to samobójstwo.

Syn, owszem, miękki, ale nie idiota.

A jeśli Polina opowie o „inwestycji” i o obelgach pod adresem chorego ojca…

Irina Wasiljewna powoli opuściła rękę.

Złość w jej spojrzeniu ustąpiła zimnej, wyrachowanej nienawiści.

— Myślisz, że wygrałaś? — syknęła.

— Myślisz, że jesteś najmądrzejsza?

Nic…

Nocna kukułka dzienną zawsze przekuka, ale matka — to na zawsze.

Ja znajdę na ciebie sposób.

Zrobię tak, że on cię rzuci.

Zostaniesz sama ze swoim paralitykiem, to inaczej zaśpiewasz!

Przypełzniesz do mnie żebrać!

— Wynocha z mojego domu, — powiedziała cicho Polina.

— Co?! — teściowa osłupiała, jakby dostała policzek.

— Ty mnie wyganiasz?

Matkę męża?

— Wyganiam z mojego domu obcą, złą i chciwą kobietę, która straciła ludzką twarz, — wycedziła Polina.

— Pani nie jest matką.

Matka nie życzy źle rodzinie swojego dziecka.

Matka nie próbuje skłócić syna z żoną przez pięć tysięcy rubli.

Pani jest po prostu starą egoistką, zaślepioną pieniędzmi.

Irina Wasiljewna stała, otwierając i zamykając usta jak ryba wyrzucona na brzeg.

Była przyzwyczajona, że synowa zawsze znosiła, łagodziła, próbowała być uprzejma.

Ten bunt, ten twardy opór rozbił jej dotychczasowy obraz świata.

Ale zamiast się przestraszyć, wybuchła do końca.

— A ty, farbowana suko! — ryknęła, zapominając o roli „inteligenckiej” cierpiętnicy.

— Ja cię przeklnę!

Niech ci ręce uschną!

Niech zdechniesz pod płotem!

Oddaj pieniądze!

Oddaj to, co mi się należy!

Natychmiast!

Pięć tysięcy!

Za krzywdę moralną!

Za to, że mi nerwy zszargałaś!

Zrobiła krok do przodu, wyciągając rękę dłonią do góry, i to żądanie brzmiało już nie jak prośba, tylko jak jawny rozbój.

W jej oczach palił się obłędny ogień chciwości, spalający ostatnie resztki rozsądku.

Naprawdę wierzyła, że ma prawo żądać „odszkodowania” za to, że jej plan się nie udał.

Polina spojrzała na tę wyciągniętą, drżącą rękę, na brudne paznokcie, na twarz przekrzywioną z wściekłości.

I w tym momencie pękła z ogłuszającym brzękiem ostatnia nitka cierpliwości, która jeszcze łączyła ją z zasadami przyzwoitości.

Nie było już „Iriny Wasiljewny”.

Była wroga istota, która wtargnęła na jej teren.

— Zapłacisz mi!

Za każde obrzydliwe słowo zapłacisz! — wrzeszczała Irina Wasiljewna, pryskając śliną na czystą powierzchnię kuchennej wyspy.

— Ja teraz taki raban zrobię!

Sąsiadom opowiem, że mnie bijecie!

Do opieki społecznej napiszę, choć dzieci nie macie, wymyślę, że macie!

Zrobię wam z życia piekło!

Jej twarz, która minutę wcześniej udawała wszechświatowy smutek, teraz przypominała przejrzałego, pękniętego pomidora.

Oczy wyszły jej na wierzch, żyły na szyi napięły się jak liny.

Chwyciła ze stołu serwetnik — ciężki, metalowy — i zamachnęła się, ale nie rzuciła; z hukiem odstawiła go z powrotem, próbując tylko przestraszyć, zrobić hałas, chaos, w którym łatwiej manipulować.

Polina obserwowała tę histerię z przerażającym spokojem patologa.

W środku coś jej kliknęło i ostatecznie ułożyło się na swoich miejscach.

Litość, szacunek dla siwizny, rodzinne więzy — wszystko spłonęło w piecu potwornej chciwości, którą ta kobieta właśnie pokazała.

Przed nią stał wróg.

Nie krewna, nie „babcia przyszłych wnuków”, ale wróg, który sięgał po to, co najświętsze — po dobro jej prawdziwej, cierpiącej rodziny.

Polina bez słowa zrobiła krok do przodu, skracając dystans do minimum.

Była wyższa, młodsza i, jak się okazało, dużo silniejsza duchem.

Irina Wasiljewna instynktownie cofnęła się, opierając lędźwie o parapet.

— Dość, — powiedziała cicho Polina.

To słowo zabrzmiało ciężej niż krzyk.

— Spektakl skończony.

Kurtyna.

Oklasków nie będzie.

Gwałtownym ruchem zgarnęła z krzesła torbę gospodarczą teściowej — tę samą bezdenną siatę, do której zwykle wędrowały produkty z ich lodówki.

Teraz torba była pusta i żałośnie zwisała w rękach Poliny.

— Co ty robisz?! — zapiszczała teściowa, próbując wyrwać swoje mienie.

— Oddaj!

Tam jest bilet!

— Oddaję pani niezależność, Irino Wasiljewno, — Polina nie oddała torby; przeciwnie, wcisnęła ją w ręce osłupiałej staruszce, twardo dociskając do piersi.

— Tak pani lubi oszczędzać?

To proszę iść oszczędzać.

W swoim mieszkaniu, w swojej kuchni, ze swoją margaryną.

Chwyciła teściową za łokieć.

Nie bolało, ale był to żelazny uścisk, nieznoszący sprzeciwu.

Palce wbiły się w luźną wełnę śmierdzącej bluzy.

— Nie dotykaj mnie! — wrzasnęła Irina Wasiljewna, próbując zaprzeć się nogami o podłogę.

— Nigdzie nie pójdę!

Będę tu siedzieć, aż Igor przyjdzie!

Wszystko mu opowiem!

Ogłoszę strajk głodowy!

— Proszę ogłaszać, — rzuciła obojętnie Polina, dosłownie ciągnąc opierającą się kobietę w stronę wyjścia z kuchni.

— To nawet będzie korzystne dla pani figury i portfela.

Mniej wyda pani na jedzenie — więcej odłoży na trumnę z muzyką.

Szły korytarzem w dziwnym, pokracznym duecie.

Irina Wasiljewna wolną ręką czepiała się ścian, futryn, szurając zdartymi podeszwami po panelach i zostawiając na nich brudne ślady.

Sypała przekleństwami, przechodząc z wrzasku w chrypę, przywołując diabły, Boga i wszystkich świętych naraz.

— Bądźcie przeklęci! — charczała.

— Żeby wam było pusto!

Żeby cię mąż rzucił!

Żebyś zdechła w nędzy!

Przy drzwiach wejściowych Polina rozluźniła palce i popchnęła teściową do przodu.

Ta straciła równowagę, przeleciała parę metrów i uderzyła ramieniem o wieszak.

Irina Wasiljewna odwróciła się, ciężko dysząc, twarz miała wykrzywioną nienawiścią.

Zrozumiała, że przegrała.

Że koryto się zatrzasnęło.

Że nie będzie już darmowych produktów, które można zjeść, oszczędzając swoje drogocenne tysiące.

I to uświadomienie wylało z niej ostatni strumień żółci.

— Ty skąpa bestio! — splunęła, przewiercając synową wzrokiem.

— Żal ci dla matki!

Syn ma obowiązek!

Syn ma dług!

Czemu nie daje mi pieniędzy do ręki?!

Czemu mam się poniżać?!

Polina stała, trzymając dłoń na klamce otwartych drzwi.

Zimne powietrze z klatki schodowej wdarło się do dusznego mieszkania przesiąkniętego awanturą.

Spojrzała na tę kobietę i w jej wzroku nie zostało nic ludzkiego — tylko zimna stal.

— To pani problem, Irino Wasiljewno, że pani syn nie daje pani pieniędzy, i nie ma mi pani na co narzekać!

A żebrać — tym bardziej!

Ja sama mam rodziców, którym pomagam, a pani jest tu wyraźnie zbędna!

— Zbędna?! — teściowa aż się zakrztusiła.

— Ja?!

— Pani.

Pani jest czarną dziurą.

Pani nie jest matką, pani jest pasożytem.

A pasożyty się tępi.

Wynocha stąd.

Irina Wasiljewna otworzyła usta, by wyrzucić kolejną porcję świństw — być może o ojcu Poliny, albo o jej niezdolności do urodzenia dziecka, albo o czymś jeszcze bardziej bolesnym — ale Polina nie dała jej tej szansy.

Zrobiła krok do przodu, dosłownie wypychając staruszkę swoim ciałem na klatkę schodową.

Irina Wasiljewna, cofając się i potykając o wycieraczkę, wypadła na zewnątrz, omal nie upuszczając swojej drogocennej torby.

Znalazła się na zimnym betonie klatki, żałosna i wściekła, w tej swojej absurdalnej brudnej bluzie.

— Wezwę policję! — krzyknęła już ze schodów, czując się bezpiecznie.

— Powiem, że mnie okradłaś!

Polina nie odpowiedziała.

Patrzyła jeszcze sekundę na teściową, zapamiętując ten moment ostatecznego zerwania.

Moment, w którym wycięła ze swojego życia rakowatego guza.

Polina chwyciła za klamkę ciężkich metalowych drzwi.

Nie zamierzała ich przytrzymywać.

Włożyła w ruch całą swoją złość, całe obrzydzenie, cały ból nagromadzony przez lata niesprawiedliwych wyrzutów.

Mocno pchnęła skrzydło od siebie.

Drzwi zatrzasnęły się tuż przed nosem manipulatorki z takim potwornym hukiem, że ściany zadrżały, a z sufitu w korytarzu posypała się drobna biała wapienna pyłka, osiadając na ramionach Poliny jak śnieg.

Kliknął zamek.

Jeden obrót.

Drugi.

Trzeci.

Zaszczekała zasuwka.

Na klatce schodowej zapadła cisza, przerywana jedynie ciężkim, świszczącym oddechem za drzwiami.

Potem rozległ się soczysty plask śliny w wizjer i oddalające się szurające kroki.

Polina stała w korytarzu, patrząc na zamknięte drzwi.

Strzepnęła z ramienia białą pyłkę.

Ręce jej nie drżały.

Serce biło równo i mocno.

Nie czuła winy.

Nie czuła strachu przed rozmową z mężem.

Czuła tylko niewiarygodną, dźwięczącą lekkość i czystość, jakby w mieszkaniu wreszcie otwarto okna po długiej chorobie.

Powietrze stało się czyste.

Odwróciła się i poszła do kuchni.

Trzeba było umyć podłogę w korytarzu.

Zostały tam brudne ślady, które trzeba było natychmiast zetrzeć, żeby nie zostało po nich nawet wspomnienie…