W szpitalnym korytarzu unosił się ostry zapach chloru i leków.
Anna szła znajomą trasą, ściskając w rękach termos z rosołem i torbę z jabłkami.

Zaczynał się drugi tydzień… i ona znała już na pamięć dyżury pielęgniarek, zwyczaje salowych oraz to, że winda na drugim piętrze zawsze zacinała się między piętrami.
Dima leżał przy oknie w dwuosobowej sali.
Złamanie kręgosłupa nie okazało się tak straszne, jak wydawało się na początku, ale rekonwalescencja szła wolno.
Lekarze obiecywali pełny powrót do zdrowia, lecz na razie mąż mógł tylko leżeć i irytować się na cały świat.
— Znowu przyniosłaś tę breję? — burknął, nawet nie podnosząc głowy.
— Mówiłem, żebyś kupowała gotowe jedzenie w sklepie.
— Domowe jest zdrowsze, — odpowiedziała automatycznie Anna, rozkładając jedzenie na szafce przy łóżku.
Na sąsiednim łóżku leżał starszy mężczyzna: siwe włosy, wyniszczona twarz, ręce w siniakach od kroplówek.
Przez cały ten czas Anna ani razu nie widziała u niego odwiedzających.
Po prostu leżał, patrzył w sufit i milczał.
— A pan będzie jadł? — zapytała niespodziewanie sama dla siebie.
Starzec powoli odwrócił głowę.
Miał zaskakująco żywe oczy, mimo choroby.
— Nazywam się Michaił Stiepanowicz, — powiedział cicho.
— A pani?
— Anna, — kobieta poczuła, jak Dima się spina.
Mąż nie znosił, gdy nawiązywała rozmowy z nieznajomymi.
— Nie musisz tu z nikim gadać, — syknął, gdy schyliła się poprawić mu poduszkę.
— Nigdy nie wiadomo, co to za ludzie.
Ale Anna zdążyła już nalać trochę rosołu do zapasowego kubka.
— Michaił Stiepanowicz, proszę spróbować.
Domowy, z kurczaka.
Wyszedł naprawdę pyszny!
Starzec z trudem się uniósł, wziął kubek drżącymi rękami i bardzo powoli wypił rosół, z wyraźną przyjemnością.
— Dziękuję, — powiedział po prostu.
— Dawno nie jadłem domowego jedzenia ugotowanego przez kobietę!
Dima demonstracyjnie odwrócił się do okna.
Tak okazywał niezadowolenie, kiedy nie mógł powiedzieć tego wprost.
Po piętnastu latach małżeństwa Anna nauczyła się czytać takie sygnały i zwykle dostosowywała się do nastroju męża, ale teraz jakoś wcale jej się nie chciało.
— Co się panu stało? — zapytała ostrożnie Michaiła Stiepanowicza.
— Zawał.
Już drugi! — uśmiechnął się słabo, ale bez użalania się nad sobą.
— W moim wieku to żadna nowość.
— A rodzina?
— Była kiedyś, — starzec wzruszył ramionami.
— Życie takie jest… czasem zostaje się zupełnie samemu.
Anna chciała wypytać go o życie bardziej szczegółowo, ale Dima demonstracyjnie zakaszlał, co oznaczało „dość gadania bzdur”.
Nauczyła się tych sygnałów jak języka obcego i zwykle posłusznie je respektowała.
— Muszę już iść, — powiedziała kobieta, zbierając puste naczynia.
— Do widzenia, Michaił Stiepanowicz.
— Do widzenia, Anno.
I dziękuję za rosół.
Domowe jedzenie leczy lepiej niż jakiekolwiek lekarstwa.
Wychodząc z sali, odwróciła się.
Starzec znów patrzył w sufit, a Dima już grzebał w telefonie.
I jakoś zrobiło jej się ciepło na sercu.
—
Następnego dnia Anna przyniosła podwójną porcję rosołu.
Dima był w złym humorze.
Lekarz postanowił przesunąć jego wypis jeszcze o tydzień.
— Znęcają się, — złościł się mąż.
— Ja już czuję się normalnie.
Mogę siedzieć i nawet trochę wstawać.
— Lekarze wiedzą lepiej, — próbowała uspokoić go Anna.
— Lekarze chcą z nas wyciągnąć więcej pieniędzy.
Przecież mamy dobrą polisę!
Michaił Stiepanowicz uważnie słuchał ich rozmowy, ale się nie wtrącał.
Kobieta zauważyła, że śniadanie na jego szafce pozostało nietknięte: szara kasza i przypalone parówki.
— Nie je pan szpitalnego jedzenia? — zapytała.
— Żołądek już nie ten, — uśmiechnął się smutno starzec.
— I apetytu prawie nie mam.
Anna rozlała rosół do kubków.
Dima ponuro wziął swój, a Michaił Stiepanowicz przyjął jej gotowanie z wdzięcznością.
— Niech pani nie myśli, że żebram, — powiedział cicho.
— Po prostu… dawno nie czułem wobec siebie takiej troski.
— Daj pan spokój, — machnęła ręką Anna.
— I tak gotuję i codziennie tu przyjeżdżam.
Różnica niewielka.
Nie sprawia mi pan żadnych dodatkowych kłopotów.
— To ogromna różnica! — sprzeciwił się starzec.
— Między obojętnością a dobrocią zawsze jest ogromna różnica.
Dima zakrztusił się rosołem.
— No jasne, niewielka!
Jeszcze byś cały szpital wykarmiła! — rzucił poirytowany.
— I tak brakuje pieniędzy na leki.
Bezmyślna!
Anna speszyła się.
Rzeczywiście, ich domowy budżet trzeszczał w szwach.
Pensja męża ledwie starczała na płatne zabiegi, a jej praca w przedszkolu nigdy nie przynosiła dużych pieniędzy.
— Proszę się nie martwić, — powiedział cicho Michaił Stiepanowicz.
— Nie warto się przeze mnie kłócić.
Ale Anna już podjęła decyzję.
Następnego dnia znów przyniosła jedzenie dla dwojga.
I pojutrze też.
Dima mruczał, ale nie był zbyt agresywny.
Widocznie rozumiał, że żona nie ustąpi.
Stopniowo Anna zaczęła poznawać historię Michaiła Stiepanowicza.
Całe życie pracował jako inżynier w fabryce.
Jego żona zmarła dziesięć lat temu.
Jedyny syn wyjechał do Ameryki i prawie nie utrzymywał z nim kontaktu, tylko od czasu do czasu przesyłał pieniądze na kartę.
— Nie mam do niego pretensji, — mówił starzec.
— Każdy ma swoje życie.
Po prostu nie ułożyły nam się bliskie relacje.
— Jak to się nie ułożyły? — zdziwiła się Anna.
— Przecież jest pan jego ojcem!
— Być ojcem, a być tatusiem — to dwie różne rzeczy.
Dużo pracowałem, byłem zmęczony, prawie nie rozmawiałem z dzieckiem.
A potem było już za późno.
Te słowa jakoś szczególnie poruszyły Annę.
Ona i Dima nie mieli dzieci.
Najpierw chcieli stanąć na nogi, potem ciągle odkładali, a teraz i wiek nie był już ten, i relacje zrobiły się jakieś suche.
— A pani? — zapytał Michaił Stiepanowicz.
— Ma pani dzieci?
— Nie, — odpowiedziała krótko Anna i zrozumiała, że nie chce ciągnąć tego tematu.
Starzec kiwnął głową ze zrozumieniem i więcej o nic nie pytał.
W ogóle okazał się zaskakująco taktownym człowiekiem: czuł granice, nie narzucał się, ale każde jego słowo było znaczące.
A Dima tymczasem stawał się coraz bardziej drażliwy.
Szpitalne życie go przygnębiało, a powrót do zdrowia postępował wolniej, niż by chciał.
—
Pod koniec drugiego tygodnia Anna zrozumiała, że z niecierpliwością czeka na wizyty w szpitalu.
Nie tylko z powodu Dimy, ale też z powodu rozmów z Michaiłem Stiepanowiczem.
Starzec okazał się niezwykle ciekawym rozmówcą: dużo czytał, pamiętał mnóstwo historii, a przede wszystkim umiał słuchać.
— Wyobraża pan sobie, — opowiadała mu o pracy, — przychodzi matka i żąda, żeby jej dziecko przenieśli do starszej grupy.
A chłopiec ma cztery lata, jeszcze porządnie mówić nie umie!
— Rodzice często chcą dla dzieci rzeczy niemożliwych, — odparł zamyślony Michaił Stiepanowicz.
— A przy tym nie zauważają tego, co naprawdę jest potrzebne.
Dima w tym czasie grał w telefonie, nawet nie słuchając.
Kiedyś Anna by się obraziła, ale teraz było jej wszystko jedno.
Nawet dobrze, że można spokojnie porozmawiać.
— A pani lubi swoją pracę? — zapytał starzec.
Anna się zamyśliła.
Lubi?
Pracuje jako wychowawczyni od ośmiu lat, przywykła, weszła w rutynę.
Dzieci jej nie drażnią, zespół jest w porządku, pensja mała, ale stała.
— Sama nie wiem, — przyznała szczerze.
— Jakoś o tym nie myślałam.
— A o czym pani myślała?
Pytanie zaskoczyło kobietę.
O czym myśli?
O tym, co ugotować na kolację, opłacić rachunki, pojechać do mamy na działkę, kupić Dimie nowe koszule…
— Chyba o sprawach domowych.
Michaił Stiepanowicz uważnie na nią spojrzał.
— A o swoich pragnieniach?
— O jakich pragnieniach? — Anna zaśmiała się, ale śmiech wyszedł napięty.
— W moim wieku już za późno myśleć o pragnieniach.
— Trzydzieści siedem to nie wiek, — łagodnie zaprotestował starzec.
— Ja w wieku siedemdziesięciu dwóch lat mam pragnienia.
— Jakie?
— Chcę zobaczyć wnuki.
Chcę pogodzić się z synem.
Chcę jeszcze raz pojechać na działkę, gdzie z żoną mieszkaliśmy dwadzieścia lat! — zamilkł na chwilę.
— I chcę, żeby choć ktoś na tej ziemi zapamiętał mnie jako dobrego człowieka.
Anna poczuła, jak do gardła podchodzi jej gula.
— Jest pan dobrym człowiekiem, Michaił Stiepanowicz.
— Skąd pani wie?
Rozmawiamy dopiero tydzień.
— Dobroć czuje się od razu.
Dima prychnął, nie odrywając się od telefonu:
— Naiwna jesteś, Anka!
Nie wolno oceniać ludzi po wyglądzie.
Ale Anna wiedziała, że to wcale nie chodziło o wygląd starca.
Michaił Stiepanowicz emanował spokojnym ciepłem, z nim chciało się rozmawiać o tym, co najważniejsze, a nie o głupotach.
Przy nim czuła się jakaś bardziej żywa.
Następnego dnia starzec poczuł się gorzej.
Leżał blady, prawie nie jadł, tylko pił wodę małymi łykami.
— Może wezwać lekarza? — zaniepokoiła się Anna.
— Lekarze wszystko wiedzą, — słabo uśmiechnął się Michaił Stiepanowicz.
— Organizm jest po prostu zmęczony.
W moim wieku to normalne.
Dima wzruszył ramionami.
Jakby to nie był ich problem.
A Anna cały dzień nie mogła znaleźć sobie miejsca.
Wieczorem nawet zadzwoniła do szpitala, żeby dowiedzieć się, jak się czuje.
— Stan stabilny, — odpowiedziała sucho pielęgniarka.
Ale Anna usłyszała w jej głosie coś niedopowiedzianego.
I zrozumiała, że jutro musi koniecznie przyjechać wcześniej.
Rano wzięła wolne w pracy i przyjechała do szpitala na ósmą.
Michaił Stiepanowicz był przytomny, ale wyglądał bardzo słabo.
— Jak dobrze, że pani przyszła, — wyszeptał.
— Chciałem pani powiedzieć coś ważnego.
—
Anna usiadła na krześle obok łóżka Michaiła Stiepanowicza.
Dima jeszcze spał.
Środki przeciwbólowe działały na niego jak tabletki nasenne.
— Co chciał mi pan powiedzieć? — zapytała cicho kobieta.
Starzec z trudem odwrócił się do niej.
— Wiele w życiu zrozumiałem za późno, — zaczął urywanym głosem.
— Myślałem, że najważniejsze to zapewnić rodzinie byt, dać synowi wykształcenie, odłożyć na starość.
A o duszy zapomniałem.
Anna wzięła jego zimną dłoń w swoje ręce.
— Niech pan tak nie mówi.
Dbał pan o rodzinę.
To też jest ważne.
— Dbałem, ale nie żyłem, — pokręcił głową Michaił Stiepanowicz.
— Praca, dom, praca, dom.
A gdy żona zachorowała, zrozumiałem, że jesteśmy niemal obcymi ludźmi.
Tyle lat obok siebie, a nie mamy o czym rozmawiać.
Zamilkł, ciężko oddychając.
Anna czekała, czując, jak jego słowa odbijają się bólem w piersi.
Czyż nie tak samo żyła z Dimą?
Codzienność, obowiązki, przyzwyczajenie…
— A z synem, — ciągnął starzec, — w ogóle nie umiałem rozmawiać.
Tylko rozkazywałem: ucz się, nie wariuj, myśl o przyszłości.
A jak mu tam, co czuje, o czym marzy… nie interesowałem się.
— Jeszcze nie jest za późno, żeby naprawić relacje, — spróbowała dodać otuchy Anna.
— Za późno, — uśmiechnął się smutno Michaił Stiepanowicz.
— Ale dla pani nie jest za późno!
— O czym pan mówi?
Starzec spojrzał na nią uważnie.
— Myśli pani, że nic nie widzę?
Pani żyje tak, jak ja żyłem.
Z rozpędu.
Mąż pani nie zauważa, praca nie cieszy, a swoje marzenia pogrzebała pani pod stertą obowiązków.
Anna chciała zaprzeczyć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.
Bo Michaił Stiepanowicz mówił prawdę.
— Nie mogę tak po prostu wziąć i wszystkiego zmienić, — powiedziała cicho.
— Mam obowiązki, odpowiedzialność…
— Naprawdę?
A wobec siebie jaką ma pani odpowiedzialność? — starzec ścisnął jej dłoń z zaskakującą siłą.
— Rozumie pani, że życie jest jedno?
I trzeba je przeżyć naprawdę, a nie odbębniać jak powinność.
W tej chwili obudził się Dima.
— O czym tu szepczecie? — burknął, mrużąc oczy od słońca.
— Tak sobie, o życiu, — odpowiedziała niepewnie Anna.
— Znaleźliście czas na filozofowanie, — mruknął mąż.
— Lepiej byś mi zrobiła masaż.
Plecy mi zdrętwiały.
Anna szybko wstała, żeby rozmasować Dimie mięśnie.
Ale Michaił Stiepanowicz nie puścił jej ręki.
— Obieca mi pani, — wyszeptał tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.
— Obieca mi pani, że nie będzie pani żyła cudzym życiem.
— Obiecuję, — kiwnęła Anna, nie do końca rozumiejąc, co właściwie obiecuje.
— Musisz zostawić męża! — wyszeptał do mnie starzec, który leżał z moim mężem w tej samej sali.
— Musisz zostawić męża, żeby nie spuścić swojego życia w toalecie.
Po tej rozmowie kobieta cały dzień chodziła jak nie swoją.
Słowa starca utkwiły jej w głowie i nie dawały spokoju.
Czy ona naprawdę tylko istnieje, a nie żyje?
Wieczorem zadzwoniła mama.
— Jak się masz, córeczko?
Jak Dima?
— W porządku.
Wkrótce go wypiszą.
— To dobrze.
A ty jak?
Nie zmęczyłaś się bieganiem po szpitalach?
Anna się zamyśliła.
Mama pytała o jej samopoczucie, ale jak odpowiedzieć szczerze?
Że się pogubiła, że nie rozumie, czego chce od życia, że boi się zostać samotna nawet w małżeństwie?
— Trochę jestem zmęczona, — powiedziała rutynowo, nie wymyślając nic lepszego.
— Rozumiem.
Trzymaj się.
Wkrótce wszystko się ułoży.
Wszystko się ułoży… ale co dokładnie ma się ułożyć?
I kto to zrobi, jeśli nie ona sama?
Następnego ranka Anna przyjechała do szpitala z mocnym postanowieniem, by kontynuować rozmowę z Michaiłem Stiepanowiczem.
Ale lekarz poinformował, że w nocy starzec miał kolejny zawał.
—
Michaił Stiepanowicz zmarł o świcie.
Gdy Anna przyjechała do szpitala, jego łóżko było już pościelone świeżą pościelą, gotowe dla nowego pacjenta.
Jakby w ogóle go nie było.
— Nareszcie! — powiedział obojętnie Dima.
— Całą noc charczał, nie dawał spać.
Chociaż pod koniec ucichł.
Anna w milczeniu usiadła na krześle.
W gardle stała jej gula, oczy szczypały od łez.
Nie zdążyła nawet pożegnać człowieka, który przez dwa tygodnie stał się jej bliższy niż własny ojciec.
Dimę wypisano po trzech dniach.
Lekarze pozwolili mu chodzić, ale zalecili unikać wysiłku.
Kiedy małżonkowie pakowali rzeczy, do sali podeszła pielęgniarka.
— To dla pani, — powiedziała do Anny, podając złożoną kartkę.
— Michaił Stiepanowicz prosił, żeby przekazać, jeśli coś się stanie.
Drżącymi rękami Anna rozłożyła notatkę.
Pismo starca było nierówne, litery tańczyły po linijkach:
„Aneczko, jeśli to czytasz, znaczy, że mnie już nie ma.
Nie smuć się.
Przez te tygodnie poczułem się potrzebny po raz pierwszy od wielu lat.
Dziękuję za dobroć.
A teraz najważniejsze.
Pamiętaj naszą rozmowę o marzeniach.
Nie odkładaj ich na jutro.
Bierz z życia to, co jest gotowe ci dać!
Ryzykuj, popełniaj błędy, ale żyj naprawdę.
Inaczej potem będzie za późno.
Dla mnie już jest za późno, a dla ciebie jeszcze nie.
Bierz!
Z życia bierz wszystko!”
W domu zaczął się zwyczajny rytm.
Dima usiadł na kanapie z pilotem od telewizora.
— Wreszcie normalne jedzenie, — powiedział, zajadając domowe kotlety.
— Ta szpitalna ohyda doprowadzała mnie do szału.
Razem z twoimi dietetycznymi rosołkami!
Anna gotowała obiad i czytała raz po raz list Michaiła Stiepanowicza.
Jego słowa paliły ją w środku, zmuszały do myślenia o tym, o czym przez lata uparcie nie chciała myśleć.
— Dima, nie chcesz porozmawiać o naszych planach? — zapytała nagle, zaskakując samą siebie.
— Jakich planach? — mąż nie odrywał wzroku od telewizora.
— No… o życiu.
O tym, co chcemy osiągnąć, dokąd iść dalej.
— A czego tu chcieć?
Pracować, zarabiać, odkładać na emeryturę.
Standardowy zestaw zwykłych ludzi.
— A może pojedziemy gdzieś?
Na urlop, na przykład.
Dawno nigdzie nie byliśmy.
— Za jakie pieniądze?
Po szpitalu nie ma żadnych dodatkowych środków.
I po co gdzieś jechać?
W domu lepiej.
Anna zrozumiała, że rozmowa jak zwykle trafia w ślepy zaułek.
Jak zawsze.
Ale jedną rzecz postanowiła jednak zmienić…
Następnego dnia długo siedziała przy komputerze, przeglądając listę kursów z psychologii dziecięcej.
Od lat marzyła, by je ukończyć, ale ciągle odkładała.
Kosztowały sporo, prawie całą jej pensję za trzy miesiące.
„Bierz z życia wszystko!” — brzmiał jej w głowie głos Michaiła Stiepanowicza.
Anna wzięła kredyt.
Pierwszy raz w życiu pożyczyła pieniądze nie na lodówkę czy remont, ale na swoje marzenie.
Dima wpadł w złość, gdy dowiedział się, że żona zapisała się na jakieś kursy.
— Tylko wyrzucasz pieniądze w błoto! — marudził.
— I tak ledwo wiążemy koniec z końcem.
Ale Anna go nie słuchała.
Uczyła się, czytała literaturę fachową, odkrywała nowy świat psychologii dziecięcej.
Trudno było łączyć naukę z pracą, jednak dawała radę.
Po pół roku Anna złożyła wypowiedzenie w przedszkolu.
Marzyła o otwarciu prywatnego centrum rozwoju dla przedszkolaków.
Awantura z Dimą była straszna.
— Zwariowałaś?
Tracić pracę w dzisiejszych czasach!
— Znajdę nową.
Taką, która mi się podoba.
— I gdzie ją znajdziesz?
Komu jesteś potrzebna w wieku trzydziestu siedmiu lat?
I za co otworzysz to centrum?
Za kolorowe papierki?
Anna milczała.
Następnego dnia pojechała do rodziców.
Mama i tata długo przetwarzali jej prośbę o pożyczkę.
— To ryzykowne, córciu, — kręcił głową ojciec.
— Własny biznes to nie żarty!
— Ale jeśli naprawdę tego chcesz, — dodała łagodnie mama, — pomożemy.
Mamy oszczędności na działkę, ale działka może poczekać.
—
Centrum „Tęcza” otworzyło się jesienią.
Anna pracowała od rana do wieczora, szukała podejścia do każdego dziecka, uczyła się w biegu.
Pierwsze miesiące były katorżnicze: mało klientów, pieniędzy na nic nie starczało.
Dima robił sceny codziennie.
— Kiedyś byłaś normalną babą, — mówił.
— A teraz wiecznie zajęta, czegoś chcesz, na coś liczysz.
Mnie taka życie nie pasuje!
Sama się kisz w swoim gównie!
Mąż odszedł zimą, oświadczając, że taka żona mu nie odpowiada.
— Kiedyś byłaś wygodna, — powiedział Dima przy rozwodzie.
— A teraz jakaś inna, nie taka.
„Niewygodna”.
I Anna zrozumiała, że to najlepszy komplement w jej życiu.
Dziś każdego dnia idzie do pracy z radością.
Centrum rośnie, pojawiają się nowe programy i plany.
Dług wobec rodziców i kredyt są prawie spłacone.
A najważniejsze: dzieci się śmieją, rodzice są zadowoleni, i ona dokładnie wie, że robi coś ważnego.
Czasem Anna wspomina Michaiła Stiepanowicza i w myślach mu dziękuje.
„Bierz z życia wszystko!” — mówił starzec.
I ona bierze.
Każdego dnia, każdej minuty, nie pozwalając, by strach i wątpliwości ją zatrzymały.
Teraz już nigdy…







