— Kolacji nie ugotujesz? — oburzyła się teściowa-pasożytka.

Poranne światło ledwo przebijało się przez ciężkie zasłony, gdy Nadia bezszelestnie wysunęła się z sypialni.

W kuchni panowała zwyczajowa cisza — tylko lodówka monotonnym szumem pracowała, a zmywarka cicho szemrała, kończąc nocny cykl.

Zaparzyła mocną herbatę i wyjęła z teczki ostatnie wydruki na konferencję.

— Nadiuś, już wstałaś? — Igor stanął w progu, rozczochrany po śnie.

— Dzień dobry, — podniosła wzrok znad dokumentów.

— Pamiętasz, że dziś zaczyna się konferencja?

— Oczywiście, że pamiętam.

— Przez dwa tygodnie tylko o tym mówiłaś.

— Jestem główną organizatorką i jedyną tłumaczką symultaniczną z chińskiego.

— Przez wszystkie trzy dni wrócę późno.

— Nie przejmuj się tak, — Igor nalał sobie kawy.

— Mama zrozumie.

— Przecież wie, jak to jest dla ciebie ważne.

Nadia skinęła głową, choć w środku poruszyło się dziwne przeczucie.

Przez pół roku wspólnego życia z Walentyną Pietrowną nauczyła się rozpoznawać odcienie jej nastroju.

Teściowa wprowadziła się do nich po sprzedaży swojego mieszkania — rzekomo chciała być bliżej jedynego syna.

Propozycja wydawała się rozsądna: duże mieszkanie Nadii z łatwością mieściło troje, a Walentyna Pietrowna obiecała pomagać w domu.

Pierwsze miesiące wszystko szło gładko.

Teściowa gotowała obiady, sprzątała, nawet na balkonie zasadziła kwiaty.

Nadia szczerze się cieszyła — praca zabierała jej dużo sił, a tu takie wsparcie.

Ale w ostatnich tygodniach coś się zmieniło.

Walentyna Pietrowna zaczęła robić drobne uwagi, wzdychać na widok rzeczy Nadii, przestawiać meble bez pytania.

— Igorioku, będziesz jadł śniadanie? — do kuchni wpłynęła teściowa w jedwabnym szlafroku.

Na Nadię nawet nie spojrzała.

— Mamo, dzień dobry.

— Nadia dziś zaczyna ważną konferencję, pamiętasz?

— A, tak-tak, — Walentyna Pietrowna махnęła ręką.

— Ci jej Chińczycy.

— No cóż, my z tobą sobie poradzimy.

— Zrobisz jajecznicę?

— Dzięki, mamo, spieszę się do pracy.

— Wiecznie się spieszycie, — teściowa demonstracyjnie zadzwoniła patelniami.

— Nikt w tym domu normalnie nie je.

Nadia zebrała dokumenty i wstała.

— Jadę.

— Wieczorem wrócę późno, nie czekajcie z kolacją.

— Jak to „nie czekajcie”? — Walentyna Pietrowna gwałtownie się odwróciła.

— To my mamy siedzieć głodni?

— Mamo, przecież tłumaczyłem, — zaczął Igor, ale Nadia go uprzedziła.

— Walentyno Pietrowno, w lodówce jest pełno jedzenia.

— Wczoraj wszystko kupiłam.

— Ach, jedzenie! — teściowa rozłożyła ręce.

— A gotować kto będzie?

— Ja, stara kobieta, mam się dla was dwojga zajeżdżać?

— Mamo, no co ty… — Igor bezradnie przenosił wzrok z matki na żonę.

— NIC ja! — Walentyna Pietrowna podniosła głos.

— Twoja żona całkiem się rozzuchwaliła!

— Człowiek tu mieszka pół roku, pomaga jak może, a nawet „dziękuję” nie usłyszy!

Nadia zacisnęła zęby.

Do konferencji zostały dwie godziny, denerwować się teraz — ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała.

— Walentyno Pietrowno, porozmawiajmy wieczorem.

— Naprawdę muszę już iść.

— Leć, leć, — teściowa odwróciła się do kuchenki.

— Karierowiczka.

— Dla takich rodzina to puste słowo.

Konferencja odbywała się w nowym centrum biznesowym na Arbacie.

Nadia pracowała w trybie maksymalnej koncentracji — tłumaczenie symultaniczne z chińskiego wymagało pełnego zanurzenia.

Wieczorem głowa jej dudniła, ale pierwszy dzień poszedł pomyślnie.

Partnerzy z Pekinu byli zadowoleni, organizacja stała na wysokim poziomie.

— Nadieżdo, była pani znakomita! — dyrektor działu międzynarodowego uścisnął jej dłoń.

— Jutro będzie jeszcze ciężej, proszę odpocząć.

Nadia wróciła do domu około dziesiątej wieczorem.

W mieszkaniu paliło się światło tylko w salonie — Igor oglądał telewizję.

— Cześć, — usiadła obok.

— Jak minął dzień?

— Normalnie, — objął ją za ramiona.

— Jadłaś?

— Coś przekąsiłam na konferencji.

— A wy?

— Mama się obraziła.

— Powiedziała, że skoro ty nie gotujesz, to ona też nie będzie.

— Zamówiliśmy pizzę.

— Igor, ostrzegałam dwa tygodnie wcześniej…

— Wiem, wiem.

— Ona po prostu przywykła, że wszystko jest według planu.

— Wytrzymaj trzy dni, potem się „przeprosisz” i wszystko się ułoży.

— Przeproszę? — Nadia odsunęła się.

— Za co?

— Nie tak, że przeprosisz…

— Po prostu załagodzisz sytuację.

— Mama przecież się stara dla nas.

— Igor, ona mieszka w MOIM mieszkaniu.

— Za darmo.

— Ja ją utrzymuję, swoją drogą.

— Nad’, nie zaczynaj.

— To moja matka.

— A ja jestem twoją żoną.

— I to najważniejszy projekt roku dla mnie.

— Rozumiem! — Igor wstał z kanapy.

— Tylko nie nakręcaj się.

— Mama sama się uspokoi.

Nadia zamilkła.

Nie miała siły się spierać.

Wzięła prysznic i poszła spać, starając się nie myśleć o jutrze.

Poranek drugiego dnia zaczął się od awantury.

Ledwo Nadia wyszła z sypialni, Walentyna Pietrowna zaatakowała ją w korytarzu.

— Wczorajsze naczynia wciąż stoją!

— Ty w ogóle rozumiesz, że mieszkanie popada w zaniedbanie?

— Walentyno Pietrowno, zmywarka działa…

— NIE PRZERYWAJ starszym! — teściowa poczerwieniała.

— Żadnego wychowania!

— Wieśniara!

— Co? — Nadia zamarła.

— To!

— Z tej swojej tambowskiej oblasti przyjechałaś, mieszkanie po babce dostałaś i się panienka zrobiłaś!

— Mamo! — Igor wypadł z łazienki.

— Co ty mówisz?

— Prawdę mówię! — Walentyna Pietrowna złapała oddech.

— Normalna żona karmi męża i dom w porządku trzyma!

— A ta tylko o swoich Chińczykach myśli!

— Walentyno Pietrowno, — Nadia starała się mówić spokojnie.

— Ja pracuję.

— Zarabiam.

— Za te pieniądze pani tutaj mieszka.

— Ach, wypominasz?! — teściowa chwyciła się za serce.

— Igor, słyszysz?

— Wypomina mi kawałek chleba!

— Nadya, po co ty tak… — zaczął mąż.

— PO NIC! — Nadia podniosła głos.

— Wychodzę.

— Wieczorem porozmawiamy.

Wzięła torebkę i wybiegła z mieszkania, nie słuchając, co teściowa krzyczała za nią.

Na konferencji musiała zebrać całą wolę w pięść, żeby pracować profesjonalnie.

Chińska delegacja nie mogła nic zauważyć.

Wieczorem Nadia podjęła twardą decyzję — dłużej tego nie zniesie.

Ale w domu czekała ją kolejna niespodzianka.

Walentyna Pietrowna siedziała w salonie wśród jakichś pudeł.

— A, przyszła! — wstała na jej widok.

— Popatrz, co znalazłam!

Na podłodze były porozrzucane prywatne rzeczy Nadii — albumy ze zdjęciami, listy, dokumenty z zamkniętej szuflady biurka.

— Pani… pani włamała się do mojego biurka? — Nadia nie wierzyła własnym oczom.

— Włamałam! — teściowa przedrzeźniała ją.

— Robię porządek w domu, w którym mieszkam!

— I wiesz, co ustaliłam?

— Twoja babka, okazuje się, całe życie pracowała jako sprzątaczka!

— A ty tu udajesz inteligencję!

— WYJDŹ Z MOJEGO POKOJU! — krzyknęła Nadia.

— Nie waż się podnosić na mnie głosu! — Walentyna Pietrowna podeszła bliżej.

— Jestem matką twojego męża!

— Mam GDZIEŚ, kim pani jest!

— To MÓJ dom, MOJE rzeczy!

— Wynosić się stąd NATYCHMIAST!

Igor wbiegł na krzyki i zastał apokaliptyczny widok: jego matka i żona stały naprzeciw siebie, gotowe rzucić się sobie do włosów.

— Co tu się dzieje?

— Twoja żoneczka kompletnie się rozbestwiła! — Walentyna Pietrowna wskazała palcem na Nadię.

— Wyrzuca mnie z domu!

— Włamała się do mojego biurka!

— Grzebała w moich prywatnych rzeczach! — Nadia trzęsła się, trzymając rozdarty album.

— Mamo, ty naprawdę… — Igor patrzył zdezorientowany na porozrzucane dokumenty.

— Tak!

— I dobrze zrobiłam!

— Nie ma co trzymać tajemnic przed rodziną!

— Wiesz, co ukrywała twoja żona?

— Jej babka była zwykłą sprzątaczką!

— A dziadek — alkoholikiem!

— I CO Z TEGO?! — Nadia zrobiła krok naprzód.

— To byli uczciwi ludzie!

— Pracowali!

— Nie to co niektórzy, co całe życie siedzą innym na karku!

— Jak ty śmiesz! — Walentyna Pietrowna zamachnęła się, ale Igor chwycił ją za rękę.

— Mamo, przestań!

— Bronisz jej?!

— Zdradzasz własną matkę?!

— Nikogo nie zdradzam!

— Nadya, ty też się uspokój!

— NIE! — Nadia strąciła jego dłoń.

— Ja NIE będę się uspokajać!

— Ta kobieta pół roku jadła mój chleb, mieszkała w moim domu, a teraz śmie mnie obrażać?!

— DOŚĆ!

Weszła do sypialni i zaczęła wrzucać rzeczy do walizki.

— Nadya, co ty robisz? — Igor próbował ją zatrzymać.

— Wyjeżdżam.

— Do koleżanki.

— Dopóki ta osoba tu jest, mnie tu nie będzie.

— Nie waż się mnie tak nazywać! — Walentyna Pietrowna wpadła za nią.

— Igor, zabroń jej!

— Mamo, wyjdź, proszę…

— To ty wyjdziesz!

— Razem z nią!

— Niewdzięczniku!

— Wychowałam cię, nocy nie spałam!

— Mamo, PRZESTAŃ! — Igor podniósł głos.

— Nadya ma rację, nie miałaś prawa dotykać jej rzeczy!

— Ach, tak! — Walentyna Pietrowna złapała się za pierś.

— Czyli wybierasz tę wieśniarę?

— Wybieram moją ŻONĘ!

— I jeśli nie potrafisz tego przyjąć…

— Idź do diabła! — teściowa wybiegła z pokoju.

Nadia zatrzasnęła walizkę.

— Zatrzymam się u Mariny.

— Kiedy ona się wyprowadzi — zadzwonisz.

— Nad’, poczekaj…

— NIE, Igor.

— Albo ja, albo ona.

— Trzeciej drogi nie ma.

— Ale jeśli ja wrócę, to ją wyrzucę, więc zrób to sam.

Wyszła, zostawiając męża pośrodku zdemolowanej sypialni.

Przez następne dwa dni Nadya mieszkała u koleżanki, nadal pracując na konferencji.

Igor dzwonił co kilka godzin, ale ona odrzucała połączenia.

Trzeciego dnia konferencji, podczas przerwy, przysłał wiadomość: „Mama wyprowadziła się do swojej siostry.

Wracaj do domu.

Musimy porozmawiać.”

Wieczorem, po uroczystym zamknięciu konferencji, Nadya wróciła do swojego mieszkania.

Igor siedział w kuchni, a przed nim stała butelka koniaku.

— Nie piję, — wyjaśnił, zauważywszy jej spojrzenie.

— Po prostu patrzę i myślę, jak do tego doszedłem.

— Do czego dokładnie?

— Do tego, że pozwoliłem matce zamienić nasze życie w piekło.

Nadya usiadła naprzeciw.

— I?

— Wyjechała.

— Powiedziała, że jestem zdrajcą i że nie chce mnie znać.

— Igor, to twoja matka.

— Pogodzicie się.

— Wiesz, czego się dowiedziałem? — spojrzał na nią.

— Sprzedała mieszkanie i przelała pieniądze swojemu nowemu „przyjacielowi”.

— Jakiemuś Witalijowi z internetu.

— Od miesiąca ją naciąga.

— Dlatego do nas się wprowadziła — nie miała już dokąd pójść.

— Co?!

— Tak.

— A nam opowiadała bajki, że chce być bliżej rodziny.

— Jej siostra Tamara mi wszystko wyłożyła.

— Okazuje się, że mama już rok koresponduje z tym typem i przelewa mu pieniądze.

— On ją namawiał na ślub, obiecywał mieszkanie w Soczi.

— Poczekaj, — Nadya nalała sobie wody.

— Czyli ona specjalnie do nas przyszła, bo…

— Bo nie zostały jej pieniądze.

— Sprzedała mieszkanie za dwadzieścia milionów i wszystko przelała temu Witalijowi.

— Miał otworzyć z nią biznes „na pół”.

— Twoja matka oddała nieznajomemu dwadzieścia milionów?!

— Nie całkiem nieznajomemu.

— Spotkali się parę razy.

— Zabierał ją do restauracji, dawał kwiaty.

— Profesjonalny gigolo.

Nadya oparła się o oparcie krzesła.

Historia nabierała nieoczekiwanego obrotu.

— I co teraz?

— A teraz mieszka u Tamary.

— Ta ledwo ją przyjęła — nie rozmawiały dziesięć lat przez jakąś sprawę spadkową.

— Mama pokłóciła całą rodzinę swoim charakterem.

— Igor, mimo wszystko, jak ją oceniam…

— Może zgłosić to na policję?

— Tego Witalija?

— Próbowałem ją namówić.

— Kategorycznie odmawia.

— Mówi, że on wróci, że to nieporozumienie.

— Pokazała mi ich wiadomości — takie bzdury, Nadya.

— Pisał jej o wiecznej miłości, kopiował wiersze z internetu, a ona w to wchodziła.

— Ale jak mogła?

— Dorosła kobieta…

— Samotna kobieta.

— Po rozwodzie z ojcem nikogo do siebie nie dopuszczała.

— A tu uwaga, komplementy…

— Tamara mówi, że mama cała odmłodniała, kiedy zaczęła z nim pisać.

— Myślała, że zacznie życie od nowa.

Telefon Igora zadzwonił.

Na ekranie pojawiło się „Ciocia Tamara”.

— Tak, ciociu Tamaro…

— Co?

— Kiedy?

— Już jadę!

Wyskoczył, chwytając kurtkę.

— Mamę zabrali do szpitala.

— Zawał.

— Jadę z tobą, — Nadya chwyciła torbę.

W szpitalu przywitała ich Tamara — tęga kobieta około sześćdziesiątki.

— Lekarze powiedzieli, że kryzys minął.

— Ale jest w ciężkim stanie.

— Ten… Witalij napisał jej, że żeni się z inną.

— Młodą.

— Przysłał zdjęcia ze ślubu.

— Pewnie za jej pieniądze urządzili zabawę.

— Drań, — syknął Igor.

— Płakała trzy godziny, potem złapała się za serce…

— Dobrze, że byłam w domu.

Wpuścili ich na kilka minut do sali.

Walentyna Pietrowna leżała pod kroplówką, wychudzona.

Gdy zobaczyła syna, odwróciła się.

— Idź.

— Nie jesteś mi już synem.

— Mamo, przestań, — Igor usiadł na skraju łóżka.

— To wszystko przez nią! — Walentyna Pietrowna wskazała w stronę Nadii.

— Gdyby nie ona, wsparłbyś mnie!

— Pomógłbyś mi odzyskać Witalija!

— Mamo, on jest oszustem!

— On cię okłamał!

— NIEPRAWDA!

— On mnie kocha!

— Po prostu… po prostu ta młoda coś mu dolała!

— Oczarowała go!

Nadya podeszła bliżej.

— Walentyno Pietrowno, czy pani rozumie, że on od początku…

— WYNOŚ SIĘ! — teściowa próbowała się podnieść, ale pielęgniarka ją przytrzymała.

— Przez ciebie zostałam na ulicy!

— Wyrzuciłaś mnie z domu!

— Sama pani wyszła, — spokojnie odparła Nadya.

— Bo nastawiłaś syna przeciwko mnie!

— Wiedźma!

— Rozbijaczka rodzin!

— Wystarczy! — pielęgniarka stanowczo wyprowadziła ich z sali.

— Chorej potrzebny jest spokój.

Na korytarzu Tamara ciężko westchnęła.

— Zawsze taka była.

— Wszystkich obwinia, tylko nie siebie.

— Z waszym ojcem, Igor, było tak samo.

— Doprowadziła chłopa, odszedł, a ona od dwudziestu lat opowiada, jaki to z niego łajdak.

— Co z nią teraz będzie? — zapytał Igor.

— Zabiorę ją do siebie, co mam zrobić.

— Siostra jednak.

— Ale to nie na długo — ja też mam rodzinę, wnuki.

— Załatwię jej dobry dom opieki, na szczęście ma niezłą emeryturę.

— Nie będę już znosić jej wybryków.

Minęły trzy miesiące.

Nadya siedziała w swoim gabinecie, przeglądając dokumenty na nową konferencję, gdy ktoś zapukał do drzwi.

— Mogę? — Igor zajrzał do środka.

— Mama dzwoniła.

— Jak się czuje?

— Tamara mówi, że lepiej.

— Przestała wspominać Witalija.

— W przyszłym tygodniu przenosi się do domu opieki.

— Będziesz ją odwiedzać?

— Oczywiście.

— To w końcu moja matka.

— Ale mieszkać z nią… nigdy więcej.

Nadya odłożyła dokumenty.

— Wiesz, czasem myślę…

— Może naprawdę zareagowałam zbyt ostro?

— Nie, — Igor pokręcił głową.

— Ty jedyna postawiłaś jej granicę.

— Ojciec uciekł, ja znosiłem, rodzina unikała.

— A ty powiedziałaś NIE.

— I to było słuszne.

— Ale ona jest chora, samotna…

— Sama wybrała samotność.

— Wszystkich odpychała swoim charakterem.

— A gdy znalazł się ktoś, kto mówił jej to, co chciała usłyszeć — oddała mu wszystko.

— Bez zastanowienia.

Telefon Igora zadzwonił.

Nieznany numer.

— Halo?

— Kto?

— Witalij?! — włączył głośnik.

— Igorze Aleksandrowiczu? — męski głos zabrzmiał bezczelnie i pewnie.

— To ja, Witalij.

— Przyjaciel pańskiej mamy.

— Jaki przyjaciel, ty łajdaku?!

— Spokojnie, spokojnie, nie trzeba tak.

— Dzwonię, żeby zaproponować układ.

— Pańskiej mamie potrzebne są pieniądze na leczenie, słyszałem.

— Mogę zwrócić część… za małą przysługę.

— Co?!

— Oddam pięć milionów.

— Jeśli pańska żona przeleje mi jeszcze dziesięć.

— Jako inwestycję.

— Za rok oddam dwadzieścia, słowo honoru.

Nadya wyrwała telefon.

— Słuchaj, gnido.

— Nagrywam tę rozmowę.

— Kto to? — głos Witalija zadrżał.

— Ta sama żona.

— Nagrywam.

— I zaraz wyślę to na policję.

— Myślałeś, że skoro Walentyna Pietrowna nie złożyła zawiadomienia, to wszystko ci ujdzie?

— NIE.

— Ja złożę.

— I jeszcze powiadomię skarbówkę o twoich dwudziestu milionach niezgłoszonego dochodu!

— Nie ma pani prawa…

— Mam.

— I wiesz co jeszcze?

— Mam znajomego dziennikarza.

— Z przyjemnością napisze artykuł o gigolo, który oszukuje samotne kobiety.

— Z twoim zdjęciem i pełnym imieniem i nazwiskiem.

— Zobaczymy, jak potem będziesz kręcić interesy.

— Idźcie do diabła! — Witalij się rozłączył.

— Nad’, ty naprawdę znasz dziennikarza? — zapytał Igor.

— Oczywiście.

— Pamiętasz Maksyma z konferencji?

— Pracuje w dziale śledczym.

— Już do niego napisałam.

Po godzinie Maksym oddzwonił.

— Nadya, historia na złoto!

— Ten wasz Witalij to seryjny oszust!

— Szukamy go od pół roku!

— Oszukał czternaście kobiet!

— Materiał już szykujemy, jutro wyjdzie!

Następnego dnia artykuł o „uwodzicielu-oszuście Witaliju K.” był we wszystkich newsowych grupach.

Wieczorem tego samego dnia zatrzymała go policja — znalazły się jeszcze trzy poszkodowane, które złożyły zawiadomienia.

Walentyna Pietrowna dowiedziała się o wszystkim od Tamary.

Tamara potem opowiadała, że siostra płakała cały dzień, a potem nagle się uspokoiła i powiedziała dziwne zdanie.

— Może Nad’ka nie jest taka zła.

— Przynajmniej stanęła za mną.

Tydzień później Walentyna Pietrowna przeprowadziła się do domu opieki.

Igor odwiedzał ją raz w tygodniu.

Czasem pytała o Nadię, ale duma nie pozwalała jej wezwać synowej.

A Nadya nie nalegała — za dużo zostało powiedziane i zrobione.

Pewnego razu, po pół roku, Igor wrócił od matki zamyślony.

— Prosiła, żebym ci przekazał… dziękuję.

— Za co? — zdziwiła się Nadya.

— Za to, że ukarałaś Witalija.

— I powiedziała jeszcze… — zawahał się.

— Powiedziała, że jesteś silna.

— I że ona taka nie była.

— Dlatego się złościła.

— Przecież chciała mnie wyrzucić z domu.

— Najdziwniejsze?

— Mówi, że jesteś jedyną osobą, która się jej nie bała.

— Wszyscy albo uciekali, albo w milczeniu znosili.

— A ty postawiłaś się.

— I ona to… szanuje.

— Po swojemu.

— Trochę późno to zrozumiała.

— Tak.

— Ale przynajmniej zrozumiała.

Nadya zamyśliła się.

Historia z Walentyną Pietrowną wiele ją nauczyła.

Najważniejsze: nie wolno pozwolić nikomu, nawet krewnym, niszczyć twojego życia.

Czasem gniew to nie słabość, lecz jedyny sposób, by się obronić.

I jeszcze: samotność i zgorzknienie często czynią ludzi ofiarami tych, którzy potrafią grać na cudzych uczuciach.

Witalij dostał trzy lata kolonii karnej.

Na procesie wyszło na jaw, że oszukał siedemnaście kobiet na łączną sumę ponad stu milionów.

Walentyna Pietrowna odmówiła przyjazdu na rozprawę — zbyt wstydziła się spojrzeć w oczy innym oszukanym.

— A niech to, te pieniądze! — powiedziała Tamarze.

— Najważniejsze, że został ukarany.

— I że inne głupie baby się nie nabiorą.

W domu opieki Walentyna Pietrowna przeżyła jeszcze pięć lat.

Jej charakter się nie zmienił — nadal kłóciła się z sąsiadkami, krytykowała personel i narzekała na życie.

Ale do Nadii nie miała już pretensji.

Dwa lata po aresztowaniu Witalija śledztwo zakończyło pracę — odnaleziono wszystkie konta, na które przelewał skradzione pieniądze, zajęto jego nieruchomości i działki w trzech regionach.

Walentyna Pietrowna nie dożyła dnia, kiedy państwo zaczęło zwracać poszkodowanym część środków — zmarła cicho, we śnie, trzy miesiące przed ostatecznym wyrokiem sądu.

Igor dostał odszkodowanie w wysokości ośmiu milionów — prawie połowę tego, co straciła jego matka — i był nieskończenie wdzięczny żonie za to, że doprowadziła sprawę do końca, nie ustępując nawet wtedy, gdy wszyscy radzili zapomnieć.

A Nadya była po prostu szczęśliwa z mężem, który wreszcie nauczył się chronić ich rodzinę — małą, ale prawdziwą.