Gdzie one są?
— krzyczał mąż, nie wiedząc, że już zaniosłam całą gotówkę do banku.

Wiera ostrożnie rozsunęła kartki starego tomiku Opowiadania Antona Czechowa.
Tam powędrował kolejny banknot pięciotysięczny.
Starannie schowała pieniądze w tajnej przegródce w książce.
Większość stron została wycięta jeszcze przez jej babcię.
Siedemset tysięcy rubli — efekt żmudnego oszczędzania.
— No proszę, skąpy rycerzu, znowu liczysz swoje skarby?
— rozległ się szyderczy głos męża z korytarza.
Wiera drgnęła i szybko zatrzasnęła książkę.
— Po prostu patrzę!
— Oczywiście, oczywiście, — przeciągnął Michaił.
— Tylko nie zapominaj, że te pieniądze są nasze, wspólne.
Wiera zamilkła.
Już nie raz o tym rozmawiali.
Tak, Michaił wiedział o istnieniu skrytki.
Ale nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje.
Tomik był schowany przed wzrokiem.
Na początku nawet rozczulała go jej nieufność do banków.
Nazywał to uroczym nawykiem odziedziczonym po babci.
— Mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu od lat, — ciągnęła Wiera.
— Czas pomyśleć o własnym lokum.
— Na pewno będziemy je mieli, — kiwnął Michaił.
— Tylko nie teraz.
Wiera doskonale rozumiała, do czego zmierza.
Od tygodnia mąż chodził ponury jak chmura.
Wszystko zaczęło się od tego feralnego telefonu od teściowej.
U Galiny Pietrowny pękła rura w łazience.
Woda poszła do sąsiadów na dole, niszcząc ich drogi remont i meble.
— Mamo, uspokój się, — mówił wtedy Michaił do telefonu.
— Coś wymyślimy.
Ale nie było co szczególnie wymyślać.
Sąd zobowiązał teściową do wypłaty odszkodowania — ponad pięćset tysięcy rubli.
Emerytka nie miała takich pieniędzy i nie miała skąd ich wziąć.
— Wierusiu, — zaczął Michaił słodkawym tonem, — rozumiesz sytuację mamy, prawda?
— Rozumiem, — odpowiedziała krótko Wiera.
— Bardzo przykra historia.
— Właśnie.
I nie możemy zostawić jej w biedzie.
Wiera odłożyła książkę i spojrzała na męża.
W jego oczach widać było determinację.
Znała to spojrzenie — Michaił już wszystko postanowił za nich oboje.
— Co proponujesz?
— zapytała ostrożnie.
— No cóż, mamy przecież oszczędności, — rozłożył ręce Michaił.
— Twoja skrytka.
Możemy pomóc mamie z tą rekompensatą.
— Te pieniądze są na nasze mieszkanie, — przypomniała Wiera.
— Odkładałam latami.
— I będziesz odkładać dalej, — zapewnił mąż.
— Najważniejsze teraz — pomóc rodzinie.
— A ja nie jestem rodziną?
— zapytała cicho Wiera.
Michaił zmarszczył brwi:
— Co to ma do rzeczy?
Mówię o mojej matce.
Ona jest zrozpaczona.
— Twoja matka nigdy mnie nie lubiła, — powiedziała wprost Wiera.
— Przy każdym spotkaniu daje do zrozumienia, że mogłeś znaleźć lepszą żonę.
— Nie przesadzaj, — machnął ręką Michaił.
— Mama po prostu martwi się o syna.
— Martwi się aż tak, że jest gotowa ogołocić żonę syna?
— Nikt nikogo nie ogołaca!
— podniósł głos Michaił.
— Trzeba tylko ustalić priorytety.
Wiera wstała i podeszła do okna.
Na dworze mżyło.
Szare krople spływały po szybie jak łzy.
— Moje priorytety to nasz dom, nasza przyszłość, — powiedziała, nie odwracając się.
— Przyszłości nie da się budować na cudzym nieszczęściu, — zaprotestował Michaił.
— A moje szczęście można poświęcić?
Michaił podszedł do żony i objął ją za ramiona:
— Wierusiu, zrozum.
Mama jest sama, nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc.
A my jesteśmy młodzi, jeszcze zarobimy.
Wiera wyswobodziła się z objęć:
— Nie, Misza.
Nie zgodzę się oddać swoich oszczędności.
Twarz męża pociemniała:
— Czyli dla ciebie pieniądze są ważniejsze niż rodzina?
— Dla mnie ważna jest sprawiedliwość, — odpowiedziała stanowczo Wiera.
Od tamtego wieczoru atmosfera w domu zrobiła się napięta.
Michaił codziennie zaczynał rozmowę o pieniądzach.
Głos stawał się twardszy, spojrzenie chłodniejsze.
— Jesteś egoistką, — rzucił wczoraj przy kolacji.
— Gotowa zostawić starszą kobietę w nieszczęściu.
— Jestem gotowa bronić tego, w co włożyłam tyle sił, — odbiła Wiera.
— To nic takiego!
— wybuchł Michaił.
— Po prostu chowasz pieniądze jak kret.
Wiera przestała odpowiadać na jego docinki.
Ale zauważyła coś dziwnego.
Wracając z pracy, znajdowała drobne zmiany w mieszkaniu.
Kosmetyczka na toaletce stała gdzie indziej.
Pudełka w szafie były przestawione.
Książki na półce przesunięte.
Najpierw myślała, że jej się wydaje.
Ale wczoraj upewniła się ostatecznie.
Michaił przeszukuje mieszkanie.
Szukа jej skrytki.
— Jak w pracy?
— zapytał dziś przy śniadaniu.
— W porządku, — odpowiedziała krótko Wiera.
— A masz jakieś plany na wieczór?
— Żadnych szczególnych.
Michaił kiwnął głową i dopił kawę.
Wiera odprowadziła go wzrokiem.
Mąż wyraźnie coś knuł.
Przez cały dzień w pracy myślała o jednym.
Michaił się nie zatrzyma.
Prędzej czy później znajdzie skrytkę.
I wtedy jej marzenie o własnym domu zniknie na zawsze.
Wieczorem Wiera wróciła do domu i od razu podeszła do półki z książkami.
Tom Czechowa leżał nie na swoim miejscu.
Ostrożnie otworzyła oprawę.
Pieniądze były na miejscu.
Na razie.
— Znalazłaś coś ciekawego?
— rozległ się głos Michaiła.
Wiera odwróciła się.
Mąż stał w drzwiach i uważnie ją obserwował.
— Czytam klasykę, — odpowiedziała niewzruszenie.
— Pożyteczne zajęcie, — uśmiechnął się szyderczo Michaił.
— Ale lepiej byś pomyślała o pomocy mamie!
Ich spojrzenia się spotkały.
W powietrzu zawisło napięcie.
Wiera zrozumiała — czas wahań się skończył.
Trzeba działać.
Minęło kilka dni.
Atmosfera w domu stała się nie do zniesienia.
Michaił chodził jak nakręcony, ciągle czegoś szukał.
Wiera udawała, że nie widzi jego niepokoju.
Ale w środku wszystko w niej кипiało.
Przy kolacji Michaił znów zaczął rozmowę o pieniądzach.
Jego twarz wykrzywiła się ze złości.
— Dość tej gry w milczenie, — wycedził przez zęby.
— Potrzebuję tych pieniędzy.
— Już powiedziałam — nie, — odparła spokojnie Wiera, jedząc dalej barszcz.
— Co z tobą jest nie tak?
— Michaił gwałtownie odsunął talerz.
— Moja matka jest w rozpaczy!
— To jej problemy, — powiedziała Wiera, nie podnosząc oczu.
— Jej problemy?
— głos Michaiła przerodził się w krzyk.
— To moja matka!
— A ja jestem twoją żoną.
Albo byłam, — Wiera wreszcie podniosła wzrok.
— Co masz na myśli?
— To, co doskonale rozumiesz, — Wiera starannie otarła usta serwetką.
Michaił zerwał się od stołu.
Oczy zaszły mu krwią, ręce zadrżały ze złości.
— Wiem, że masz schowane pieniądze!
— wrzasnął.
— Gdzie one są?
Wiera dalej siedziała, nie zmieniając wyrazu twarzy.
Michaił zaczął wywracać mieszkanie do góry nogami.
Wysuwał szuflady komody, wyrzucał zawartość na podłogę.
Grzebał w książkach, rzucając je na wszystkie strony.
— Gdzie są pieniądze?
— krzyczał, rozrzucając ubrania z szafy.
— Mów natychmiast!
Wiera w milczeniu wstała od stołu.
Zaczęła zbierać porozrzucane rzeczy.
Składała bluzki, wygładzała pogniecione spodnie.
— Słyszysz mnie?
— Michaił podbiegł do żony.
— Ja do ciebie mówię!
— Słyszę, — odpowiedziała niewzruszenie Wiera.
— Słyszy cała okolica.
Michaił chwycił ją za rękę:
— Dość udawania świętej!
Dawaj pieniądze!
Wiera wyszarpnęła rękę.
Poprawiła bluzkę.
Spojrzała mężowi prosto w oczy.
— Za późno szukać, — powiedziała lodowato spokojnie.
— Już zaniosłam wszystkie pieniądze do banku.
Twarz Michaiła pobladła:
— Co… co powiedziałaś?
— Wpłaciłam pieniądze na konto mojej matki, — powtórzyła Wiera.
— Teraz twoja matka może na zawsze zapomnieć o mojej skrytce.
— Nie mogłaś tak zrobić!
— krzyknął Michaił.
— To nasze pieniądze!
— Moje pieniądze, — poprawiła Wiera.
— I rozporządziłam nimi tak, jak uznałam za stosowne.
— Jak śmiałaś?
— Michaił łapał się za głowę.
— Jak mogłaś?
— Bardzo prosto, — Wiera podeszła do balkonu.
— Tak samo prosto, jak ty grzebałeś w moich rzeczach.
Otworzyła drzwi balkonowe i wciągnęła do pokoju dwie duże walizki.
Michaił patrzył oszołomiony, jak żona je otwiera i zaczyna pakować ubrania.
— Co ty robisz?
— zapytał zdezorientowany.
— Pakuję się, — odpowiedziała krótko Wiera.
— Nie widać?
— Dokąd się pakujesz?
— Jak najdalej od ciebie i twojej matki, — Wiera starannie złożyła do walizki ulubioną sukienkę.
— Czekaj!
— Michaił podbiegł do niej.
— Nie możesz po prostu odejść!
— Mogę i odchodzę, — Wiera wyjęła z szafy zimowy płaszcz.
— Ale przecież jesteśmy mężem i żoną!
— w głosie Michaiła zabrzmiały błagalne nuty.
— Mamy wspólne życie!
— Mieliśmy, — poprawiła Wiera.
— Do chwili, gdy zacząłeś przetrząsać moje rzeczy.
— No, wybacz mi!
— wykrzyknął Michaił.
— Zapomnijmy o wszystkim!
— Za późno, — Wiera zamknęła pierwszą walizkę.
— Zaufania nie da się skleić jak stłuczonej filiżanki.
— Wierusiu, pomyśl!
— Michaił próbował zatrzymać jej ręce.
— Obiecuję zapomnieć o pieniądzach dla mamy!
— A ja składam pozew o rozwód, — powiedziała sucho Wiera.
— Nie mogę już patrzeć ani na ciebie, ani na twoją matkę.
Metodycznie pakowała do drugiej walizki dokumenty, kosmetyki, książki.
Michaił miotał się po pokoju, nie wiedząc, co robić.
— Ty niszczysz naszą rodzinę!
— krzyczał.
— Przez jakieś pieniądze!
— Rodzinę zniszczyłeś ty, — Wiera zatrzasnęła zamki walizki.
— Kiedy wybrałeś interesy mamy zamiast naszych.
— Mogę się zmienić!
— Michaił zagrodził jej drogę do wyjścia.
— Daj mi szansę!
— Szans miałeś aż nadto, — Wiera ominęła męża.
— Wszystkie zmarnowałeś.
— Nie odchodź!
— Michaił złapał za klamkę drzwi.
— Proszę!
— Odsuń się, — rozkazała Wiera.
— Natychmiast.
— Nie pozwolę ci odejść!
— wrzasnął Michaił.
— Słyszysz?
Nie pozwolę!
— Pozwolisz, — powiedziała spokojnie Wiera.
— Bo inaczej wezwę policję.
Michaił powoli cofnął się od drzwi.
W jego oczach była rozpacz.
— Zniszczyłaś całe moje życie, — wyszeptał.
— Uratowałam swoje, — odpowiedziała Wiera, chwytając walizki za rączki.
Dźwięk zatrzaskujących się drzwi zabrzmiał jak wyrok.
To małżeństwo się skończyło.
Minęło pół roku.
Rozwód sfinalizowano ostatecznie.
Wiera żyła skromnie, ale spokojnie.
Pieniądze z konta matki przelała z powrotem na swoje.
Prawie siedemset tysięcy stało się wkładem własnym na jednopokojowe mieszkanie w nowym budownictwie.
Kredyt hipoteczny na piętnaście lat jej nie przerażał.
Miała stabilną pracę i twarde przekonanie, że podjęła właściwą decyzję.
Michaił kilka razy próbował się spotkać.
Dzwonił, pisał wiadomości, prosił, żeby wróciła.
Obiecywał złote góry.
Wiera odmawiała stanowczo.
Od wspólnych znajomych dowiedziała się smutnych wiadomości.
Teściowa nie zdołała wypłacić sąsiadom odszkodowania.
Sąd zajął jej jedyne mieszkanie.
Michaił wziął kredyt i wynajmował lokum dla matki.
Wiera nie czuła satysfakcji.
Tylko ulgę, że się uwolniła.
Przed nią otwierały się bezkresne przestrzenie.
Nikt już nie mógł rościć sobie prawa do jej życia.
Była wolna.







