Nowy Rok zaczął się niespodziewanie.
— Znowu swoje, Swieta?

Powiedziałem ci po rosyjsku, jasno i wyraźnie: nie będzie premii!
Zajezdnia obcięła wypłaty, agregator podniósł prowizję, samochód się sypie…
W ogóle wyobrażasz sobie, ile teraz kosztuje wymiana klocków hamulcowych i łożyska oporowego sprzęgła? — Stas rzucił klucze na komódkę tak mocno, że lustro w przedpokoju żałośnie zadzwoniło.
— Wyobrażam sobie wszystko, Stas.
Tylko nie wyobrażam sobie, jak spłacimy kredyt za twoją „jaskółkę” i za co kupimy leki twojej matce, skoro nawet na święto przyszedłeś z pustymi kieszeniami — Swieta starała się mówić cicho, ale głos jej drżał.
— Harowałam trzy zmiany w laboratorium.
Wiesz, ilu ludzi robi teraz hormony i biochemię przed świętami?
Wszyscy chcą zdążyć przed przerwą.
Od probówek nie mogę już wyprostować rąk.
— No to świetnie, czyli masz pieniądze!
A mnie nie dopisuje, rozumiesz?
Nie dopisuje! — Stas, nawet się nie rozbierając, przeszedł do kuchni i trzasnął drzwiami lodówki.
Swieta oparła się o zimną ścianę przedpokoju.
Miała czterdzieści dwa lata i przez ostatnie pięć czuła się jak koń pociągowy, który dźwiga na sobie hipotekę, samochodowy kredyt męża i niekończące się „trudne czasy”.
Stas pracował w taksówce i wcześniej szło mu całkiem nieźle, ale w ostatnim roku pieniądze zaczęły przeciekać mu przez palce.
Zawsze znajdował wymówki: mandaty, naprawy, słabe zlecenia.
Ktoś cicho zapukał do drzwi.
Na progu stała Irina Wiktorowna, teściowa.
W rękach trzymała torbę z domowymi пирогami i słoik solonych grzybów.
— Swietoczka, moja dziewczynko, czemu znowu hałasujecie? — dotknęła czule ramienia synowej.
— Sylwester tuż-tuż, a u was w domu iskry lecą.
Stasik, czemu krzyczysz na żonę?
— Bo ona w kółko: premia, premia… — burknął syn z kuchni.
— Jakbym ja je drukował.
Irina Wiktorowna westchnęła i weszła do kuchni.
Widziała, jak Swieta podupadła.
Jako zawodowa biochemiczka Swieta często tłumaczyła teściowej, że przewlekły stres to nie tylko zły nastrój, to stale podwyższony poziom kortyzolu.
— Wiesz, mamo, — mówiła Swieta w rzadkich chwilach odpoczynku, — kiedy kortyzol przez miesiące jest poza skalą, organizm zaczyna niszczyć sam siebie.
Najpierw siada sen, potem naczynia, a potem człowiek po prostu „wypala się” od środka.
To tak, jakby silnik w aucie Stasa pracował na maksymalnych obrotach bez oleju.
Teraz Swieta wyglądała właśnie tak — jak silnik bez oleju.
Przygotowania do święta toczyły się siłą rozpędu.
Swieta kroiła sałatkę, Stas w milczeniu patrzył w telewizor, Irina Wiktorowna próbowała stworzyć domowy nastrój, ustawiając na stole stary radziecki kryształ.
Napięcie w powietrzu można było kroić nożem.
Bliżej jedenastej wieczorem, kiedy stół był już nakryty, zadzwonił telefon Stasa.
Szybko zerknął na ekran, zmienił się na twarzy i poszedł do łazienki.
— Halo, tak…
No przecież mówiłem: później.
Nie, teraz nie mogę.
Wytrzymaj do jutra, — dobiegał jego przytłumiony, rozdrażniony szept.
Swieta poczuła, jak coś w niej pęka.
Kobieca intuicja to nie magia, to zdolność mózgu do natychmiastowej analizy setek drobnych nieścisłości.
Uciekające spojrzenie, nagłe „naprawy”, brak pieniędzy przy pełnym obłożeniu pracą.
Kiedy Stas wyszedł z łazienki, wyglądał na nakręconego.
— Słuchaj, Swiet, wyskoczę na pół godziny?
U Liochy, zmiennika, bieda: przebił koło, a zapasówki nie ma, trzeba pomóc.
— O jedenastej wieczorem trzydziestego pierwszego grudnia? — Swieta powoli odłożyła widelec na stół.
— Stas, spójrz mi w oczy.
— No co ty zaczynasz! — zaczął szybko się obuwać.
— Błyskawicznie, przed kurantami wrócę.
Wypadł za drzwi.
Swieta stała pośrodku kuchni, czując, jak lodowata fala przykrywa ją z głową.
— Swieta, — cicho zawołała Irina Wiktorowna.
— Chodźmy.
— Dokąd?
— Na dwór.
Musimy coś sprawdzić.
Serce mi niespokojne.
Wyszły na podwórze.
Samochód Stasa jeszcze się nagrzewał.
Swieta i jej teściowa schowały się za rogiem domu.
Stas nie pojechał w stronę garaży.
Wyjechał z podwórka i skierował się do sąsiedniego osiedla, nowych bloków „Lazurowy Brzeg”.
— Taksówkę zamawiali? — gorzko uśmiechnęła się Swieta.
— Wsiadajmy, Irina Wiktorowna, pojedziemy pani samochodem.
Ja wiem, dokąd on pojechał.
Tam mieszka jego siostra, Alina.
Irina Wiktorowna milczała, mocniej ściskając kierownicę swojej starej „Niwy”.
Jechały za nim, zachowując dystans.
Stas zaparkował przy jasno oświetlonym wejściu.
Z drzwi wypadła Alina — młodsza siostra Stasa, trzydziestoletnia „wieczna studentka” i miłośniczka pięknego życia.
Miała na sobie nowy futrzany płaszcz z norek i ogromną torbę z drogiego sklepu kosmetycznego.
Swieta i Irina Wiktorowna wysiadły z samochodu dokładnie w chwili, gdy Alina ze śmiechem rzuciła się Stasowi na szyję.
— Stasik!
Dziękuję! — piszczała.
— Malediwy w styczniu to marzenie!
Gdyby nie twoja premia, dalej bym kisiła się w tej szarości!
Jak obiecałeś — osiemdziesiąt tysięcy, co do grosza!
Stas zadowolony uśmiechał się, głaszcząc siostrę po ramieniu.
— Ciszej, — syknął.
— Swiecie powiedziałem, że nie ma pieniędzy.
Matka też nie wie.
To prezent dla ciebie, korzystaj.
Najważniejsze, żeby nikt się nie dowiedział.
W tym momencie Swieta zrobiła krok do przodu.
Światło latarni padło na jej bladą twarz.
— Już się dowiedzieliśmy, Stas, — głos Swiety był zaskakująco równy, choć w piersi wszystko kipiało.
Stas odskoczył od siostry, jakby poraził go prąd.
Alina urwała, przyciskając do siebie torbę.
— Swieta?
Mamo?
Co wy tu robicie? — Stas zaczął niezdarnie się tłumaczyć.
— To… to nie to, co myślicie.
Ja po prostu…
Alince trzeba było pomóc, ona ma depresję, lekarz powiedział, że potrzebuje odpoczynku…
— Depresję? — Swieta podeszła bliżej.
— A ja co, Stas?
U mnie to po prostu „biochemia się posypała”?
Pół roku nie kupiłam sobie nowych ubrań.
Oszczędzam na jedzeniu, żebyś ty mógł spłacać kredyt za samochód, a ty woziłeś swoją siostrzyczkę na lotnisko na mój koszt?
— Swietoczka, — Stas spróbował złapać ją za rękę, ale ona go odepchnęła.
— Nie waż się.
Żyjemy razem pięć lat.
Myślałam, że jesteśmy rodziną.
Myślałam, że twoje problemy to nasze problemy.
A okazało się, że ja jestem tylko zasobem.
Wygodnym portfelem, który zabezpiecza tyły, kiedy ty bawisz się w dobrego braciszka.
— Oj, daj spokój, Swietłana! — wtrąciła Alina, kapryśnie wydymając usta.
— Żal ci dla bliskiej osoby?
Ty w swoim laboratorium porządnie zarabiasz.
A Stas jest mężczyzną, ma prawo rozporządzać swoimi pieniędzmi!
— Swoimi? — wyszła do przodu Irina Wiktorowna.
Jej głos, zwykle łagodny, teraz brzmiał jak napięta struna.
— Alina, zamknij się.
A ty, Stas, słuchaj.
Spojrzała na syna z takim nieznośnym bólem i rozczarowaniem, że spuścił głowę.
— Całe życie starałam się wychować cię na mężczyznę, — powiedziała cicho matka.
— Myślałam, że będziesz oparciem dla Swiety.
Ona wyciągała cię z takich długów, kiedy dopiero zaczynałeś…
Ona moją chorobę traktowała poważniej niż ty.
Wiesz, synu, co jest najstraszniejsze?
Nie to, że oddałeś pieniądze.
Tylko to, że kłamałeś.
Kłamałeś w oczy człowiekowi, który poszedłby za ciebie w ogień i w wodę.
— Mamo, no co ty… — wymamrotał Stas.
— Nie „co ty”.
Swieta, chodź.
Masz w torebce klucze do mieszkania?
— Tak.
— Jutro wymienimy zamki.
Stas, mieszkanie Swiecie podarowali jej rodzice jeszcze przed waszym ślubem, prawnie ty tam jesteś nikim.
Zgodnie z prawem, przy rozwodzie możesz próbować ubiegać się o podział majątku nabytego w małżeństwie.
Ale samochód jest na ciebie, i dług za niego też jest twój.
Swieta, jako biochemiczka, wie, czym jest trucizna.
A ty, Stas, jesteś trucizną.
Taką cichą, która niszczy wszystko wokół.
— Wy co, serio?
Przez jakieś pieniądze? — Alina tupnęła nogą.
— Mamo, po czyjej jesteś stronie?
— Jestem po stronie sumienia, córko, — Irina Wiktorowna uśmiechnęła się gorzko.
— Idź, leć na swoje Malediwy.
Tylko nie zapomnij, że kiedy wrócisz, nie będziesz już miała „wygodnego” brata z darmowym portfelem.
A ty, Stas, nie będziesz miał żony.
Swieta patrzyła na męża i widziała przed sobą obcego, małego człowieka.
Cała jego „fajność”, wszystkie usprawiedliwienia rozsypały się jak domek z kart.
Nagle poczuła niewiarygodną lekkość.
Jakby ten kortyzol, o którym wiedziała wszystko, wreszcie zaczął ustępować, robiąc miejsce chłodnej determinacji.
Wróciły do domu we dwie — Swieta i Irina Wiktorowna.
Do Nowego Roku zostało pięć minut.
Swieta otworzyła butelkę szampana.
Ręce już nie drżały.
— Irina Wiktorowna, pani naprawdę… jest ze mną?
Starsza kobieta objęła synową, a Swieta poczuła, jak po policzkach płyną jej łzy.
To nie były łzy urazy, to były łzy oczyszczenia.
Po raz pierwszy od dawna nie musiała nikogo ratować, za nikogo się tłumaczyć i nikogo ciągnąć na sobie.
— Swietoczka, kochana, — wyszeptała teściowa.
— Krew nie zawsze znaczy rodzina.
Rodzina to ci, którzy nie zdradzą.
Ty jesteś dla mnie córką.
Bardziej niż ci, którzy tylko biorą.
O północy, kiedy nad miastem rozkwitły fajerwerki, Swieta życzyła sobie tylko jednego: nigdy więcej nie pozwolić nikomu czynić swojej cierpliwości nieskończoną.
Wiedziała, że czeka ją trudny proces rozwodowy.
Ale wiedziała też, że mieszkanie jest jej, praca ukochana, a obok jest człowiek, który nie zdradził, choć był po drugiej stronie więzów krwi.
A Stas…
Stas tej nocy już nie wrócił.
Został ze swoją „premią” i siostrą, która już po godzinie zaczęła marudzić, że taksówka na lotnisko kosztuje za drogo.
Swieta patrzyła przez okno na światła nocnego miasta i uśmiechała się.
Nowy Rok naprawdę zaczął się niespodziewanie.
Ale to był najlepszy początek od pięciu lat.
Przypomniała sobie jeszcze jeden szczegół ze swojej pracy: w chemii istnieje pojęcie „punktu nasycenia”.
To moment, gdy roztwór nie może już przyjmować więcej substancji.
Wygląda na to, że jej punkt nasycenia kłamstwem został przekroczony.
I teraz zaczynało się czyste, przejrzyste życie.







