Ale potem czekał ją szok.
— Andrjusza, co, ogłuchłeś? Już dziesięć minut marzniemy tu pod bramą! — piskliwy głos Larisy zdawał się przebijać nawet przez podwójne szyby.

Andriej ciężko westchnął, opuszczając szpikulec nad grillem.
Węgle dopiero co pokryły się szlachetnym, siwym popiołem — idealny moment do smażenia.
Mroźna cisza drugiego stycznia, którą tak cenił, rozpadła się w drobny mak.
— Kto tam? — Lena, jego żona, wychyliła się na ganek, otulając się puchowym szalem.
W jej oczach, zwykle spokojnych i promiennych, mignął strach.
Była z tych kobiet, które nazywa się „wygodnymi” — cicha, bez odmowy, przyzwyczajona do dogadzania.
I właśnie to najbardziej denerwowało jego siostrę.
— Larisa. Z Witkiem i swoją teściową, — burknął Andriej, strzepując śnieg z rękawa.
— Bez uprzedzenia, jak grom z jasnego nieba.
Furtka się otworzyła i na podwórze wlała się hałaśliwa procesja.
Na przedzie, jak lodołamacz, szła Larisa — w nowym futrze, wyraźnie kupionym na kredyt, z mocno umalowanymi ustami, wykrzywionymi w niezadowolonym uśmieszku.
Za nią wlokł się Witek — trzydziestoletni „chłopiec” z wiecznie obrażoną miną, ciągnąc za rękę opierającego się syna.
Pochód zamykała Tamara Iwanowna, teściowa Larisy, kobieta masywna i nieznosząca sprzeciwu, jak radziecki czołg.
— No nareszcie! — Larisa nawet się nie przywitała, od razu przechodząc obok brata do domu.
— W samochodzie padło ogrzewanie, zmarzliśmy jak kundelki.
Lena! Czego stoisz? Nakrywaj, dawaj, my z drogi!
W domu od razu zrobiło się ciasno i duszno.
Andriej wszedł za nimi, próbując zachować resztki świątecznego nastroju.
Na kuchennym stole stała jeszcze niedopita herbata, leżały resztki porannego ciasta.
Lena zakrzątnęła się, wyciągając talerze, ale ręce zdradliwie jej drżały.
— Oj, no co ty się tak guzdrajesz jak śpiąca mucha? — Larisa natychmiast przeszła do ataku, klapiąc na kanapę i nawet nie zdejmując butów.
— Witek jest głodny, mama zmęczona.
Co, od Nowego Roku nic wam nie zostało?
— Są sałatki, galareta… — odezwała się Lena cicho.
— Już podgrzewam ziemniaki.
— Ziemniaki… — prychnęła Tamara Iwanowna, omiatając kuchnię czujnym, oceniającym wzrokiem.
— U porządnej gospodyni stół ma się uginać, nawet jeśli goście są nieproszeni.
A u ciebie, Lenočka, zawsze wszystko jak w aptece — czysto, ale pusto.
Nudna z ciebie baba.
Andriej zacisnął pięści.
Widział, jak Lena się skuliła.
Wychowała się w domu dziecka i każdą uwagę od „starszych” czy „rodziny” odbierała jak wyrok na swoją bezwartościowość.
Całe życie starała się zasłużyć na miłość, być potrzebna, niezauważalna.
I teraz, przełykając upokorzenie, pospiesznie ruszyła do lodówki.
— Mięso będzie za dwadzieścia minut, — powiedział Andriej głośno, stając między żoną a gośćmi.
— Proszę o cierpliwość.
— Dwadzieścia minut! Żołądki sobie zepsujemy od czekania, — marudził Witek, wlepiony w telefon.
Andriej wyszedł z powrotem na podwórko.
Musiał ostygnąć.
Podszedł do grilla i obrócił mięso.
Zapach marynaty z nutami jałowca trochę uspokoił nerwy.
„Najważniejsze w szaszłyku to nie ruszać mięsa” — przypomniały mu się słowa starego sąsiada Gruzina.
„Mięso jest jak kobieta: lubi ciepło i spokój, a nie jak ktoś je szarpie.”
Andriej się uśmiechnął.
Tę karkówkę wybrał sam, na targu.
Wiedział: żeby była soczysta, trzeba ją „zamknąć” w ogniu w pierwszych minutach, a potem dać dojść powoli.
Prosta prawda, o której wielu zapomina, krzątając się i wciąż obracając szpikulce.
Tak samo w życiu — pośpiech zabija smak.
Z domu dobiegł brzęk tłuczonej zastawy i ostry okrzyk Larisy:
— Ręce jak haki! Kto tak kroi chleb? Za grubo!
Andriej rzucił szczypce i wpadł do domu.
To, co zobaczył, sprawiło, że krew uderzyła mu do głowy.
Lena siedziała na taborecie, zakrywając twarz rękami, a jej ramiona drobno drżały.
Obok na podłodze leżały odłamki jej ulubionego kubka.
Tamara Iwanowna stała nad nią z rękami na biodrach:
— No popatrzcie na nią! My jej mówimy prawdę, po rodzinnemu, żeby była lepsza, a ona się rozkleiła.
Słabeuszka.
Ani charakteru, ani urody.
Jak Andriej z tobą w ogóle wytrzymuje?
W tej chwili Larisa, która bezczelnie grzebała w lodówce, nagle zapiszczała:
— O-o-o! Mamo, Witek, patrzcie!
Wyjęła z górnej półki pękaty, półlitrowy szklany słój, wypełniony po brzegi wybornym, ziarnistym czarnym kawiorem.
To był ten sam prezent od starego klienta, któremu Andriej przed świętami uratował biznes, w jedną noc przywracając beznadziejnie padłą bazę danych.
To nie było zwykłe jedzenie — to był symbol szczęścia, który Andriej chował na wyjątkowy wieczór z żoną i dziećmi.
— No proszę, burżuje! — oczy Larisy zabłysły drapieżnie.
— A udawaliście biednych! „Nie ma pieniędzy, remont robimy”.
Walnęła słój na stół przed oszołomioną Leną.
— To tak.
Lena, dawaj masło i bułkę.
Zrób nam kanapki i smaruj porządnie, grubo.
Witence trzeba podnieść hemoglobinę, bo mi bladziutki.
A reszta… — rozejrzała się gospodarsko, — daj jakiś pojemnik z pokrywką.
Połowę zabieramy ze sobą.
I tak tego nie lubicie, tylko się zepsuje.
A u nas święto trwa dalej.
Lena podniosła zapłakane oczy.
Było w nich tyle bólu i nawykowej uległości, że Andriejowi ścisnęło się serce.
Już wyciągała rękę po bułkę, żeby wykonać rozkaz.
Nawyk podporządkowywania się bezczelnym miała we krwi.
— Nie ruszaj, — głos Andrieja zabrzmiał cicho, ale w kuchni natychmiast zapadła cisza.
Podszedł do stołu, delikatnie odsunął rękę żony i przykrył słój swoją dłonią.
— Co? — Larisa mrugnęła ze zdziwieniem.
— Andrjusz, o co chodzi? Żal ci? Rodzonej siostrze? Dla bratanka?
— Dla bratanka kupię owoce, — Andriej patrzył siostrze prosto w oczy.
— A to jest prezent.
Mój prezent dla mojej rodziny.
— Przecież my też jesteśmy rodziną! — oburzyła się Tamara Iwanowna.
— Co, skąpisz kromki chleba? Wstyd!
Matka by to zobaczyła, w grobie by się przewróciła!
Andriej spojrzał na Lenę.
Na jej stary fartuch, na zaczerwienione od łez oczy.
Przypomniał sobie, jak wczoraj do nocy gotowała tę galaretę, którą teraz krytykowali.
Przypomniał sobie, jak oszczędzała na sobie, żeby kupić mu porządną wędkę.
— Moja rodzina, — powiedział Andriej wyraźnie, rozdzielając słowa, — to Lena i nasze dzieci.
A wy jesteście krewnymi.
I, jak widać, pomyliliście drzwi.
— Ty… ty nas wyrzucasz? — Larisa pokryła się czerwonymi plamami.
— Przez słoik rybich jaj?!
— Nie.
Przez to, że doprowadziliście moją żonę do łez w jej własnym domu.
Przez to, że uważacie, że wszyscy są wam coś winni.
Wynocha.
— Moja noga tu więcej nie postanie! — zapiszczała Larisa, chwytając torebkę.
— Witek, mamo, zbierajcie się! Tu nas nie uważają za ludzi! Sknera! Pantoflarz!
Witek spróbował niemrawo zaprotestować, zerkając na apetyczną parę idącą z podwórka, ale matka już pchała go do wyjścia.
Minutę później drzwi wejściowe trzasnęły tak, że posypał się tynk.
Jeszcze minutę później zawył silnik, a samochód, buksując w śniegu, ruszył precz.
W domu zapanowała błoga cisza.
Lena siedziała bez ruchu, wciąż nie wierząc w to, co się wydarzyło.
— Andrjusza… po co tak? Oni teraz wszystkim opowiedzą…
Andriej podszedł do niej, przykucnął i ujął jej zimne dłonie w swoje.
— Niech opowiadają.
Niech nawet do gazety napiszą.
Lenka, jesteś u mnie najlepsza.
I nikt, słyszysz, nikt nie ma prawa cię krzywdzić.
Jestem głupkiem, że wcześniej milczałem.
Lena pociągnęła nosem, ale to były już inne łzy — łzy ulgi.
Nagle poczuła, jak z ramion spada jej ogromny, ciężki ciężar, który dźwigała latami — strach, że będzie „zła”, „niewygodna”.
— A mięso! — Andriej ocknął się.
Po pół godzinie siedzieli przy stole.
Dzieci, które wróciły ze zjeżdżalni, rumiane i wesołe, zajadały soczysty, rozpływający się w ustach szaszłyk.
Andriej otworzył słój.
Czarne ziarenka błyszczały jak małe perły.
Smarował kanapkę grubą warstwą i podał ją Lenie.
— Jedz.
Tobie bardziej się należy.
Lena odgryzła kawałek, mrużąc oczy od tego niecodziennego, zapomnianego smaku.
I nie chodziło o kawior.
Chodziło o to, że pierwszy raz od wielu lat nie czuła się służącą ani „biedną krewną”, tylko Gospodynią.
Kochaną i chronioną.
Tego wieczoru śmiali się jak nigdy.
A telefon, który rozrywały wściekłe wiadomości od Larisy, Andriej po prostu wyłączył.







