Swietłana siedziała w kuchni, wpatrzona w kartkę z notatkami, i po raz kolejny sprawdzała listę gości.
Z jej wyliczeń wychodziło trzynaście osób: mama z tatą, brat Paweł z Olą, siostra Natasza z Igorem, szwagierka Katia z mężem Dimą i dwójką dzieci, no i oni sami — we troje.

Postanowili wcześniej się umówić i zebrać po półtora tysiąca od osoby.
W sumie wychodziło piętnaście tysięcy — w sam raz, żeby urządzić porządną imprezę.
W menu były czerwony kawior, podsmażane steki z pstrąga, wędliny na zimno, kilka sałatek, danie na ciepło, owoce, słodycze, tort i napoje.
Swietłana pracowała jako księgowa i była przyzwyczajona do liczenia wszystkiego co do drobiazgu.
Z góry przygotowała szczegółowy kosztorys, rozpisała wydatki i przez prawie tydzień biegała po sklepach, wyłapując promocje i przeceny.
Na rodzinnym czacie wszyscy potwierdzili udział.
Katia, siostra Siergieja, też odpisała: „Tak, po 1,5 tysiąca od nas, bez problemu. Oddamy 31 grudnia”, dodając uśmiechniętą emotkę.
Swieta wtedy spokojnie odetchnęła — czyli ustalenie jest.
Dwudziestego dziewiątego grudnia kupiła podstawowe produkty.
Następnego wieczoru pokroiła sałatki — oliwier, śledzia pod pierzynką, mimozę — zamarynowała mięso i rybę.
W ostatni dzień roku od rana piekła mięso, gotowała ziemniaki i smażyła steki.
O ósmej wieczorem wszystko było gotowe.
Śnieżnobiały obrus, równo ułożone talerze, sałatki w szklanych miskach, kawior w małej salaterce, pstrąg na półmisku, wędliny ułożone wachlarzem, owoce w zgrabnej piramidce — stół wyglądał naprawdę świątecznie.
Goście zaczęli się schodzić.
Najpierw przyszli rodzice Swietłany, potem brat z żoną, później siostra z mężem.
Wszyscy przynieśli drobne prezenty i słodycze.
— Swietočka, jaka ty jesteś mądra, — mama przytuliła córkę.
— Tak pięknie wszystko przygotowałaś.
— Przecież wszyscy się zrzucaliśmy, — odpowiedziała Swietłana.
— Wspólnymi siłami.
O dziesiątej wieczorem byli już wszyscy, poza Katią z rodziną.
Siergiej zadzwonił do siostry.
— Katia, gdzie jesteście? Wszyscy już są.
— Już jedziemy, tylko się trochę spóźniliśmy.
O wpół do jedenastej zadzwonił dzwonek do drzwi.
Siergiej otworzył — na progu stali Katia, Dima i dwójka dzieci.
Bez siatek, bez pudełek — na lekko.
— Cześć, kochani! — szwagierka uśmiechnęła się szeroko.
Po rozebraniu się dzieci od razu rzuciły się do stołu.
— Ooo, kawior! — zawołał radośnie Artiom.
Katia podeszła do Swietłany, przytuliła ją i cicho powiedziała:
— Swieta, przepraszam, u nas teraz naprawdę ciężko z pieniędzmi.
Nie damy rady zrzucić się na stół.
Ale przecież u was już wszystko gotowe, prawda?
Swieta na moment znieruchomiała.
Powinni byli przynieść sześć tysięcy za czworo.
— Katia, ale ty sama potwierdzałaś na czacie…
— No tak, myślałam, że się uda.
Nie wyszło.
Przecież nie wyrzucisz rodziny?
Swietłana rzuciła okiem na męża.
Siergiej stał w przedpokoju i ze wstydem spuścił wzrok.
— Oczywiście, że nie wyrzucę, — powiedziała spokojnie.
— Wejdźcie.
Goście spojrzeli po sobie.
Paweł zmarszczył brwi, Natasza ze zdziwieniem uniosła brwi, ale wszyscy zamilkli — to jednak święto.
Przy stole dzieci Katii od razu chwyciły łyżki i zaczęły nakładać kawior wielkimi porcjami.
— Chłopcy, ostrożniej, — spróbowała je powstrzymać Swietłana.
— Niech jedzą, — machnęła ręką Katia.
— Oni lubią kawior, rzadko kupujemy.
Rzadko — ale w gościach nie krępują się wcale.
Dima nałożył sobie od razu dwa kawałki pstrąga.
— Świetna ryba, — zauważył z zadowoleniem.
Swietłana tylko milcząco patrzyła, jak półmisek pustoszeje.
Katia tymczasem nakładała sobie sałatek z każdej miski.
— Jakie pyszne, Swieta, ty jesteś złoto, — chwaliła.
Paweł obserwował to wszystko, a jego twarz robiła się coraz bardziej ponura.
Do jedenastej Swieta zdążyła już mniej więcej policzyć: czworo „darmowych” gości zjadło prawie jedną trzecią stołu.
Kawioru prawie nie zostało, pstrąg skończył się całkiem, oliwier zniknął w połowie, wędliny — też.
Paweł, wyraźnie już podchmielony, wstał od stołu i spojrzał na Katię.
— Katia, a czemu wy nie oddaliście pieniędzy na stół?
Nad stołem zawisła cisza.
Katia odłożyła widelec i szeroko otworzyła oczy.
— Pasza, przecież jesteśmy rodziną.
Przyszliśmy tylko posiedzieć.
Tak wyszło.
— Ale wszyscy oddawali po półtora tysiąca.
A was jest czworo.
To sześć tysięcy.
— Teraz nie mamy takiej możliwości, — wtrącił Dima.
— Nie jesteśmy obcy.
— Nie obcy, — parsknął Paweł.
— Hipoteka macie mniejszą niż Swieta, samochód nowy.
A pieniędzy nie ma?
— Mamy dzieci! — wybuchła Katia.
— Wydatki są duże.
— Wszyscy mają dzieci.
A zrzucili się wszyscy.
Poza wami.
Mama Swietłany poczerwieniała, ojciec wbił wzrok w talerz, Natasza z mężem milczeli, Siergiej siedział z poczuciem winy.
Swietłana powoli wstała od stołu, czując, że ten wieczór zapamięta na długo.
— Paweł, nie teraz, — powiedziała cicho Swietłana.
— To jednak święto.
— Właśnie przy tym stole, za który wszyscy zapłacili, poza szczególnie zaradnymi krewnymi, — nie odpuszczał brat.
Katia gwałtownie podniosła się z krzesła.
— Wszystko jasne.
To znaczy, że jesteśmy tu zbędni.
Dima, dzieci, zbieramy się.
— Katia, poczekaj, — Siergiej próbował ją zatrzymać.
— No po co tak…
— Nie.
Skoro uważają nas tu za darmozjadów, to wyjdziemy.
Szybko przeszli do przedpokoju, założyli kurtki i buty i wyszli.
Drzwi głośno trzasnęły.
W pokoju zawisła ciężka cisza.
Po kilku sekundach ojciec Swietłany niezręcznie zakaszlał.
— I dobrze, że poszli.
Zupełnie bezczelni.
Nowy Rok przywitali bez dawnego nastroju.
Złożyli sobie życzenia tak, bardziej formalnie, posiedzieli jeszcze około godziny i zaczęli się rozchodzić.
W mieszkaniu zostali tylko Swietłana, Siergiej i syn.
Kobieta zaczęła sprzątać ze stołu, mechanicznie układając talerze.
Patrzyła na prawie puste półmiski i czuła, jak w środku narasta uraza.
Jedzenia prawie nie zostało, a przecież liczyła, że starczy jeszcze na pierwszy i drugi stycznia.
Siergiej podszedł bliżej.
— Swieta, przepraszam… To jednak moja siostra.
Głupio mi było żądać od niej pieniędzy.
Swietłana gwałtownie się do niego odwróciła.
— A im, to znaczy, wcale nie jest głupio? — powiedziała spokojnie, ale twardo.
— Zaoszczędzili sześć tysięcy.
Naszym kosztem.
— Może naprawdę jest im teraz ciężko…
— Ciężko? — uśmiechnęła się krzywo.
— Samochód nowszy niż nasz, telefony najnowsze, urlop co roku nad morzem.
I przy tym „nie ma pieniędzy”?
Siergiej spuścił wzrok.
— Nie wiem, co powiedzieć…
— I nie musisz.
Trzeba było od razu postawić warunki: albo płacicie, albo nie przychodzicie.
Swietłanie przypomniały się inne rodzinne święta.
Urodziny Siergieja wiosną — wszyscy przyszli z prezentami, a Katia z rodziną przyniosła tani tort i sami go zjedli.
Wielkanoc u rodziców męża — wszyscy nieśli babki i poczęstunki, a Katia znów pojawiła się z pustymi rękami i radośnie jadła cudze.
Tak było zawsze.
Każde święto — to samo.
Przychodzą na lekko i wychodzą zadowoleni.
A ona gotuje, wydaje pieniądze, liczy każdy grosz i milczy, bo „rodzina” i „nie wypada”.
Ale dziś, patrząc na opustoszały stół, Swietłana nagle zrozumiała jasno: dość.
Koniec ze wspólnymi ucztami bez przedpłaty.
Choćby to była rodzina sto razy.
— Serioża, — spojrzała na męża.
— Żadnych świąt z twoją siostrą.
Tylko jeśli pieniądze będą z góry.
— Swieta, ona się obrazi…
— Niech się obrazi.
Nie jestem darmową stołówką.
Dość karmienia tych, którzy przywykli żyć na cudzy koszt.
Siergiej skinął głową.
Nie kłócił się — bo rozumiał, że żona ma rację.
Pierwszego stycznia Katia napisała do Swietłany: „Dzięki za święto, wszystko było bardzo smaczne. Szkoda, że Paweł tak brzydko się zachował”.
Swietłana przeczytała, w milczeniu usunęła wiadomość i zablokowała numer szwagierki.
Siergiej spojrzał na nią zdziwiony.
— Ty serio?
— Jak najbardziej.
Niech szuka innych, których można objadać za darmo.
Tydzień później Katia zadzwoniła do Siergieja.
Żałośnie opowiadała, że Swieta ją zablokowała, prosiła, żeby „się nie kłócić”.
— Katia, — powiedział spokojnie Siergiej, — przelej pieniądze za święto.
Sześć tysięcy.
— Zwariowałeś? Jakie pieniądze? Przecież już po wszystkim!
— Po wszystkim.
Ale zjedliście dokładnie za taką kwotę.
Oddaj — i nie będzie pytań.
— Serioża, jestem twoją siostrą!
— Siostrą, która przywykła żyć na cudzy koszt.
Chcesz normalnie się dogadywać — spłać dług.
Katia rzuciła słuchawką i więcej nie zadzwoniła.
Swietłana była spokojna.
W końcu zrozumiała najważniejsze: ci, którzy stale korzystają z cudzej hojności, nie są „bliskimi”, tylko pasożytami, którzy zasłaniają się pokrewieństwem.
I ona nie zamierza ich już karmić.
Teraz nie będzie milczeć z zażenowania.
Nie dorzuciłeś się do wspólnego budżetu — to nie przychodź.
Prosto i uczciwie.
Tak dla niej skończył się ten Nowy Rok.
Z jasnym zrozumieniem, że więzy rodzinne nie są powodem do bezczelności, a słowo „nie” bliskim ludziom mówić nie tylko można, ale i trzeba.







