Po kłótni mąż zabrał swoje rzeczy i poszedł do teściowej, a po pięciu dniach wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Ira stała przy kuchence, mieszając barszcz. Sasha chodził tam i z powrotem po kuchni.

— Znowu za słone! — Spróbował i skrzywił się. — Ile razy mam ci mówić?

— Niczego nie przesoliłam.

— A to co? — Sasha wskazał łyżką do garnka. — Morze Martwe?

Ira zacisnęła zęby. Trzydzieści lat to samo. Zawsze coś jej nie pasuje.

— Dodaj wody, jeśli jest za słone.

— Wody? — Sasha uderzył dłonią w stół. — A może w końcu nauczysz się gotować?

— Albo ty sam gotuj! — Słowa same wyszły.

Sasha zamarł. Nigdy tak nie odpowiadała.

— Co?

— Gotuj sam, jeśli ci się nie podoba. — Ira wyłączyła kuchenkę i odwróciła się do męża. — Mam dość twoich pretensji.

— Aha! — Sasha poczerwieniał. — To pretensje są moje? A kto siedzi w domu cały dzień? Kto nie przynosi pieniędzy do domu?

— Pracuję! Pracuję w szkole!

— Twoje grosze! — machnął ręką. — Na co je wystarcza?

Ira poczuła, że serce bije jej szybciej. Nastyka zajrzała do kuchni, ale od razu się schowała. Sprytna dziewczynka.

— Wiesz co? — Sasha poszedł do sypialni. — Mam dość tego wszystkiego!

Ira słyszała, jak wrzuca coś do torby. Czy naprawdę odchodzi? Zwykle po pół godzinie ochładzał się i wracał się pogodzić.

Ale tym razem się nie uspokoił.

— Idę do mamy — ogłosił, stojąc w przedpokoju z torbą. — Tam przynajmniej gotują normalny barszcz.

— Idź. — Ira nawet nie wyszła z kuchni.

Sasha czekał. Pewnie myślał, że rozpłacze się i zacznie go prosić, żeby został. Jak kiedyś.

— Mówisz serio?

— Szczerze. Zamknij drzwi za sobą.

Zatrzask zamka. Ira usiadła na stołku i wpatrywała się w garnek. No tak. Trzydzieści lat małżeństwa przepadło przez barszcz.

Nastyka zajrzała do kuchni.

— Mamo, naprawdę odszedł?

— Wygląda na to.

— A co teraz będzie?

Ira spojrzała na córkę. Miała ogromne, przestraszone oczy.

— Nie wiem, córciu. Naprawdę nie wiem.

A w głowie kołatała się jedna myśl: powinnam była tak odpowiadać wcześniej albo wcale? I dlaczego w duszy nie czuję ulgi, tylko pustkę?

Telefon zadzwonił. Może Sasha zmienił zdanie.

— Ira? — Głos teściowej był lodowaty. — Co robisz z moim synem?

— Dobry wieczór, Tamara Pawłowna.

— Jaki dobry wieczór? Sasha przyjechał cały zdenerwowany! Mówi, że wyrzuciłaś go z domu!

Ira zamknęła oczy. Zaczęło się.

— Nikogo nie wyrzucałam.

— Nie wyrzuciłaś? A dlaczego siedzi u mnie? Prawie płacze!

Sasha płacze? Ira wyobraziła sobie tę scenę i uśmiechnęła się.

— Poszedł sam, Tamara Pawłowna.

— Sam! Oczywiście, że sam! — Teściowa prawie krzyczała. — Doprowadziłaś faceta do granic wytrzymałości! Trzydzieści lat znosił twoje kaprysy!

— Moje kaprysy?

— Czyje miałyby być? Zawsze coś ci nie pasuje! To zmęczona, to boli ją głowa!

Ira odłożyła słuchawkę. Nie miało sensu dalej rozmawiać z teściową.

Nazajutrz w szkole koleżanki od razu zauważyły, że coś jest nie tak.

— Ira, wyglądasz dziwnie — powiedziała Lena w przerwie. — Co się stało?

— Sasha odszedł.

— Jak odszedł? Dokąd?

— Do mamy. Pokłóciliśmy się wczoraj.

Lena usiadła obok.

— Poważna kłótnia, czy jak zwykle?

— Nie wiem. Zabrał swoje rzeczy.

— Ojej, Ira… A ty jak się czujesz?

Ira pomyślała. Czy przeżywała? Chyba tak. Ale nie jak kiedyś. Wcześniej od razu biegła się pogodzić, przepraszała za wszystko.

— Dziwnie, ale nie bardzo. Cisza w domu… jakaś… nieprzyzwyczajona.

— Może zadzwonić do niego?

— Po co? Wie, gdzie mnie znaleźć.

Lena spojrzała zaskoczona na przyjaciółkę.

— Naprawdę się zmieniłaś. Kiedyś już byś zadzwoniła sto razy.

— Jestem zmęczona, Lena. Mam dość bycia ciągle winna.

W domu Nastyka przywitała ją milczeniem. Dziewczynka ewidentnie przeżywała, ale nie chciała rozmawiać. Usiadła odrobić lekcje i zamknęła się w pokoju.

Ira przygotowała obiad. Automatycznie postawiła trzy talerze, potem zabrała jeden. Kuchnia zrobiła się jakaś pusta.

Drugi dzień minął tak samo. Sasha nie dzwonił. Nastyka chodziła ponura.

— Mamo, a tata wróci? — zapytała przy śniadaniu.

— Nie wiem.

— A ty chcesz, żeby wrócił?

Ira zatrzymała się z kubkiem w ręku. Czy chciała?

— Chcę. Ale nie takiego, jakim był wcześniej.

— Co znaczy „nie takiego”?

— Wiesz, córciu, przez trzydzieści lat przepraszałam za każdy krok. Jestem zmęczona.

Nastyka skinęła głową, nie mówiąc nic.

Trzeciego dnia zadzwoniła Tamara Pawłowna.

— Ira, całkiem oszalałaś? Sasha siedzi u mnie już trzeci dzień!

— I co z tego?

— Jak to i co? To twój mąż! Twoim miejscem jest go przekonać!

— A jego miejscem jest mnie oskarżać o wszystko?

— Mężczyzna ma prawo wymagać porządku w domu!

Ira się roześmiała. Sama była zdziwiona tym śmiechem.

— Tamara Pawłowna, a zapytałaś, dlaczego twój syn odszedł? Z jakiego powodu?

— Z powodu twojego charakteru!

— Z powodu barszczu. Zdaniem jego, za słony.

Zawisła cisza.

— Z powodu barszczu? — powtórzyła teściowa.

— Z powodu barszczu. I dlatego, że po raz pierwszy od trzydziestu lat nie zgodziłam się, że to ja jestem winna.

Tamara Pawłowna milczała.

— Ira, może przestań się wygłupiać? Przyjedź i zabierz męża.

— Nie przyjadę. Niech sam zdecyduje, gdzie chce mieszkać.

— Stracisz go!

— Może.

Czwartego dnia Sasha zadzwonił sam. Jego głos był zmęczony.

— Ira?

— Słucham.

— Jak się masz?

— W porządku. Żyję.

— A Nastyka?

— Też żyje.

Przerwa.

— Może się spotkamy? Porozmawiamy?

— O czym?

— Cóż… trzeba to jakoś rozwiązać.

— Rozwiązuj. Nikt cię nie zatrzymuje.

Kolejna przerwa.

— Jesteś zła?

Ira pomyślała.

— Nie. Nie jestem zła. Po prostu zrozumiałam jedną rzecz.

— Co zrozumiałaś?

— Że mam dość bycia winną za wszystko.

Sasha westchnął i odłożył słuchawkę.

Piątego dnia wszystko zaczęło się jak zwykle. Ira szykowała się do szkoły, gdy zadzwonił telefon.

— Mamo! — głos Nastyki był przestraszony. — Coś jest nie tak!

— Co znaczy „nie tak”? — Ira odrzuciła torbę i podbiegła do córki.

Nastyka stała w przedpokoju. Twarz spuchnięta, oczy prawie niewidoczne, czerwone plamy na szyi.

— Mamo, nie mogę oddychać!

Ira chwyciła telefon.

— Karetka? Natychmiast! Córka się dusi, silna alergia!

Kiedy czekali na lekarzy, stan Nastyki się pogarszał. Usiedziała na podłodze, dysząc.

— Co jadłaś? Co piłaś?

— Nic specjalnego… tylko spróbowałam nowego kremu…

Karetka przyjechała szybko. Lekarz natychmiast zrobił zastrzyk.

— Zawozimy do szpitala. Stan poważny.

Ira usiadła obok córki w samochodzie. Ręce jej drżały.

— Mamo, a jeśli umrę?

— Nie mów głupot!

— A jeśli? Powiesz tacie, że go kochałam?

Serce Iry się zacieśniło.

— Sama mu powiesz.

W szpitalu Nastyka została zabrana na OIOM. Ira została na korytarzu. Dzwonić do Sashy czy nie? A jeśli coś się stanie?

Wybrała numer teściowej.

— Tamara Pawłowna, zawołaj Sashę. Nastyka została zabrana do szpitala.

— Co?! Co się stało?

— Silna alergia. Niech przyjedzie.

Sasha przyjechał w pół godziny, blady i zdezorientowany.

— Gdzie ona jest? Jak? Co mówią lekarze?

— Na OIOM-ie. Czekamy.

Usiedli na twardych krzesłach w ciszy.

— Z jakiego powodu? — zapytał Sasha.

— Jakiś nowy krem.

— Głupia… Zawsze najpierw sprawdzałaś.

Ira spojrzała na męża. Zestarzał się przez te dni. A może dopiero teraz zauważyła?

— Sasha, a gdybym nie zadzwoniła?

— Jak to, nie zadzwoniłaś?

— Przecież nie rozmawiamy. Odszedłeś.

Sasha przetarł twarz rękami.

— Ira, co to ma wspólnego? Nastyka…

— Ma. Rozstaliśmy się przez barszcz. A córka mogła umrzeć, a ty byś nie wiedział.

Zamilkł.

Lekarz wyszedł po godzinie.

— Rodzice Nastyki?

— My! — oboje podskoczyli.

— Wszystko w porządku. Niebezpieczeństwo minęło. Ale zostawimy ją pod obserwacją na noc.

— Możemy do niej?

— Oczywiście.

Nastyka leżała blada, ale oddychała równomiernie. Zobaczyła rodziców i zapłakała.

— Tato, przyszedłeś!

— Oczywiście, głuptasku.

Sasha usiadł obok, wziął córkę za rękę.

— Przestraszyłaś nas.

— Myślałam, że umrę. I że się nie pogodzimy.

Ira usiadła po drugiej stronie.

— Nie kłócimy się, córciu.

— Kłócicie! — Nastyka próbowała się podnieść. — Pięć dni milczycie! Myślicie, że mi łatwo?

— Nastyka, uspokój się — powiedział Sasha.

— Nie będę! Mam dość! Jesteście jak dzieci! Przez głupotę się rozdzieliliście!

Ira i Sasha spojrzeli na siebie.

— To nie głupota, — cicho powiedziała Ira. — Tata uważa, że jestem złą żoną.

— A mama uważa, że jestem tyranem, — dodał Sasha.

— I co z tego? — Nastyka skrzywiła się. — Kochacie się przecież!

— Skąd wiesz? — zdziwiła się Ira.

— Widzę! Kiedy mama zachorowała zimą, tata nie spał całą noc! A kiedy tata złamał rękę, mama była na dyżurze w szpitalu!

Ira przypomniała sobie. Rzeczywiście była na dyżurze. I Sasha naprawdę nie spał, gdy miała gorączkę.

— Nastyka, problem nie leży w miłości, — zaczął Sasha.

— To w czym wtedy?

— W tym, że zapomnieliśmy, jak rozmawiać, — powiedziała Ira. — Tylko się kłócimy.

Nastyka zamknęła oczy.

— Spróbujcie inaczej.

Nastyka zasnęła nad ranem. Ira i Sasha siedzieli obok niej całą noc.

— Chcesz kawy? — zapytał Sasha. — Kupię z automatu.

— Chcę.

Wrócił z dwoma kubkami.

— Pewnie niesmaczna, — powiedziała Ira, popijając.

— Nie, normalna. Nie narzeka przecież.

Milczeli.

— Ira, może ona ma rację? Nastyka?

— W czym rację?

— Że jesteśmy jak dzieci. Rozdzieliliśmy się przez głupotę.

Ira spojrzała na śpiącą córkę.

— Nie przez głupotę, Sasha. Tylko dlatego, że mnie nie szanujesz.

— Jak to nie szanuję?

— Ciągle krytykujesz. Źle gotuję, źle sprzątam, pracuję za grosze.

Sasha odłożył kubek na podłogę.

— Nie robię tego złośliwie…

— To jak? Trzydzieści lat i codziennie coś nie tak.

— Mama zawsze mówiła…

— Stop! — Ira odwróciła się do męża. — A twoja mama? Mieszkasz ze mną czy z nią?

Sasha przetarł kark ręką.

— No… chyba z tobą.

— „Chyba”? Sasha, spędziłeś pięć dni u mamusi. Podobało się?

— Szczerze?

— Szczerze.

— Strasznie. Opiekowała się mną jak małym dzieckiem. Co jeść, co ubrać, kiedy spać.

Ira uśmiechnęła się.

— A w domu cię pilnowałam?

— Nie. W domu ty… — Sasha się zatrzymał. — W domu byliśmy równi.

— Byliśmy. Dopóki nie zacząłeś mnie wychowywać.

Sasha milczał.

— Ira, a co teraz robimy?

— Nie wiem. Chcesz do domu — wracaj. Nie chcesz — mieszkaj u mamy.

— A ty chcesz, żebym wrócił?

Ira spojrzała na męża. Zmęczona twarz, siwe włosy, znajome ręce.

— Chcę. Ale nie takiego, jakim był.

— Jakiego?

— Kogoś, kto mnie szanuje. Kogoś, kto nie szuka wad we wszystkim.

— A jeśli nie będę mógł?

— To nie będziesz mógł. Nie będę już tego znosić.

Rano Nastyka została wypisana. Lekarz powiedział, że nie ma niebezpieczeństwa, ale trzeba uważać na kosmetyki.

— Jedziemy do domu? — zapytała Nastyka.

— Oczywiście.

— Wszyscy razem?

Ira spojrzała na Sashę.

— Tata zdecyduje.

— Jadę, — powiedział cicho.

W domu przeszedł do sypialni, spojrzał na swoją część szafy.

— Ira, a moje rzeczy…

— Na miejscu. Nic nie ruszałam.

— Dzięki.

Ira przygotowała obiad. Automatycznie spróbowała barszcz — czy nie jest przesolony. Sasha wszedł do kuchni, też spróbował.

— Normalny, — powiedział.

— Naprawdę normalny, czy boisz się powiedzieć?

Sasha uważnie spojrzał na żonę.

— Naprawdę normalny. Nawet smaczny.

Podczas obiadu milczeli. Nastyka jadła źle, cały czas spoglądała na rodziców.

— A teraz zawsze tak będzie? — zapytała. — Będziecie milczeć?

— Nie wiemy jeszcze, — szczerze powiedziała Ira.

— To ja powiem, — Nastyka odłożyła łyżkę. — Bałam się. Kiedy tata odszedł, myślałam, że zawsze będę winna.

— Za co winna? — zdziwił się Sasha.

— No jeśli się rozwiedziecie, będę musiała wybrać, z kim mieszkać. A ja nie chcę wybierać. Chcę z wami obiema.

Ira poczuła łzy w oczach.

— Córciu, nie zamierzamy się rozwodzić.

— A zamierzacie co?

Ira spojrzała na Sashę.

— Uczyć się żyć na nowo, — powiedział. — Jeśli się uda.

Wieczorem, gdy Nastyka poszła spać, usiedli w kuchni.

— Ira, chcę spróbować, — powiedział Sasha. — Ale nie wiem jak.

— Zacznij od prostego. Nie krytykuj codziennie.

— A jeśli coś naprawdę będzie nie tak?

— Powiedz normalnie. Nie „znowu przesolone”, tylko „może mniej soli?”

Sasha skinął głową.

— Co jeszcze?

— Pytaj o moje zdanie. Nie jestem dodatkiem do ciebie.

— Dobrze. A ty?

— Będę mówić, co mi się nie podoba. Od razu, nie gromadzić w sobie.

— Umowa?

— Umowa.

Sasha wyciągnął rękę. Ira uścisnęła ją.

— I jeszcze, — dodała. — Jeśli coś nie wyjdzie, nie biegnij do mamy. Rozmawiaj ze mną.

— Obiecuję.

Nazajutrz Sasha zadzwonił do Tamary Pawłowny.

— Mamo, jestem w domu.

— Jak w domu? A Ira prosiła cię na kolanach?

— Nie, mamo. Ustaliliśmy zasady.

— Jakie zasady?

— Jak żyć dalej.

— Sasha, rozumiesz, że ona…

— Mamo, stop. To moja rodzina. Sam sobie poradzę.

Tamara Pawłowna milczała, zdziwiona.

Miesiąc później Lena zapytała Irę:

— No i jak? Twój Sasha się zmienił?

— Stara się. Wczoraj pochwalił obiad. A kiedy źle wyprasowałam koszulę, powiedział tylko „trzeba jeszcze trochę wyprasować”.

— I co zrobiłaś?

— Wyprasowałam. Wcześniej obraziłabym się i milczała tydzień.

— Czyli wychodzi?

— Na razie wychodzi. Zobaczymy. W domu Nastyka odrabiała lekcje, Sasha czytał gazetę, Ira gotowała obiad.

Zwyczajny wieczór zwyczajnej rodziny. Tylko że teraz wiedzieli, że zwyczajność nie jest na zawsze i nie dzieje się sama.

To codziennie zaczyna się od nowa.

— Mamo, obiad gotowy? — zawołała Nastyka.

— Prawie! — odpowiedziała Ira.

— Mogę spróbować? — zapytał Sasha, podchodząc do kuchenki.

— Oczywiście.

Spróbował, skinął głową:

— Obiad wyszedł dobry.

I to była prawda.