Mężczyźni przyszli nad jezioro łowić ryby, ale nagle wyciągnęli z wody jakiś dziwny worek, a w środku było coś okropnego.
Rybacy, jak zwykle, wyszli na poranny połów: stare drewniane kanoe, podarta sieć.

Od ponad dziesięciu lat pracują w tym samym miejscu.
Wszystko było jak zawsze.
Jeden z mężczyzn rzucił sieć trochę dalej, bliżej zakrętu przy zaroślach trzciny, gdzie według plotek w tym sezonie było dużo ryb.
Minęło około pół godziny.
Ktoś już zaczął wkładać połów do skrzyni, gdy rybak zauważył w wodzie coś dziwnego.
Zaczepiło się o brzeg sieci — opływowe, miękkie, owinięte w starą tkaninę.
Na pierwszy rzut oka wyglądało jak worek z błotem lub odpadkami.
Pociągnął za to, a tkanina naciągnęła się, odsłaniając kształty czegoś zaokrąglonego, ciężkiego.
Na łodzi zapanowała cisza.
Pozostali wstali i patrzyli, jak powoli podnosi znalezisko nad wodę.
Worek był mocno, ale niezbyt ciasno związany.
Kiedy rybak wyciągnął go na światło, poczuł, jak w piersi robi mu się zimno.
W środku worka było…
Przez mokrą tkaninę przebijały rysy twarzy — ludzkiej twarzy.
Wszyscy cofnęli się.
— To… to jest głowa… — wyszeptał jeden z rybaków.
Nie dotykali niczego rękami.
Zadzwonili na policję i już po godzinie brzeg roił się od ludzi w mundurach.
Okazało się, że ofiara to mężczyzna, który zaginął kilka tygodni wcześniej.
Pochodził z sąsiedniej wioski.
Śledztwo wykazało, że został zamordowany ze szczególnym okrucieństwem i poćwiartowany.
Pozostałe części ciała później odnaleziono w różnych miejscach wzdłuż nurtu.
To odkrycie stało się kluczem do głośnej sprawy: jeden z miejscowych mieszkańców, któremu od dawna nie ufano, okazał się zamieszany w zbrodnię.
Został aresztowany, a dochodzenie ujawniło jeszcze dwa podobne zaginięcia, które wcześniej uważano za niezwiązane.
Rybacy długo nie wypływali na wodę.
Dla nich ta historia na zawsze zmieniła znaczenie słowa „połów”.







