Swietłana szlochała, chowając twarz w poduszce. Jej rozdzierające serce łkanie wypełniało ciszę pokoju.
Aleksej był niespokojny — chodził nerwowo w kółko, próbując zrozumieć, jak to mogło się stać.

— Jak mogłaś zgubić dziecko? — zapytał, próbując powstrzymać złość.
— Nie zgubiłam! — wykrzyknęła Swietłana. — Siedziałyśmy na ławce, Olję bawiła się w piaskownicy.
Wokół było dużo dzieci, wiesz. Nikt nie pilnuje dziecka 24 godziny na dobę!
Potem wszyscy odeszli… Szukałam od razu wszędzie, sprawdziłam każdy metr, potem zadzwoniłam do ciebie!
Głos kobiety zadrżał znów, a szloch stał się jeszcze głośniejszy.
Aleksej zatrzymał się, usiadł obok niej, delikatnie położył rękę na jej ramieniu.
— Przepraszam, — powiedział teraz łagodniej. — Rozumiem.
To nie jest tylko strata.
Została zabrana. Znajdę ich. Na pewno znajdę.
Poszukiwania pięcioletniej dziewczynki rozpoczęły się natychmiast.
Policja pracowała dzień i noc, przeczesując podwórka, piwnice, parki i lasy.
Wszystkie siły były skierowane na poszukiwania, ale nie było żadnych śladów.
Wyglądało, jakby dziecko zniknęło bez śladu, jakby zapadło się pod ziemię.
Aleksej wyglądał, jakby postarzał się o dziesięć lat z dnia na dzień.
Przypomniał sobie obietnicę złożoną chorej żonie: uczynić Olję najszczęśliwszą dziewczynką na świecie, chronić ją bardziej niż własne życie.
Dwa lata po śmierci pierwszej żony ożenił się ze Swietłaną.
Ona nalegała, mówiąc, że Olja potrzebuje matczynej opieki.
Relacje między dziewczynką a macochą nie układały się, ale Aleksej wierzył, że to tymczasowe.
Przez cały rok był niemal poza sobą. Czasem popadał w nałogi, innym razem odmawiał nawet łyka.
Tymczasem firmą zarządzała młoda żona, a Aleksej na to pozwalał.
Jedyną rzeczą, jaką robił codziennie, było dzwonienie na policję.
I zawsze słyszał tę samą odpowiedź: „Brak nowych informacji.”
Dokładnie rok po zaginięciu córki Aleksej poszedł na plac zabaw, gdzie wszystko się zaczęło.
Łzy spływały mu po policzkach.
— Rok… dokładnie rok bez niej…
— Tak, płacz. Łzy oczyszczają duszę, — zabrzmiał głos obok.
Aleksej zadrżał. Obok siedziała Baba Dasza — miejscowa dozorczyni, która mieszkała tu odkąd istniała ta ekskluzywna dzielnica.
Wyglądała na wieczną — ani się nie starzała, ani nie odmładzała, była jak część krajobrazu.
— Jak się teraz czujesz?
— Nie tak jak teraz. Już nie wyglądasz jak człowiek.
A jeśli Olję znajdą — jak będziesz się wtedy jej wydawać?
I co właściwie robisz z ludźmi?
— Co masz na myśli? Co ludzie mają do tego?
— Twoja żona sprzedaje firmę. Ludzie tracą pracę.
Dałeś im nadzieję, a teraz wyrzucasz ich na ulicę jak śmieci.
— To nie może być…
— A jednak jest. A ona może cię zatruć, wtedy twoja córka nie będzie miała do kogo wrócić.
Baba Dasza wstała i wyszła bez pożegnania, miotła drapiąc asfalt obojętnie.
Aleksej siedział jeszcze chwilę, potem powoli poszedł do domu.
Po godzinie otrząsnął się. Gdy spojrzał w lustro, przestraszył się — zobaczył starca: chudego, blady jak trup, nieznajomego.
Wsiadł do samochodu, którego nie prowadził od roku, i pojechał do biura.
Wszystko w nim się poruszało — czuł, jak życie zaczyna wracać.
Na pierwszym piętrze zamiast znanej recepcjonistki była młoda kobieta, która wpatrywała się w wideo.
Nie spojrzała na niego ani razu.
Na drugim piętrze zamiast wiernej sekretarki Lidii Siergiejewny była nowicjuszka z krzykliwym makijażem.
Gdy zobaczyła Alekseja, próbowała go powstrzymać:
— Nie możesz tu wejść!
Ale on odepchnął ją i wszedł.
W biurze czekała niespodzianka: Swietłana siedziała na kolanach młodego mężczyzny.
Gdy zobaczyła męża, podskoczyła, szybko poprawiając ubranie.
— Lesza! Zaraz wszystko wyjaśnię!
— Wynoś się. Masz dwie godziny, żeby opuścić miasto.
Swietłana wybiegła, a jej blady, spocony towarzysz uciekł za nią. Aleksej dodał zimno:
— To samo dotyczy ciebie.
Kilka minut później wezwał wszystkich szefów działów.
Zawołał Lidię Siergiejewnę, która wyszła po tym, jak Swietłana zwolniła kluczowych pracowników.
— Dzwoniłem, ale nie odbierała pani, — powiedział.
— Proszę wrócić. Czekają na panią.
Tak rozpoczął się proces odbudowy firmy. Aleksej nie wychodził z biura prawie dwa dni, organizując wszystko, odtwarzając kontakty, zwalniając zdrajców.
Wróciwszy do domu, uśmiechnął się z pogardą — Swietłana wyciągnęła wszystkie pieniądze.
Ale nie czuł litości. Tylko miał nadzieję, że nie załamie się.
Do obiadu odciął jej dostęp do kont bankowych.
Znajomi kręcili głowami: gdzie podział się łagodny, zawsze ugodowy człowiek?
Teraz był twardym, zdecydowanym biznesmenem, który nigdy nie zmienia zdania.
Pięć lat później firma prosperowała.
Dziesięć lat później była regionalnym liderem, przejmując większość konkurentów.
Nie był tylko szanowany — był budzący strach.
Ale były trzy osoby, które mogły zobaczyć jego prawdziwe oblicze: Lidia Siergiejewna, gosposia Walentyna Stiepanowna i Baba Dasza.
Wiedzieli, że za zimną maską kryje się głęboki ból, którego nie potrafił przezwyciężyć.
Pewnej nocy Walentyna Stiepanowna weszła do biura.
— Alekseju Michajłowiczu, mogę chwilę porozmawiać?
— Oczywiście, proszę wejść.
Aleksej odłożył dokumenty, rozciągnął się i uśmiechnął:
— Co tak ładnie pachnie? Naleśniki?
Kobieta się roześmiała:
— Trafiłeś. Chyba zrobiłam je specjalnie, żebyś nie mógł odmówić.
— Może. Czego potrzebujesz?
— Alekseju Michajłowiczu, odkąd przeprowadziliśmy się do nowego domu, nie daję rady sama.
Dom jest duży, ogród, kwiaty… A ja już nie jestem młoda.
Aleksej spojrzał na nią z troską:
— Chcesz odejść?
— Nie, nie, co pan mówi! Chcę tylko poprosić o pozwolenie na zatrudnienie asystentki.
Aleksej zmarszczył brwi — nie lubił zmian, zwłaszcza w swoim domu.
W ostatnich latach niemal całkowicie odizolował się od świata, zostawiając kontakty tylko do spraw biznesowych.
Nie było miejsca w jego życiu na nowe twarze.
— Walentyno Stiepanowno, rozumiesz… — zaczął, lekko marszcząc brwi.
— Rozumiem, Alekseju Michajłowiczu, — odpowiedziała łagodnie kobieta. — Ale proszę wybaczyć — stary dom był mały, przytulny.
Tu — całe rezydencja, ogród zimowy, kwiaty…
A ja już nie jestem tym młodym ptaszkiem, którym byłam.
On skinął głową, zamyślony. Słusznie.
— Dobrze, — w końcu powiedział. — Ale niech będzie spokojnie.
Bez hałasu, bez zakłóceń.
— Czy zawiodłam pana przez piętnaście lat?
— Nigdy, — uśmiechnął się. — To naleśniki są gotowe?
— Ach, znasz moje słabe punkty, — zaśmiała się Walentyna.
Następnego dnia Aleksej nie poszedł do biura.
Jak od szesnastu lat z rzędu, poszedł do parku, gdzie wszystko się zaczęło.
Miejsca, gdzie zaginęła jego córka w zwykły dzień.
Chodził tam co roku, jak na pomnik pamięci.
Siadał na ławce, obserwował dzieci, niebo, czasem płakał, ale zwykle milczał.
Pod wieczór wracał do domu, zamykał się w biurze i pozwalał sobie na odrobinę whisky — jedyny dzień w roku, kiedy pozwalał bólowi wyjść na powierzchnię.
W domu czekało na niego nieoczekiwane wydarzenie.
— Tu przechowujemy środki czystości, tu są szmaty i rękawice, — usłyszał głos Walentyny.
Aleksej zmarszczył brwi. Dlaczego dziś przyprowadziła asystentkę? Akurat tego dnia?
Zanim zdążył się obrócić, aby wyjść, z pokoju wyszły dwie postacie: Walentyna i delikatna dziewczyna około dziewiętnastu lat.
Widząc jego spojrzenie, nieśmiało odsunęła kosmyk włosów z twarzy.
Serce Alekseja ścisnęło się boleśnie. Coś w tym geście, w jej oczach, w wyrazie twarzy głęboko go poruszyło.
— Alekseju Michajłowiczu, to Oksana, pomoże mi.
Proszę się nie martwić, — powiedziała surowo Walentyna.
Dziewczyna skinęła głową, nie mówiąc słowa.
— Czy mówi coś? — zapytał Aleksej.
— Mówi, ale… niewiele. Nie wiem, czy nie może, czy nie chce. Ale to też dobrze.
Walentyna zabrała dziewczynę, a Aleksej powoli opadł na krzesło.
Coś go niepokoiło, jakby niewidzialna nić ciągnęła z przeszłości.
Nie mógł dokładnie zrozumieć, co.
Wzruszył ramionami i poszedł do biura, sięgnął po butelkę whisky i szklankę.
Na stole, jak zawsze, była taca z przekąskami — dbałość Walentyny.
Aleksej usiadł, nalał porcję, otworzył stary rodzinny album.
To był jego coroczny rytuał bólu — oglądać zdjęcia Oli, przypominać sobie jej uśmiech, pierwsze kroki, słowo „tata”…
Strona z jej czwartymi urodzinami. Miał przewrócić kartkę, ale zamarł.
Podszedł do stołu, wziął lupę i wrócił na miejsce. Długo wpatrywał się w punkt na zdjęciu.
Wtedy jego serce zatrzymało się.
Prawie przewrócił drzwi, biegnąc do kuchni. Walentyna cofnęła się przerażona do ściany.
— Co się stało?
— Gdzie ona jest?! Gdzie twoja asystentka?!
Walentyna milcząco wskazała na pokój. Aleksej pobiegł tam.
Oksana siedziała w kącie, patrząc na niego z lękiem. Te oczy… rozpoznałby je spośród tysięcy.
Chwycił jej rękę, lekko podciągnął rękaw.
Na jej nadgarstku była dziecięca bransoletka — zużyta, wyblakła, ale bolesnie znajoma.
Głos Alekseja drżał:
— Weź zeszyt. Szybko!
Walentyna przyniosła go natychmiast. Dziewczyna zawahała się, wzięła długopis i napisała:
„Nie wiem. Zawsze tam była. To wszystko, co pamiętam z dzieciństwa.”
— Nie pamiętasz nic z tamtego czasu? — zapytał, czując dziwny, dziki strach rosnący w sobie.
Pokręciła głową i napisała:
„Nie. Byłam chora. Pamiętam od siódmego roku życia.”
Aleksej zacisnął zęby, próbując powstrzymać warczenie.
— Kim są twoi rodzice?
Oksana znów napisała:
„Nie wiem. Mieszkałam z Cyganami. Uciekłam, kiedy chcieli mnie wydać za mąż.”
Walentyna usiadła na krześle, trzymając się za pierś:
— To niemożliwe…
Aleksej zamarł. Czy to możliwe? Czy ta dziewczyna to jego córka?
Jeśli tak — dlaczego nie znalazł jej wcześniej? Jeśli nie — kim jest?
I dlaczego ta bransoletka? Dlaczego te oczy?
— Pójdziemy do kliniki, — powiedział, starając się brzmieć stanowczo.
Dziewczyna spojrzała na Walentynę, która skinęła głową:
— Nie bój się. Nic złego się nie stanie. Będę z tobą.
Ten tydzień był najdłuższy w jego życiu. Gorzej niż dzień, kiedy zaginęła Olja.
Teraz wydawało się, że jeśli wyjdzie z domu — cała nadzieja zniknie.
A jeśli to nie ona? A jeśli się myli?
— Lidio Siergiejewno, proszę wezwać szefa ochrony.
Wszystkie sprawy są odwołane. Nie będę w biurze w tym tygodniu. Tak, proszę zostawić te umowy na później — podpiszę nowe potem.
Gdy się spotkali, szef ochrony poprosił, by porozmawiać z Oksaną sam na sam.
Lidia Siergiejewna, jak zwykle, wtrąciła się:
— Chodź, synu, nie strasz jej. Już jest przestraszona.
Mężczyzna zachichotał, zawstydzony jak uczeń.
— Zajmę się tym. Jeśli dowiem się czegoś — powiem wam.
Oksana cały czas płakała cicho.
Nie rozumiała, co się dzieje.
Jej życie dopiero się poprawiało po koszmarach życia z Cyganami, gdzie bili ją za czytanie, za zadawanie pytań, gdzie miesiącami nie miała świeżego powietrza.
Teraz była bezpieczna, ale świat wyglądał inaczej.
Był pełen hałasu, świateł i niekończących się obowiązków.
Aleksej patrzył na nią i nagle poczuł, że nie może pozwolić jej odejść.
Zaczął snuć plany.
Musiał odbudować rodzinę.







