Siedzę w kuchni i piję herbatę z sąsiadką, Larisą Pietrowną.
Opowiada mi o rodzinnych zawiłościach swojego syna Maksyma — aż kręci mi się w głowie od tych perypetii.

— Wiesz, Olgo, nie usprawiedliwiam Maksyma we wszystkim — mówi, mieszając cukier w szklance.
— Tak, odszedł od rodziny, zostawił troje dzieci. To źle, to fakt.
Ale w tej sprawie ze ślubem całkowicie go popieram.
Słucham uważnie. Larisa Pietrowna to rozsądna kobieta — znam ją od lat i wiem, że nie rzuca słów na wiatr.
— Wyobraź sobie, przygotowywali się do ślubu cały miesiąc! — kontynuuje.
— Maksym i Alona, a także jej córka Katia. Wszystko było gotowe: sukienka, restauracja, goście.
A dzień przed uroczystością telefon od byłej żony Iriny: rozbiła samochód, dzieci same w domu, niech przyjedzie.
— I co on zrobił? — pytam.
— A co miał zrobić? Powiedział: „Wybacz, Irino, ale jutro jest mój ślub.
Musisz poradzić sobie sama.” Według mnie — miał rację. A teraz ona oczernia go po całej okolicy!
Maksym ma 38 lat. Dwa lata temu rozwiódł się z Iriną — klasyka: miłość przeminęła, charaktery się nie zgadzały.
Dzieci: Andriej — 14 lat, Lena — 11, Denis — 7.
— On jest dobrym ojcem! — oburza się Larisa Pietrowna. — Regularnie płaci alimenty, co weekend zabiera dzieci, jeździ z nimi na wakacje.
Kupuje ubrania, zabawki. Nawet z Iriną stara się normalnie rozmawiać, choć ona go zamęcza telefonami!
Kiwam głową. Znam takie kobiety — nie potrafią odpuścić przeszłości.
— A Alona o tym wszystkim wie? — pytam.
— Alona? Złota dziewczyna! — uśmiecha się sąsiadka. — Cierpliwa, wyrozumiała.
Dzieci zaakceptowała, zajmuje się nimi. Sama też ma córkę, Katię, osiem lat. Mieszkają wszyscy razem w zgodzie.
— A Irina?
— Alony nie znosi! Obwinia ją o wszystko — o rozwód, o to, że dzieci rzadziej widują ojca.
Chociaż Maksym już przed poznaniem Alony myślał o rozwodzie.
Dolewam sobie herbaty i słucham dalej.
— Do ślubu podeszli bardzo poważnie — mówi Larisa Pietrowna.
— Chcieli pięknie uczcić, zebrać rodzinę. Alona kupiła białą suknię, Katia miała elegancką kreację.
Zarezerwowali restaurację, zamówili fotografa i muzykę. Goście przyjechali nawet z innych miast!
— I wtedy telefon od Iriny?
— Dokładnie. W piątek wieczorem, a ślub był w sobotę.
Mówi: „Rozbiłam samochód, dzieci są same, przyjedź!”
— I jak on zareagował?
— Wytłumaczył jej: „Jutro ślub, wszyscy już zjechali. Nie mam teraz możliwości zabrać dzieci.
Może poproś koleżanki albo zamów taksówkę?”
A ona zaczęła wrzeszczeć: „Dzieci bez ojca, a ty się bawisz z jakąś kobietą! Odwołaj ślub!”
— No bezczelność!
— No właśnie! Nie odwołuje się ślubu dzień wcześniej! Pieniądze, goście, wszystko gotowe.
Dlaczego miałby niszczyć swoje życie przez to?
— A dzieci?
— Nic strasznego się nie stało. Zostały w domu, Andriej pilnował młodszych.
W poniedziałek Irina pojechała do pracy autobusem, jak wszyscy. Po tygodniu samochód był naprawiony.
Kończę herbatę, zamyślona.
— A teraz Irina rozpowiada wszystkim, że Maksym to zły ojciec: porzucił dzieci, bawi się z nową rodziną.
Skarży się nauczycielom w szkole, sprzedawcom w sklepie. Wstyd!
— A Maksym?
— Milczy. Nie tłumaczy się. Mówi: niech sobie myślą, co chcą — przed sobą mam czyste sumienie.
Z dziećmi ma ciepłe relacje, wiedzą, że ojciec ich kocha.
Tylko Andriej czasem powtarza krytykę matki — ale to taki wiek.
Wracam do domu, ale myśli krążą wokół tej historii. Naprawdę trudno powiedzieć, kto ma rację.
Opowiadam wszystko mężowi. On słucha, kręci głową.
— Myślę, że Irina celowo spowodowała ten wypadek — mówi.
— Nie chce, żeby Maksym był szczęśliwy z inną.
— Serio?
— Zbyt wygodny zbieg okoliczności. Samochód psuje się akurat przed ślubem?
Możliwe, że chciała zepsuć całą uroczystość.
— Ale dzieci nie są niczemu winne.
— Oczywiście. Ale Maksym też nie musi ulegać każdemu jej kaprysowi.
Nie porzucił dzieci — po prostu nie dał sobą manipulować.
Kładziemy się spać, a ja ciągle myślę: jak to jest być na miejscu Alony? Dzieci? Maksyma? Każdemu z nich jest ciężko.
W takich sprawach nie ma czerni i bieli. Każdy walczy o swoje szczęście.
Irina trzyma się przeszłości, Maksym buduje nowe życie, Alona dąży do harmonii.
A dzieci… chcą tylko, by rodzice byli dla siebie dobrzy.
Następnego ranka spotykam Larisę Pietrowną z wnuczką Katią. Idą do sklepu.
— Jak tam nowożeńcy? — pytam.
— Wrócili z Cypru — opaleni, szczęśliwi! Pokazali mi zdjęcia — cudowne widoki.
A Irina znów niezadowolona: Maksym pojechał na wakacje bez dzieci.
— Dlaczego bez nich?
— Paszporty były nieważne, nie zdążyli wyrobić. A poza tym byłoby bardzo drogo.
Obiecał, że jesienią zabierze wszystkich do Soczi — swoje dzieci i Katię też.
Kiwam głową. Rozumiem.
— Najważniejsze, żeby dzieci były szczęśliwe — mówię.
— Właśnie! — zgadza się Larisa Pietrowna. — A kiedy rodzice ciągle się kłócą, dzieci cierpią.
Irina powinna się uspokoić i zająć swoim życiem, zamiast przeszkadzać innym w byciu szczęśliwymi.
Rozchodzimy się. A ja myślę: może Larisa Pietrowna ma rację.
Trzeba umieć odpuścić przeszłość i dać innym szansę na nowe życie.
Maksym wybrał nową rodzinę — ma prawo być szczęśliwy.
A dzieci z czasem wszystko zrozumieją.
Najważniejsze… to miłość.







