Pielęgniarka straciła przytomność po zjedzeniu plasterka pomarańczy od pacjenta – biznesmena.

Kiedy personel medyczny wbiegł do sali, Alexandru stał przerażony obok Mariny, która leżała nieprzytomna na podłodze.

Dyżurujący lekarz, młody mężczyzna w okularach z cienkimi oprawkami, szybko uklęknął przy niej.

– Co się stało? – zapytał ostro, sprawdzając jej puls.

– Zjadła… plasterek pomarańczy – wyjąkał Alexandru, wskazując na częściowo zjedzony owoc na stoliku nocnym.

– I nagle się przewróciła.

Starsza pielęgniarka podeszła do kosza z owocami i przyjrzała mu się podejrzliwie.

– Skąd ma pan te pomarańcze, panie Petrovici? – zapytała, przesuwając wzrok z owoców na bladego pacjenta.

– Przyniosła mi je… – zaczął Alexandru, ale przerwało mu poruszenie wokół Mariny.

Zespół medyczny działał szybko, kładąc ją na noszach.

Lekarz sprawdził jej źrenice, a inna pielęgniarka przygotowywała zastrzyk awaryjny.

– To wygląda na silną reakcję alergiczną – powiedział lekarz.

– Albo…

Nie dokończył zdania, ale jego ciemne spojrzenie mówiło wszystko.

Po chwili Marina została wyprowadzona z sali, otoczona przez personel medyczny, a Alexandru został sam ze swoimi obawami i pytaniami.

Ale nie na długo.

W mniej niż godzinę do jego sali weszło dwóch policjantów.

Jeden był wysoki i barczysty, drugi niższy, z twarzą, która widziała już zbyt wiele.

– Panie Petrovici – zaczął wyższy – jestem inspektor Radu, a to mój kolega, inspektor Popescu.

Mamy kilka pytań dotyczących porannego incydentu.

Alexandru skinął głową, czując, jak wysycha mu w ustach.

– Pielęgniarka… Marina… czy wszystko z nią w porządku? – zapytał, a jego głos lekko zadrżał.

Dwaj policjanci wymienili szybkie spojrzenie.

– Jest w stanie stabilnym, ale nadal nieprzytomna – odpowiedział Popescu.

– Lekarze potwierdzili, że została otruta.

Prawdopodobnie cyjankiem.

Alexandru poczuł, jak krew zamarza mu w żyłach.

– Otruta? Ale jak… dlaczego?

– Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć – powiedział Radu, wyjmując notes.

– Proszę nam powiedzieć o koszu z owocami.

Kto go panu przyniósł?

Alexandru potarł czoło, próbując zebrać myśli.

– Moja żona, Irina.

Była tutaj wczoraj wieczorem.

– I nikt inny nie zbliżał się do kosza?

– Nie zauważyłem, ale… dużo spałem.

Leki, wie pan…

Radu zanotował coś w swoim notesie.

– Będziemy musieli porozmawiać z pańską żoną.

– Oczywiście – odpowiedział Alexandru, sięgając po telefon ze stolika nocnego.

– Zadzwonię do niej od razu.

Ale kiedy wybrał numer Iriny, połączył się od razu z automatyczną sekretarką.

Spróbował jeszcze dwa razy – ten sam rezultat.

– Dziwne – mruknął.

– Zwykle odbiera od razu.

Popescu zmarszczył brwi.

– Kiedy ostatni raz z nią rozmawiał pan?

– Wczoraj wieczorem, kiedy przyniosła mi kosz.

Powiedziała, że dziś rano ma spotkanie biznesowe, ale powinno się już dawno skończyć.

Dwaj inspektorzy ponownie wymienili spojrzenia – tym razem dłuższe i bardziej znaczące.

– Panie Petrovici – powiedział Radu cicho – czy mógłby pan powiedzieć nam coś więcej o swojej relacji z żoną?
Czy pojawiły się… ostatnio jakieś napięcia?

Alexandru milczał przez chwilę, rozmyślając o ostatnich miesiącach.

Ich małżeństwo było napięte – to prawda.

Po jego diagnozie nowotworu Irina wydawała się zdystansowana, bardziej zaabsorbowana ich interesami niż jego zdrowiem.

I były też te prywatne rozmowy telefoniczne, szeptane, które przerywała nagle, gdy wchodził do pokoju.

– Mieliśmy… trudności – przyznał w końcu.
– Ale nic niezwykłego jak na małżeństwo z dwudziestoletnim stażem.

Radu skinął głową ze zrozumieniem.

– A pański majątek?
Domyślam się, że istnieje testament?

Alexandru poczuł zimny dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie.

Zaczynał rozumieć kierunek, w jakim zmierzały pytania.

– Tak – odpowiedział.
– Irina jest główną beneficjentką.
Ale to nie znaczy…

Głos mu zamarł, gdy drzwi salonu nagle się otworzyły.

W progu stała wysoka kobieta, około czterdziestki, z krótko ściętymi czarnymi włosami i przenikliwymi zielonymi oczami.

Ubrana była w nienaganny kostium biznesowy i trzymała drogą designerską torebkę.

– Co się tutaj dzieje? – zapytała, jej wzrok przeskakiwał z Alexandru na dwóch policjantów.

– Pani Petrovici, jak mniemam? – zapytał Radu, wstając.

– Tak, jestem Irina Petrovici – odpowiedziała, wchodząc do salonu.
– Ktoś ze szpitala do mnie zadzwonił, mówiąc, że doszło do incydentu.
Alexandr, wszystko w porządku?

Jej głos brzmiał troskliwie, ale oczy pozostały zimne.

– Jedna z pielęgniarek została otruta – powiedział bez ogródek Popescu.
– Po tym, jak zjadła pomarańczę z kosza, który pani przyniosła mężowi.

Irina zesztywniała.

Przez ułamek sekundy jej idealna twarz straciła opanowanie, a oczy rozszerzyły się z szoku.

Potem, równie szybko, odzyskała spokój.

– To absurd – powiedziała.
– Kupiłam te owoce w sklepie za rogiem.
Jak mogły być zatrute?

– Oto pytanie, prawda? – zauważył Radu, obserwując ją uważnie.
– Dziwne, że to właśnie pomarańcze zostały skażone.
I jeszcze dziwniejsze, że tylko jedna z nich – najwyraźniej.

Irina zacisnęła usta w wąską linię.

– Co pan sugeruje, inspektorze?

– Na razie tylko zbieramy informacje – odparł z uśmiechem bez cienia ciepła.
– Ale będziemy musieli poprosić panią o udanie się z nami na komisariat w celu złożenia oficjalnego zeznania.

W tym momencie drzwi salonu ponownie się otworzyły i do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna z siwo-blond włosami, ubrany równie elegancko jak Irina.

Gdy wszyscy go zobaczyli, cała sala zamarła z wrażenia.

– Victor? – wyszeptał Alexandru, nie wierząc własnym oczom.

Victor Dragomir.

Najlepszy przyjaciel Alexandru.

Jego wspólnik od ponad piętnastu lat.

Ich świadek na ślubie.

I – sądząc po winnej minie, która przemknęła przez jego twarz, gdy spojrzał na Irinę – znacznie więcej niż tylko to.

– Co ty tu robisz? – zapytała Irina, a jej głos zadrżał lekko.

Victor wyglądał na równie zaskoczonego jej widokiem.

– Dostałem telefon ze szpitala – powiedział, kierując spojrzenie na Alexandru.
– Powiedziano mi, że doszło do poważnego incydentu.

Radu i Popescu z coraz większym zainteresowaniem śledzili wymianę spojrzeń.

– Pan…? – zapytał Radu.

– Dragomir. Victor Dragomir – odparł, wyciągając rękę.
– Jestem przyjacielem i wspólnikiem Alexandru.

– I, jak widać, bardzo zatroskanym o jego stan – zauważył Popescu, wyczuwając napięcie w powietrzu.

Alexandru patrzył na nich oboje, a w jego głowie zaczynała się formować bolesna świadomość.

Kawałki układanki zaczynały pasować do siebie: szeptane rozmowy Iriny, niejasne wyjazdy służbowe Victora, coraz większy chłód żony.

– Od jak dawna? – zapytał nagle, wbijając w nich wzrok.

Ani Irina, ani Victor nie odpowiedzieli, ale poczucie winy w ich oczach mówiło wszystko.

– Od jak dawna wy…?…

Głos Alexandru załamał się, nie mogąc dokończyć pytania.

Napięcie w pomieszczeniu było namacalne.

Inspektorzy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Myślę, że sytuacja robi się coraz ciekawsza – powiedział Radu.
– Pani Petrovici, panie Dragomir, będziemy musieli poprosić państwa oboje o udanie się z nami na komisariat.

Alexandru bezradnie patrzył, jak dwoje ludzi, którym ufał najbardziej, było wyprowadzanych z salonu.

Jego umysł próbował przetrawić wszystko: chorobę, zdradę, a teraz – możliwą próbę zabójstwa.

Ale ciemniejsza myśl przemknęła mu przez głowę.

Pomarańcza, która otruła Marinę, nie była przeznaczona dla niej.

Była przeznaczona dla niego.

A kto miałby większy powód, by chcieć go martwego, niż jego niewierna żona i najlepszy przyjaciel, który go zdradził?

Gdy drzwi salonu zamknęły się za nimi, Alexandru odwrócił się w stronę okna wychodzącego na szpitalny park.

Na zewnątrz był piękny letni dzień, pełen życia i kolorów.

Życia, które prawie stracił.

A teraz – między rakiem a zdradą – nie wiedział, co boli bardziej.

Jeśli spodobała Ci się ta opowieść, nie zapomnij podzielić się nią ze swoimi przyjaciółmi!

Razem możemy przekazać dalej emocje i inspirację.