Kirill szedł ulicą, nie zauważając niczego wokół.
Jakby wędrował we mgle — szedł przed siebie, wpadając na ludzi, którzy mruczeli coś zirytowani, ale on ich nie słyszał.

Nie wiedział nawet, gdzie się znajduje, w jakiej części miasta jest.
Wszystko wydawało się odległe, obce.
Mężczyzna przypominał pustą skorupę: martwe spojrzenie, bez wyrazu na twarzy, bez myśli.
Ocknął się dopiero wtedy, gdy ktoś potrząsnął nim tak mocno, że aż zakręciło mu się w głowie, a całe ciało zadrżało.
Zorientował się, że stoi w wąskiej uliczce, tuż przed samochodem z otwartymi drzwiami kierowcy.
Obok niego, trzymając go za kurtkę, stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna — zapewne sam kierowca — który nie szczędził mu ostrych słów.
Kirill przetarł twarz ręką, jakby próbował się otrzeźwić.
Gdy kierowca zobaczył, że w oczach młodzieńca pojawił się cień życia, wybuchnął:
— Zwariowałeś?! Naćpany jesteś czy co?
Kirill pokręcił głową.
— To co do diabła robiłeś pod kołami? Jak nie zależy ci na życiu, to pomyśl o innych!
Przez ciebie prawie pójdę siedzieć!
Jeśli życie ci się znudziło, to nie znaczy, że ja też chcę umrzeć!
— Już dawno nie mam żadnych planów — odpowiedział Kirill bez emocji. — Przepraszam, proszę pana… Nie chciałem.
Po tych słowach minął mężczyznę i powoli poszedł dalej, sam nie wiedząc dokąd ani po co.
Kierowca, około pięćdziesięcioletni, stał przy aucie, patrząc z niedowierzaniem na oddalającego się Kirilla, po czym machnął ręką i ruszył w stronę samochodu.
Ale nagle się zatrzymał, przypominając sobie puste spojrzenie i słowa młodzieńca.
Po chwili wahania zdecydował się ruszyć za nim.
Dopadł go i, przypatrując się uważnie, zapytał:
— Ej, chłopie, wszystko z tobą w porządku?
Kirill spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.
— Ty wyglądasz jak duch, serio.
Mężczyzna skinął głową:
— Prawie nim jestem… Już umarłem. Tylko ciało chodzi.
Grigorij Danilowicz spojrzał na niego uważnie i zdecydowanym tonem powiedział:
— Nie, bracie. Takiego to ja samego nie zostawię. Jeszcze mi tu zemdlejesz.
Złapał Kirilla za rękę, obrócił w stronę auta i dodał:
— Chodź. I bez dyskusji. Ten „trup” jeszcze ma czas.
Mam pięćdziesiąt lat i nie chcę jeszcze umierać.
A ty już wszystko przekreśliłeś?
Kirill szedł obok niego powoli, ciągnąc nogi za sobą.
Nie rozumiał, co mówi nieznajomy i nawet nie usłyszał pytania, dokąd chce iść.
Po prostu dał się prowadzić, milcząc.
— No dobrze, skoro nic nie mówisz, to zawiozę cię, gdzie zechcę — westchnął kierowca, uruchamiając silnik.
Po półgodzinnej spokojnej jeździe zatrzymali się przed przytulnym domkiem otoczonym niskim płotem.
Kirill w końcu się ocknął:
— Gdzie jesteśmy?
— U mnie na daczy — odpowiedział Grigorij Danilowicz.
— Mieszkam w mieście, ale wiosną przyjeżdżam tu.
Tu zupełnie inne powietrze, dusza odpoczywa. Wysiadaj, będziesz moim gościem.
Kirill wysiadł i poszedł za gospodarzem.
— Jak się nazywasz? — zapytał tylko, by przerwać ciszę.
— Grigorij Danilowicz. A ty?
— Kirill.
— No to już się znamy! Wejdź, nie wstydź się — zaprosił mężczyzna, widząc, że młodzieniec zawahał się przy progu.
Kirill wszedł, rozejrzał się niepewnie i zapytał:
— Dlaczego mnie tu przywiozłeś?
Grigorij położył mu rękę na ramieniu:
— Nie mogłem zostawić człowieka, który wygląda, jakby stracił cały świat.
Nie powiedziałeś, gdzie mieszkasz, więc zabrałem cię tutaj. Odpocznij, dojdź do siebie — potem pomyślimy, co dalej.
Kirill spojrzał na zadbane podwórko, pełne kwiatów, i zapytał:
— Mieszkasz tu sam?
Grigorij roześmiał się:
— Sam? Skąd! Z całą rodziną. Żona, wnuki, dzieci w weekendy.
Dla nas ta dacza to drugi dom.
W tym momencie z domu wyszła kobieta i powoli podeszła do nich.
— Grisza, czemu trzymasz gościa na dworze? Wpuść go do środka — skarciła go łagodnie.
Była wysoka, jak mąż, z jasnymi, starannie upiętymi włosami, dużymi szarozielonymi oczami i nadal smukłą sylwetką.
Jej łagodny głos dawał poczucie bezpieczeństwa, jakby odganiał niepokój i wypełniał wszystko spokojem.
— A oto moja ukochana żona! — przedstawił Grigorij Danilowicz. — Jekatierina Fiodorowna, moja miłość!
Kobieta uśmiechnęła się serdecznie. Kirill zauważył, że jej uśmiech był spokojny i ciepły, jak cała ona.
— Nazywam się Kirill — przedstawił się młodzieniec.
— Wchodźcie, obiad gotowy — zaprosiła Jekatierina Fiodorowna.
Gdy Kirill mył ręce, Grigorij opowiedział żonie w skrócie, jak znalazł chłopaka i dlaczego go przywiózł.
Skinęła głową z aprobatą:
— Dobrze zrobiłeś, Grisza. Czasem ludzie po prostu potrzebują obecności innych.
Podczas obiadu nikt nie zadawał Kirillowi pytań o jego ból.
Grigorij i Jekatierina Fiodorowna, widząc jego przygnębienie, starali się go rozproszyć — opowiadali o daczy, śmiali się z wybryków wnuków, włączali chłopaka do rozmowy, by nie czuł się obcy.
Po posiłku Grigorij zabrał Kirilla do altany. Na początku rozmawiali o pogodzie, drzewach, życiu na wsi… Ale z czasem Kirill zaczął sam opowiadać swoją historię.
Grigorij słuchał uważnie, nie przerywając, tylko od czasu do czasu zadawał pytania.
Wiedział, że chłopak musi się wygadać.
Kirill ożenił się młodo — jeszcze na studiach.
Wybranką była Uliana, studentka trzeciego roku.
Wtedy rodzice westchnęli: za młodzi, brak stabilności, pracy. Ale nie sprzeciwiali się.
— Dopóki mieszkacie z nami, pomożemy. Potem sami sobie poradzicie — ustalili teściowie podczas pierwszego spotkania.
Ślub był studencki, skromny. Mieszkali u rodziców Kirilla — w dużym trzypokojowym mieszkaniu.
Jego matka była surowa, i bał się, jak Uljana z nią się dogada.
Ale kobiety szybko się zaprzyjaźniły.
Może dlatego, że mama zawsze marzyła o córce, ale nie mogła mieć więcej dzieci.
W Uljanie znalazła córkę zastępczą, co bardzo cieszyło Kirilla.
Rok później młodzi małżonkowie usłyszeli radosną nowinę: spodziewali się dziecka.
Kirill już pracował w kancelarii prawnej — zarobki były jeszcze skromne, ale stabilne.
Marzył o zostaniu znanym adwokatem i to go motywowało.
Ojcostwo go nie przerażało, wręcz przeciwnie — inspirowało.
Uljana postanowiła skończyć studia, a po urodzeniu dziecka zrobić przerwę i całkowicie poświęcić się synowi.
Na początku czerwca urodził się ich syn — Wasilij. Dla dziadków — „Wasieńka” lub „Wasia”, dla rodziców — „Wasilko”.
Chłopiec rósł zdrowy, aktywny, coraz bardziej ciekawski i radosny.
Gdy skończył rok, pojechali na daczę rodziców Uliany.
Wasilko był zachwycony przestrzenią: chował się w krzakach porzeczki, biegał między wysokimi pomidorami, spał w hamaku między jabłoniami.
Pewnego dnia na działce pojawił się kotek — biały, z czarną plamką na głowie przypominającą beret.
Szare oczy, ostre pazurki, maleńkie ząbki — wszystko w nim było kruche i bezbronne.
Wyglądało, jakby ktoś go tam porzucił.
Dorośli wciąż się zastanawiali, co zrobić z maluchem, gdy Wasilko podszedł do kotka, pogłaskał go delikatnie i powiedział:
— Tiopa!
Ten moment wzruszył wszystkich. Zdecydowano, że kotek zostanie.
– Niech mieszka u was – zaproponowała mama Uliany. – Wasiu będzie się z nim bawił, gdy przyjeżdża.
Ale lato minęło, a kotek tak bardzo przypadł chłopcu do serca, że powrót do miasta bez niego stał się niemożliwy.
Dlatego zabrali Tepię ze sobą.
Tepa stał się prawdziwym członkiem rodziny. Był przyjacielem nie tylko dla Wasila, ale i dla wszystkich domowników.
Razem biegali po pokojach, chodzili do kuchni po smakołyki, wspinali się na kolana dziadka i taty.
Kotek spał w dziecięcym łóżeczku obok chłopca, co wieczór wślizgując się pod kołdrę w objęciach swojego małego właściciela.
Nawet urodziny obchodzili razem – tego samego dnia.
Nieszczęście przyszło nagle. Uliana wracała z synem z kolejnej wizyty w przychodni dziecięcej.
Po drodze poprosiła taksówkarza, by zatrzymał się przy sklepie naprzeciwko ich domu.
Po zakupach kobieta z dzieckiem ruszyła przez ulicę.
Na sygnalizatorze zapaliło się zielone światło – weszli pewnie na przejście dla pieszych.
W tym samym momencie zza zakrętu wypadł samochód – bez zwalniania wjechał w nich i natychmiast zniknął, skręcając w bok.
Od siły uderzenia Uliana i Wasilek odlecieli od siebie. Oboje zginęli na miejscu.
Kirył prawie nic nie pamiętał z tego, co działo się później: policja, pogotowie, pogrzeb, śledztwo sądowe…
Kierowcę odnaleziono po kilku dniach – pomogły zeznania świadków i nagrania z kamer.
Śledczy musieli dosłownie klatka po klatce odtwarzać obraz wypadku, aby udowodnić, że to właśnie ten samochód – volkswagen – był przyczyną tragedii.
Ekspertyza potwierdziła, że to przez ten pojazd stracił bliskich.
Ale dla Kiryła nie miało znaczenia, jaki wyrok otrzyma kierowca. Stracił zainteresowanie wszystkim.
Przestał kontaktować się z przyjaciółmi, prawie nie rozmawiał z rodzicami, żył w ciągłej apatii.
Jego ratunkiem stał się Tepa – biały kotek z czarną plamką na głowie.
Młody mężczyzna godzinami siedział z nim w objęciach. Trzyletni kot, jakby rozumiejąc jego ból, nie odstępował go na krok.
Siedział pod drzwiami, czekał na jego powrót, a potem podążał za nim po pokojach.
Gdy Kirył siadał na kanapie, Tepa ostrożnie wskakiwał mu na kolana, układał się wygodnie i zaczynał mruczeć.
To mruczenie stało się dla Kiryła pocieszeniem. Powoli, ale wychodził z odrętwienia.
Wróciło zainteresowanie życiem, pracą, ludźmi. Rodzice zauważyli zmianę i wiedzieli – to zasługa kota.
Nazywali go pieszczotliwie puszystym aniołem i rozpieszczali różnymi przysmakami.
Dla Kiryła Tepa stał się oparciem.
Chodził z nim po podwórku i parku, wcześniej zakładając mu szelki, opowiadał mu o swoich sprawach, szukał rozwiązań trudnych pytań przy kojącym mruczeniu pupila.
Tak minęło pięć lat.
– A dziś Tepy nie ma – powiedział cicho Kirył.
– Może umarł? – ostrożnie zapytała Jekatierina Fiodorowna.
– Nie wiem – westchnął mężczyzna. – Wróciłem późno z pracy.
Dziś rocznica ich odejścia, byłem na cmentarzu, posprzątałem groby, rozmawiałem z nimi. A kiedy wróciłem do domu, nikt mnie nie przywitał. Zawołałem – nie było Tepy. Mama płakała.
Okazuje się, że kot cały dzień siedział przy drzwiach, czekając. Ale gdy się spóźniłem, zaczął się niepokoić: biegał po mieszkaniu, miauczał, uderzał ogonem o podłogę.
Potem przyszła sąsiadka, drzwi były lekko uchylone – Tepa to wykorzystał i uciekł.
Rodzice długo go szukali, ale bez skutku. Rano Kirył kontynuował poszukiwania: sprawdził podwórko, piwnice, sąsiednie ulice. Nie udało się znaleźć ani żywego, ani martwego kota.
Tego dnia czuł się, jakby znów stracił rodzinę.
Nie pamiętał, co działo się potem. Ocknął się dopiero, gdy Grigorij Danilowicz potrząsał nim, próbując przywrócić go do rzeczywistości.
– Historia niełatwa – powiedział Grigorij, kręcąc głową w zamyśleniu.
– Daleko stąd ten cmentarz, gdzie leżą twoi? – zapytała Jekatierina Fiodorowna, która już od dawna stała za nimi, oparta o poręcz altany.
Starała się nie przeszkadzać, więc milczała i słuchała.
Mężczyźni odwrócili się.
– Cmentarz? – powtórzył Grigorij. – A co ma do rzeczy?
– Pomyślałam tylko… Może Tepa wyczuł cię i poszedł cię szukać.
Są znane przypadki, kiedy zwierzęta odnajdują drogę do właścicieli nawet z setek kilometrów.
Może poszedł tam, gdzie ty byłeś.
Grigorij i Jekatierina spojrzeli na Kiryła, czekając na odpowiedź.
– Około godziny jazdy, jeśli nie ma korków – odpowiedział zdezorientowany.
Jekatierina zwróciła się do męża:
– Grisza, może pojedziecie tam? Chociażby sprawdzić.
– Dobrze – zgodził się. – Jedźmy, pokażesz, gdzie to.
– A przy okazji zajrzymy do biura – dodała Jekatierina. – Może on tam jest?
Mężczyźni wsiedli do samochodu. Najpierw zajechali do kancelarii prawnej. Kirył sprawdził kamery przy wejściu – Tepy nigdzie nie było.
– Zostaje cmentarz – powiedział Grigorij, odpalając silnik.
– Wątpię, żeby tam był – zaprzeczył Kirył. – Nigdy nie zabierałem go ze sobą w tę drogę.
– Sprawdzimy – krótko odpowiedział Grigorij Danilowicz.
Podjechali pod bramę cmentarza i skierowali się tam, gdzie znajdowały się groby Uliany i Wasila.
Kirył czuł, jak narasta w nim niepokój. Im bliżej byli, tym mocniej biło mu serce.
Wkrótce zobaczyli dwa nagrobki – wyższy, matczyny, i mniejszy, dziecięcy.
Zrobili jeszcze kilka kroków i obaj krzyknęli jednocześnie:
– Niemożliwe!
Kirył rzucił się do przodu. Prosto na płycie przy nagrobku dziecięcym, zwinięty w kłębek, leżał Tepa.
– Koteczku! – zawołał, ale zwierzę tylko lekko poruszyło uszami.
Kirył ostrożnie wziął kota na ręce. Był brudny, z rozdartym uchem, zadrapaniem na nosie, a do ogona przyczepiły się kolce.
Mężczyzna przytulał go do siebie, całował po zniszczonym pyszczku, nie mogąc powstrzymać emocji.
– Tepku, mój kochany! Co ty narobiłeś? Szukaliśmy cię wszędzie, a ty tutaj… Jak w ogóle tu trafiłeś?
Grigorij Danilowicz stał obok, dyskretnie ocierając łzę. Powiedział łagodnie:
– Wracajmy do domu. Niech to będzie dla nas wszystkim odpowiedzią. Wiele w życiu widziałem, ale czegoś takiego – nigdy.
W drodze powrotnej Kirył nie wypuszczał kota z rąk. Przytulał go, głaskał, ogrzewał.
A Tepa, ułożony na jego kolanach, co jakiś czas leniwie otwierał oczy, patrzył na swojego pana i myślał:
– No i znalazłem cię, mój ukochany człowieku.
Bez mnie zupełnie byś się zgubił… Takiego właściciela nie można zostawić samego.







