Sprzątaczka otrzymała niemoralną propozycję od szefa, ale bardziej potrzebowała pieniędzy

— Mamo, moje buty sportowe… no… wiesz, o co chodzi.

— Rozerwały się? Przecież dopiero co je kupowaliśmy! — Marina spojrzała na syna z niepokojem.

— Ale innych nie mam. Noszę je codziennie.

— Znów grałeś w piłkę, co?

Misza zmarszczył brwi i warknął ze złością. Jego młodsza siostrzyczka Swieta, cztery lata młodsza, objęła go za ramię.

— Mamo, czemu się go czepiasz? Wszyscy chłopcy grają w piłkę, a nasz ma się bawić lalkami?

Marina westchnęła głęboko:

— Rozumiem was, kochani, ale wy też musicie mnie zrozumieć. Zamknęli fabrykę. Ojciec nie płaci alimentów. Skąd mam brać na to wszystko pieniądze?

Misza warknął z gniewem:

— I co my mamy z tym wspólnego? Urodziliście nas tylko po to, żebyśmy czuli się gorsi od innych?

Wstał gwałtownie i poszedł do swojego pokoju, a Marina została sama.

Jej oczy zaszkliły się od łez, ale nie było czasu na płacz — za dwie godziny musiała iść do pracy.

Praca… Przez dziesięć lat pracowała w fabryce, doszła do stanowiska brygadzistki, a potem wszystko nagle się skończyło — zakład został zamknięty.

Na początku wszyscy myśleli, że to tymczasowe, ale szybko się okazało, że nic już nie wróci.

Fabrykę przejął prywatny właściciel, a czym się tam teraz zajmowano — nikt z miejscowych nie wiedział.

Wiadomo tylko, że pracowali tam przyjezdni.

W nocy autobusy przywoziły ludzi innej narodowości.

Były mąż Mariny, który również pracował w fabryce, przez jakiś czas dorabiał jako taksówkarz, ale długo nie wytrzymał.

Pewnego dnia spakował rzeczy i powiedział:

— Życie teraz? To jak kopanie sobie grobu.

Najpierw Marina myślała, że żartuje, nawet się zaśmiała:

— Dobra, to ja idę z tobą.

Ale potem dotarło do niej, że mówi poważnie.

— Jak to, Rom? A ja? A dzieci? Twoje dzieci?

— Co ja mogę? Możesz uważać mnie za drania, ale odchodzę. Nie daję już rady. Czuję, że zwariuję.

— A ja mam dać radę?

— Marina, już zdecydowałem. Ty… jakoś sobie poradzisz.

Po tych słowach nie powiedział już nic więcej, wybiegł z mieszkania i zniknął.

Wtedy Marina naprawdę się przestraszyła. Misza chodził do szkoły, Swieta była jeszcze mała.

I nawet nie myśląc o nowych ubraniach, tylko o jedzeniu i rachunkach — potrzebna była porządna pensja.

Ale w mieście prawie nie było pracy. Do pracy jako dozorca stały kolejki, a co drugi miał wyższe wykształcenie.

Przez dwa dni Marina biegała po mieście. Najpierw próbowała dostać się tam, gdzie lepiej płacono, potem — gdzie gorzej, a w końcu — gdziekolwiek, gdzie płacili choć trochę.

Okazało się, że ofert było dużo, ale pensja „może w przyszłości” albo „zależna od wyników”.

Cudem udało jej się dostać pracę sprzątaczki w jednym z nowych biur.

Takie firmy pojawiały się wszędzie, choć nikt nie wiedział, czym się tam zajmują.

Pensja oczywiście nie była wysoka, ale starczała na życie — choć bez luksusów.

Bez kiełbasy, bez masła, bez niczego smacznego. A jeśli trzeba było kupić buty czy ubrania — zaczynały się problemy.

Trzeba było pożyczać. A pożyczać — to potem oddawać. Oddawała — i znów pożyczała.

Marina dawno już sprzedała łańcuszek i obrączkę. W domu nie zostało już nic wartościowego.

Nie wiedziała, co robić dalej. Trzeba było kupić nowe buty sportowe.

Zostało jedno pytanie: za co? Do wypłaty został jeszcze tydzień.

Może spróbować poprosić o zaliczkę?

Wiedziała, że niektórzy pracownicy tak robili. Ale nie byli sprzątaczkami, mieli wyższe stanowiska.

Sama Marina starała się unikać szefa — był bardzo nieprzyjemny.

Czasami krzyczał na młodych pracowników tak, że płakali.

Niech sobie krzyczy. Wytrzyma. Ważne, żeby dostać zaliczkę.

— Misza, Swieta, wychodzę — rzuciła Marina, wychodząc z mieszkania.

Z pokoju dobiegło niewyraźne „okej” albo coś w tym stylu. Nikt nie wyszedł, żeby ją pożegnać.

Marina znowu westchnęła. Oczywiście, w dużej mierze to jej wina — rozpieściła dzieci.

Chociaż ich też można zrozumieć. Inne dzieci mają się w co ubrać, a jej nawet wstyd wyjść na ulicę.

Na ulicy w głowie znów pojawił się obraz byłego męża. Po jego odejściu Marina sama złożyła pozew o rozwód.

I o alimenty też. Ale nic z tego nie wyszło.

Albo nie pracował, albo ukrywał dochody — minął rok, a ona nie dostała ani grosza.

Nie wyszła za mąż z wielkiej miłości, raczej dlatego, że wydawało się, że już czas.

Roman pracował w fabryce, nie pił, był spokojny i godny zaufania.

Chodzili ze sobą krótko. Pewnego dnia powiedział:

— Marina, po co mamy to przeciągać? Widzisz przecież, że do siebie pasujemy.

I ona też tak uważała.

Roman, podobnie jak Marina, nie lubił hałaśliwego towarzystwa, wolał spokój domowego ogniska.

I to, co w końcu zrobił… nigdy by nie uwierzyła.

Nawet gdyby ktoś wcześniej powiedział jej, że jest do tego zdolny, nie słuchałaby — uznałaby to za głupotę.

Marina prawie nie zauważyła, jak dotarła do biura. Tak była pogrążona w myślach, że droga minęła niepostrzeżenie.

Po wejściu od razu poczuła napiętą atmosferę.

Pracownice szeptały między sobą, nikt nie pracował.

Marina skinęła głową na powitanie:

— Czemu takie smutne miny?

— Marina, nic nie wiesz! Pamiętasz, że nasza firma miała sfinalizować ważną umowę?

— Oczywiście! Wszyscy byli spięci.

— Wygląda na to, że szef wszystko zawalił.

— Wygląda, czy masz pewność? — zapytała Alla, siedząca obok.

— Raczej mam pewność.

— Dziewczyny, jeszcze nic nie wiecie, a już się zamartwiacie.

— A jak tu się nie martwić? Jeśli to prawda, to nasz Paweł Wasiljewicz po prostu wyleci z roboty.

A razem z nim my. Nie weźmie winy na siebie. Nie ma takiego charakteru.

Marina westchnęła:
— A ja właśnie chciałam z nim porozmawiać…

— Po co?

— Chciałam poprosić o zaliczkę. Miśce rozwaliły się buty.

— No cóż, kiepski moment, ale nie masz wyjścia. Idź, może przy okazji dowiesz się, co się dzieje.

Zbierając odwagę, Marina poszła do gabinetu szefa i zapukała ostrożnie do drzwi.

— Andrieju Aleksandrowiczu, mogę wejść?

Początkowo chciał odmówić, ale zmienił zdanie i gestem zaprosił ją do środka.

Jeśli się nie mylił, to była sprzątaczka w firmie.

Jej życie chyba nie było łatwe — mąż ją zostawił, zakład, w którym pracowała, zamknięto, a dzieci miała dwoje.

Kierowniczka działu kadr kiedyś mu o niej wspomniała.

Już wcześniej o niej myślał, ale nie miał jeszcze konkretnego planu.

— Dzień dobry, Andrieju Aleksandrowiczu. Chciałam z panem porozmawiać.

Szef się uśmiechnął:
— Proszę, niech pani usiądzie.

— Dziękuję, wolę postać — odparła Marina. — Potrzebuję zaliczki z pensji.

Mój syn nie ma w czym chodzić do szkoły. Buty są całkiem zniszczone. Do wypłaty jeszcze siedem dni.

Andriej przyjrzał się jej uważnie, odchylił się na krześle i szeroko się uśmiechnął:

— Ale proszę usiąść. Mam też dla pani propozycję.

Zamilkł, dobierając słowa. Musiał działać ostrożnie — widział, że Marina jest w trudnej sytuacji i trzeba było ją przekonać.

Był pewien, że się zgodzi, bo potrzebowała pieniędzy.

Gdyby udało mu się zrzucić winę za nieudany kontrakt na kogoś innego — najlepiej na główną księgową — zarząd by mu wybaczył.

Zresztą miał do niej żal.

Kiedyś publicznie wyśmiała jego pomysł i powiedziała, że to szaleństwo. Bardzo go to dotknęło.

Teraz mógł się odegrać — i przy okazji się uratować.

— Co miałabym zrobić? — zapytała niepewnie Marina.

— Nie bój się. To nic strasznego. Ale nietypowe.

Marinie spociły się dłonie. Andriej to zauważył i szybko napisał coś na kartce.

Marina omal nie zemdlała — kwota była ogromna.

Mogła kupić buty, spłacić długi i jeszcze coś zostanie.

— Co dokładnie? — zapytała, z trudem przełykając ślinę.

— Musisz podmienić dokumenty w teczce, którą zawsze nosi ze sobą księgowa.

Obecne dokumenty przyniesiesz mi, a na ich miejsce włożysz te, które ci dam.

— I ona przez to straci pracę?

— Tak, ale bez przesady. Najwyżej ją zwolnią.

Z takim doświadczeniem znajdzie nową pracę bez problemu. Nie musisz mieć wyrzutów sumienia.

Poza tym płacę dobrze — na otarcie łez. Pomyśl do końca dnia.

— Dobrze.

— I nikomu ani słowa. Dyrektor generalny przyjeżdża za dwa dni. Musimy działać szybko.

Marina wyszła z gabinetu jak we śnie. Otoczyły ją koleżanki:

— I co? Dał ci zaliczkę?

Pokiwała głową, a potem zaprzeczyła i tylko machnęła ręką, idąc do swojej szafki.

Myśli galopowały. Pierwsza reakcja — odmówić. Sumienie nie pozwala.

Ale jeśli nie ona, to zrobi to ktoś inny. Wziąć pieniądze i udawać zgodę też ryzykowne.

Miała dwoje dzieci. Nie mogła ryzykować.

W tym momencie zapukano do drzwi.

— Proszę.

To była Olga Gawriłowna — główna księgowa.

— Cześć, Marino. Andriej Aleksandrowicz wyszedł, a ja chciałam z tobą porozmawiać.

Marina zerwała się z miejsca:
— Dobrze, że pani przyszła!

I rozpłakała się. Kobieta usiadła na kartonie.

— Wiedziałam. Chce zrobić ze mnie kozła ofiarnego.

Rozmowa trwała krótko, ale zanim wyszła, Olga Gawriłowna wręczyła Marinie kopertę:

— Tu jest trochę pieniędzy. Powinno wystarczyć na buty. Weź, proszę. Pomyśl do końca dnia.

W domu dzieci wybiegły jej na powitanie. Miśka pierwszy rzucił się w jej ramiona:

— Mamo, przepraszam, bo…

— Już dobrze, synku. Rozumiem. Proszę, twoje nowe buty i małe ciastko.

Dzisiaj będziemy mieć gości. Pomożesz mi posprzątać?

— Jasne, mamo.

Marina starała się nie myśleć o tym, że zgodziła się na propozycję Andrieja Aleksandrowicza.

Choć właściwie już tego żałowała. Pieniądze leżały w torebce, ale nie miała odwagi ich dotknąć.

Paliły ją od środka.

Wieczorem w odwiedziny przyszła Olga Gawriłowna i jeszcze ktoś.

Marina nigdy nie widziała dyrektora generalnego firmy. Kiedy wszedł, aż zaniemówiła:

— Wańka?.. To znaczy… Iwanie Nikołajewiczu, przepraszam.

Mężczyzna, który przyszedł z księgową, mrugnął zaskoczony:

— Marina? To naprawdę ty?! Nie wierzę!

Kiedyś chodzili razem do klasy.

Potem Marina poszła do technikum — po śmierci rodziców musiała sobie radzić sama.

Wańka został, by dokończyć szkołę. Rok później jego rodzina się przeprowadziła.

Zawsze byli sobie bliscy, ale Marina sama się oddaliła — ich drogi się rozeszły.

Siedzieli u niej do późna. Dzieci już spały, gdy Olga Gawriłowna się podniosła:

— No dobrze, ja już pójdę. Wy jeszcze macie o czym rozmawiać.

Iwan odprowadził ją do samochodu.

— Dziękuję za wszystko, Olgo Gawriłowno. Odpocznij dobrze.

Myślę, że za tydzień wszystko uporządkuję.

— Dziękuję za zaufanie, Iwanie Nikołajewiczu.

Gdy goście wyszli, zostali sami w kuchni, w milczeniu i wspomnieniach.

W końcu Iwan się odezwał:

— No to mów, Marina — jak to się stało, że dziewczyna, od której ściągałem, została sprzątaczką?

Westchnęła i zaczęła opowiadać:

— Skończyłam technikum, zaczęłam pracę w fabryce i szybko wyszłam za mąż.

— No tak, nie miałaś wielu opcji. Wybrałaś łatwiejszą drogę.

— To do ciebie niepodobne, takie słowa.

— Bałam się walczyć. Chciałam tylko odrobiny spokoju.

Pamiętasz, jak wyglądał mój dom z rodzicami? Każdy dzień jak tykająca bomba — awantury, alkohol…

Iwan bębnił palcami po stole, zamyślony.

— Pamiętam. Marina, wrócisz do nauki.

— Żartujesz? Kto w moim wieku się uczy?

— Wszyscy. Ja też. Bez dyskusji. Pomogę ci finansowo i we wszystkim, czego będziesz potrzebować.

Mam teraz dużo wolnego — właśnie się rozwiodłem.

A potem wrócisz do firmy. Ale nie jako sprzątaczka.

— Wańka, nie dam rady.

— Pamiętasz, jak mówiłaś, że muszę zrozumieć fizykę, choć nie miałem pojęcia?

Biłaś książką o stół i nie pozwalałaś mi mówić „nie umiem”?

— Pamiętam. Naprawdę tak robiłam.

— Teraz będzie tak samo. Daj mi dane swojego… byłego męża. Dzieciom się coś od niego należy.

Trzy lata później Marina Walentinowna została dyrektorką.

Mogła to zrobić wcześniej — Wańka już wcześniej jej to proponował — ale chciała najpierw skończyć naukę, choćby w trybie przyspieszonym.

Mało kto rozpoznałby w niej dawną Marinę. Postawa, styl, sposób mówienia — wszystko się zmieniło.

Ale najważniejsze, że sama czuła się kimś innym: pewną siebie, spełnioną i kochaną.

Kochaną nie tylko za rozum i stanowisko, ale całym sercem.

Jej mężem był teraz Wańka.

Ten sam, który nigdy nie wierzył, że może się złamać.