Wiera znalazła tę rozmowę przypadkiem.
Szukała numeru hydraulika w telefonie męża.

Zamiast tego znalazła sto czterdzieści trzy wiadomości pełne serduszek oraz nagrania głosowe wysyłane nocami.
Tydzień później siedziała w kancelarii notarialnej, kiedy zadzwonił telefon z nieznanego numeru.
Wiera znalazła tę rozmowę w czwartek, o wpół do jedenastej wieczorem.
Szukała numeru hydraulika, ponieważ kran w kuchni kapał już trzeci dzień, a Gleb za każdym razem obiecywał, że go naprawi, po czym zapominał.
Otworzyła jego telefon.
Kod nie zmieniał się od czterech lat: data urodzenia córki, sześć cyfr.
Kontakty, wyszukiwanie, „hydraulik”.
Nic.
Przeszła do komunikatora, żeby znaleźć starą rozmowę z fachowcem, i zobaczyła imię „Lika”.
Na zdjęciu profilowym był słonecznik.
Sto czterdzieści trzy wiadomości.
Nie liczyła ich specjalnie.
To aplikacja pokazała liczbę.
Gleb spał w pokoju.
Przez ścianę było słychać jego oddech: równy, głęboki, z lekkim świstem przy wydechu.
Zawsze tak oddychał, kiedy zasypiał na plecach.
Wiera znała ten dźwięk od czternastu lat.
Jej palce powoli przesuwały się po ekranie.
Nie odsłuchiwała wiadomości głosowych.
Czytała tylko tekst.
Tekst wystarczał.
„Tęsknię za tobą”.
„Kiedy?”
„W sobotę mogę”.
„Jesteś moim światłem”.
Emotikon, serduszko, kolejny emotikon.
A potem zdjęcie: Gleb w restauracji, w niebieskiej koszuli, którą Wiera podarowała mu na czterdzieste urodziny.
Uśmiechał się.
Nie tak jak w domu.
Szerzej.
Wyglądał młodziej.
Wiera zamknęła telefon i odłożyła go dokładnie tam, gdzie go znalazła — na podłokietnik kanapy.
Wstała.
Podeszła do zlewu.
Kran kapał.
Liczyła krople, aż straciła rachubę.
Rano ugotowała owsiankę.
Jak zawsze w piątek.
Córka Polina siedziała przy stole, bawiła się łyżką i patrzyła w tablet.
— Mamo, dzisiaj mamy sześć lekcji.
— Wiem.
— Odbierzesz mnie?
— Tak.
Gleb wszedł do kuchni w bokserkach i koszulce.
Przeciągnął się, ziewnął i nalał sobie kawy z tygielka.
Usiadł naprzeciwko Wiery.
Patrzyła na jego dłonie.
Duże, z ciemnymi włosami na nadgarstkach i obrączką na palcu serdecznym.
Obrączka zmatowiała.
Kiedyś błyszczała.
— Co ci jest? — zapytał.
— W jakim sensie?
— Nie wiem.
Jesteś cicha.
— Zawsze jestem cicha.
Wzruszył ramionami.
Dopił kawę.
Pocałował Polinę w czubek głowy.
Poszedł się ubrać.
Dziesięć minut później trzasnęły drzwi wejściowe.
Wiera stała przy kuchence z tygielkiem w ręku.
Fusy na dnie przypominały mapę.
Albo plamę atramentu.
Wylała resztkę do zlewu, a ciemny płyn powoli spłynął do odpływu.
Kran nadal kapał.
Zakręciła go mocniej.
Nie pomogło.
W pracy otworzyła przeglądarkę i wpisała: „podział majątku przy rozwodzie”.
Potem usunęła i napisała: „jak złożyć pozew rozwodowy jednostronnie”.
To również skasowała.
Siedziała przed ekranem.
Kursor migał.
Koleżanka Żanna podeszła z kubkiem.
— Wiera, idziesz na lunch?
— Nie.
Mam coś do zrobienia.
— Dobrze, to przyniosę ci bułeczkę.
Może być z kapustą?
— Może.
Żanna odeszła.
Wiera wpisała ponownie: „notariusz w pobliżu metra Akademiczeskaja”.
Cztery wyniki.
Wybrała pierwszy, zadzwoniła i umówiła się na środę.
Potem zamknęła kartę i otworzyła arkusz kalkulacyjny.
Cyfry pływały jej przed oczami.
Mrugnęła.
Przysunęła krzesło bliżej biurka.
Cyfry wróciły na swoje miejsce.
Do środy zostało pięć dni.
Weekend minął jak zwykle.
Sobota: supermarket, sprzątanie, bajki z Poliną.
Gleb pojechał „do Sieriogi na działkę, pomóc mu przy płocie”.
Wrócił około dziewiątej, pachnąc świeżym powietrzem i damskimi perfumami, które nie należały do Wiery.
Nie.
Nie do końca perfumami.
Czymś kwiatowym, lekko słodkim.
Wiera poczuła ten zapach, kiedy zdjął kurtkę w przedpokoju i powiesił ją na haczyku.
Nic nie powiedziała.
Nalała mu zupy i postawiła chleb na stole.
Jadł i opowiadał o płocie, o żonie Sieriogi, która robi niesamowite bułeczki, i o drodze powrotnej.
Wiera kiwała głową.
— Kran znowu cieknie — powiedział, wskazując ruchem głowy kuchnię.
— Wiem.
— Jutro na niego spojrzę.
— Dobrze.
Nie spojrzał.
Niedziela minęła między kanapą, piłką nożną i telefonem.
Gleb leżał odwrócony twarzą do ściany i szybko coś pisał.
Wiera widziała go kątem oka, kiedy przechodziła przez pokój z koszem na pranie.
Jego palce biegały po ekranie.
Uśmiechał się.
Tym uśmiechem.
Szerokim.
Młodym.
Wiera zaniosła pranie do łazienki, załadowała pralkę i stała tam, słuchając, jak bęben nabiera prędkości.
Hałas narastał.
Pralka drżała, jakby w środku było coś żywego, co próbowało się wydostać.
Polina przybiegła boso.
— Mamo, dlaczego pralka tak głośno chodzi?
— Pranie źle się ułożyło.
— Aha.
Mamo, mogę zjeść lody?
— Po kolacji.
— No mamo!
— Po kolacji, Polu.
Dziewczynka pobiegła.
Pralka się uspokoiła.
Wiera położyła dłoń na ciepłym boku urządzenia i stała tak, dopóki nie zadzwonił minutnik przy kuchence.
Poniedziałek i wtorek minęły w dziwnym stanie.
To nie była złość.
To nie był ból.
Coś pomiędzy.
Jakby ktoś napiął w niej strunę i zapomniał ją puścić.
Robiła wszystko jak zwykle: praca, Polina, kolacja, kran.
Ale ręce poruszały się trochę wolniej.
A głos wydawał się nieco cichszy.
We wtorek wieczorem Gleb powiedział:
— W czwartek wrócę późno.
Spotkanie do ósmej.
Wiera na niego spojrzała.
Nie odwrócił wzroku.
Szare, spokojne oczy.
Lekko opuchnięte powieki i mała zmarszczka między brwiami, której wcześniej nie było.
Albo była, tylko Wiera nigdy jej nie zauważyła.
— Dobrze — powiedziała.
Potem dodała, sama nie wiedząc dlaczego:
— Chcesz, żebym przygotowała ci coś do zabrania?
Coś zostało z obiadu.
— Tak, dzięki.
Uśmiechnął się.
Zwyczajnym, domowym uśmiechem, tylko ustami, bez tamtej szerokości.
Wiera odwróciła się do lodówki i wyjęła pojemnik.
Środa.
Jedenasta trzydzieści.
Kancelaria notarialna znajdowała się na parterze budynku mieszkalnego, między apteką a zakładem krawieckim.
Szklane drzwi, tabliczka ze złotymi literami.
W środku pachniało papierem i czymś drewnianym.
Może meblami.
Może podłogą.
Notariuszka była kobietą po sześćdziesiątce.
Niska, krępa, w okularach z cienkimi oprawkami.
Na biurku leżały stosy dokumentów, dwa ołówki i mały kaktus w glinianej doniczce.
— Kowalowa Wiera Andriejewna?
— Tak.
— Proszę usiąść.
Dzwoniła pani w sprawie umowy dotyczącej podziału majątku?
— Tak.
Potrzebuję też konsultacji.
Chcę zrozumieć, jakie mam możliwości.
Notariuszka, Raisa Michajłowna — Wiera odczytała nazwisko i imię z tabliczki — skinęła głową i otworzyła grubą teczkę.
— Proszę powiedzieć, jaki majątek państwo posiadają.
Wiera zaczęła.
Mieszkanie.
Kupione podczas małżeństwa, zapisane na męża, ale opłacone ze wspólnych pieniędzy.
Kredyt hipoteczny spłacili dwa lata wcześniej.
Samochód.
Dacza pochodziła od jego rodziców, ale była przepisana na niego jeszcze przed ślubem.
Było również konto oszczędnościowe, na które Wiera sama odkładała część swojej pensji: osiemset tysięcy rubli.
Raisa Michajłowna słuchała, notowała i od czasu do czasu zadawała pytania uściślające.
Wiera odpowiadała spokojnie.
Głos jej nie drżał.
Przećwiczyła tę rozmowę przez dwa dni, powtarzając w myślach każdą kwotę.
— Dzieci?
— Jedna córka.
Dziewięć lat.
— Z kim według pani zostanie?
— Ze mną.
— Czy mąż wie o pani zamiarach?
— Nie.
Raisa Michajłowna zdjęła okulary, przetarła je skrawkiem bluzki i założyła ponownie.
— Wiero Andriejewno, muszę pani coś powiedzieć.
Umowa o podziale majątku musi zostać podpisana przez obie strony.
Bez zgody pani męża niewiele możemy tutaj formalnie załatwić.
Mogę jednak przygotować projekt, żeby znała pani swoją sytuację prawną.
I mogę wyjaśnić procedurę.
— Właśnie tego potrzebuję.
Procedury.
Chcę stanąć przed nim nie z emocjami, ale z dokumentami.
Notariuszka spojrzała na nią uważnie.
Okulary błysnęły.
— To właściwe podejście.
Pracowały około czterdziestu minut.
Raisa Michajłowna wyjaśniła, że mieszkanie kupione w trakcie małżeństwa zostanie podzielone po połowie, niezależnie od tego, na kogo jest zapisane.
To samo dotyczy samochodu.
Dacza, jeśli faktycznie została przepisana na niego przed ślubem, nie będzie podlegać podziałowi.
Oszczędności Wiery, jeśli będzie potrafiła udowodnić ich pochodzenie, powinny pozostać przy niej, chociaż mąż mógłby próbować je zakwestionować przed sądem.
— Alimenty na córkę — powiedziała Raisa Michajłowna — będą należne do ukończenia przez nią osiemnastu lat.
Dwadzieścia pięć procent dochodu na jedno dziecko.
Albo określona stała kwota, jeśli dochód jest nieregularny.
Oczywiście najlepiej byłoby dojść do porozumienia.
Wiera kiwała głową.
Zapisywała wszystko w notesie.
Pismo miała małe i staranne, litery idealnie proste, jakby nie pisała, tylko je rysowała.
Raisa Michajłowna właśnie zaczęła wyjaśniać procedurę składania pozwu do sądu, kiedy zadzwonił telefon Wiery.
Nieznany numer.
Chciała odrzucić połączenie.
Ale coś ją powstrzymało.
Może przeczucie.
Może sześć dni napięcia, które szukało ujścia.
— Przepraszam — powiedziała do notariuszki i odebrała. — Halo?
— Dzień dobry — odezwał się młody kobiecy głos, lekko zachrypnięty. — Czy rozmawiam z Wierą?
— Tak.
Kto mówi?
— Mam na imię Anżelika.
Muszę z panią porozmawiać.
Chodzi o Gleba.
Wiera nie drgnęła.
Po prostu na sekundę przestała oddychać.
Potem zaczerpnęła powietrza.
W kancelarii było ciepło i duszno.
— Słucham.
— Nie mogę o tym rozmawiać przez telefon.
Możemy się spotkać?
— Dlaczego?
— Bo ma pani prawo wiedzieć.
Myślę, że on okłamuje nas obie.
Wiera spojrzała na Raisę Michajłownę.
Kobieta udawała, że czyta dokumenty.
— Dobrze — powiedziała Wiera. — Kiedy?
— Może pani dzisiaj?
Jestem w kawiarni „Weranda” przy Leninskim.
Zna ją pani?
— Tak.
Za godzinę.
— Dziękuję.
Wiera odsunęła telefon.
Położyła go na stole ekranem do dołu.
Potem obróciła ekranem do góry.
I znów do dołu.
— Wiero Andriejewno — powiedziała notariuszka. — Wszystko w porządku?
— Tak.
Nie.
Nie wiem.
Możemy dokończyć innego dnia?
— Oczywiście.
Przygotuję projekt i zadzwonię.
— Dziękuję.
Wiera wstała.
Wzięła torebkę.
Przy drzwiach zatrzymała się i odwróciła.
— Raiso Michajłowno.
A jeśli on nie zgodzi się na porozumienie?
— Wtedy pozostaje sąd.
Będzie jednak dłużej i bardziej skomplikowanie.
— Rozumiem.
Wyszła.
Na zewnątrz wiał zimny wiatr, niosąc drobne, kłujące płatki śniegu.
Styczeń wisiał nad miastem swoim szarym niebem.
Wiera zapięła płaszcz pod samą brodę i ruszyła w stronę metra.
Kawiarnia „Weranda” była prawie pusta.
Pora lunchu jeszcze się nie zaczęła.
Pachniało kawą i wanilią.
Grała spokojna muzyka, coś jazzowego, bez słów.
Anżelika siedziała przy oknie.
Wiera rozpoznała ją od razu, choć nigdy wcześniej jej nie widziała.
Młoda.
Dwadzieścia siedem, może dwadzieścia osiem lat.
Ciemne włosy do ramion, spiczasty podbródek, pieprzyk nad górną wargą.
Szczupłe palce zaciśnięte wokół filiżanki.
Brak pierścionka na palcu serdecznym.
Wiera podeszła i usiadła naprzeciwko niej.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
Patrzyły na siebie.
Podeszła kelnerka.
— Poproszę herbatę — powiedziała Wiera. — Zieloną, jeśli jest.
— Oczywiście.
Jaśminową czy senchę?
— Obojętnie.
Kelnerka odeszła.
Anżelika obracała filiżankę na spodku.
Filiżanka była czerwona, z małym wyszczerbieniem na brzegu.
— Nie wiedziałam, że jest żonaty — powiedziała Anżelika.
Głos miała cichy, ale stabilny.
— Przez pierwsze trzy miesiące nie wiedziałam.
Mówił mi, że jest po rozwodzie.
— A potem?
— Potem zobaczyłam wasze zdjęcie.
W jego telefonie.
Pani i dziewczynka, w parku.
Była jesień.
Żółte liście.
Wiera pamiętała to zdjęcie.
Październik, Ogród Nieskuczny.
Polina na huśtawce, ona obok, Gleb robiący zdjęcie.
Polina miała siedem lat.
Dwa lata wcześniej.
— Zapytałam go — ciągnęła Anżelika. — Powiedział, że jest pani jego byłą żoną.
Że od dawna nie jesteście razem.
Że formalnie nie rozwiedliście się tylko ze względu na dziecko.
— I uwierzyłaś mu?
Anżelika podniosła wzrok.
Brązowe oczy z drobnymi żółtymi punkcikami wokół źrenic.
— Uwierzyłam.
Chciałam mu wierzyć.
Kelnerka przyniosła herbatę.
Wiera objęła filiżankę obiema dłońmi.
Ceramika była gorąca, niemal parzyła.
Nie cofnęła rąk.
— Dlaczego do mnie zadzwoniłaś? — zapytała Wiera. — Właśnie do mnie.
Dlaczego?
Anżelika milczała.
Puściła swoją filiżankę.
Na czerwonej ceramice pozostały wilgotne ślady palców.
— Bo trzy dni temu powiedział mi, że panią zostawi.
Że już wynajął mieszkanie.
Że w lutym zaczniemy mieszkać razem.
— I co?
— I uwierzyłam mu.
Znowu.
Potem zadzwoniłam pod numer, który podał jako domowy.
Odebrała dziewczynka.
Powiedziała: „Mamo, telefon do ciebie”.
I wtedy zrozumiałam, że on nigdzie się nie wyprowadził.
Wiera odstawiła filiżankę.
Herbata zakołysała się i chlapnęła na spodek.
— Polina — powiedziała cicho.
— Co?
— Moja córka.
Ma na imię Polina.
Anżelika spuściła głowę.
— Przepraszam.
— Ja też.
Siedziały w milczeniu.
Za oknem przejechał autobus, pryskając na szybę szarą breją spod kół.
Jazz ucichł.
Było słychać buczenie ekspresu do kawy.
— Jak długo to trwa? — zapytała Wiera.
— Osiem miesięcy.
— Od maja.
— Od maja.
Tak.
Wiera zaczęła liczyć.
W maju pojechali na weekend do Suzdala.
Tylko we dwoje, bez Poliny.
To Gleb zaproponował wyjazd.
Zarezerwował hotel i wybrał restaurację.
Wtedy Wiera pomyślała: może jest lepiej.
Może tylko wydawało jej się, że on się oddala.
— W maju byliśmy w Suzdalu — powiedziała.
Powiedziała to zwyczajnie, bez próby wywołania efektu.
Anżelika drgnęła.
Pierwszy raz podczas całej rozmowy.
— Powiedział mi, że pojechał odwiedzić matkę w Tule.
— Jego matka mieszka w Moskwie.
Na Tagance.
Zawsze tam mieszkała.
Anżelika zamknęła oczy.
Kiedy je otworzyła, były czerwone.
— Jestem idiotką — powiedziała.
— Nie.
Nie jesteś idiotką.
On po prostu bardzo dobrze kłamie.
To było dziwne.
Wiera spodziewała się złości.
Na tę kobietę, na jej młodość, pieprzyk nad wargą, szczupłe palce.
Ale złości nie było.
Było coś innego.
Jakby obie stały po przeciwnych stronach tego samego lustra i patrzyły na tę samą osobę.
A on odbijał się w obu dokładnie tak samo.
— Co zamierzasz zrobić? — zapytała Anżelika.
— Rozwieść się.
— Jesteś już pewna?
— Kiedy zadzwoniłaś, byłam u notariusza.
Anżelika odsunęła filiżankę.
Położyła dłonie płasko na stole.
— Wczoraj przyniósł mi kwiaty.
Róże.
Różowe.
Wiera omal nie wybuchnęła śmiechem.
Róże.
Gleb dawał róże wszystkim.
Jej na każde urodziny.
Na każdy ósmy marca.
Zawsze te same róże, kupowane w tym samym kiosku przy metrze.
— Różowe? — zapytała Wiera.
— Różowe.
Siedem.
— Mnie zwykle kupował pięć.
Pewnie inflacja.
Anżelika nagle parsknęła śmiechem.
Zakryła usta dłonią.
Potem ją opuściła.
— Przepraszam.
Nie ma się z czego śmiać.
— Nie ma — zgodziła się Wiera. — Ale nie przeszłabym przez to wszystko, gdybym się nie śmiała.
Siedziały w kawiarni półtorej godziny.
Wiera wypiła dwie herbaty.
Anżelika kawę i szklankę wody.
Kelnerka już więcej do nich nie podchodziła, najwyraźniej wyczuwając, że tak będzie lepiej.
Anżelika opowiedziała wszystko.
Poznali się na siłowni.
To on podszedł pierwszy.
Czarujący, troskliwy, pytał o pracę i pamiętał drobne szczegóły.
Ona pracowała jako dentystka w prywatnej klinice, mieszkała sama i wynajmowała kawalerkę przy Profsojuznej.
Jej rodzice mieszkali w Woroneżu.
— Przychodził do mnie trzy razy w tygodniu — opowiadała Anżelika. — We wtorki, czwartki i soboty.
Jakby miał grafik.
Wiera słuchała i przypominała sobie.
Wtorek: Gleb „zostawał dłużej w pracy”.
Czwartek: „siłownia”.
Sobota: „u Sieriogi”.
Trzy dni w tygodniu.
Osiem miesięcy.
Szybko policzyła w myślach: około stu spotkań.
Sto razy wychodził z ich mieszkania, wsiadał do samochodu i jechał do innej kobiety.
I sto razy wracał.
Pomyślała o tym spokojnie.
Jak o zadaniu w pracy.
Są dane wejściowe, jest wynik.
Nie potrzeba etapów pośrednich.
— Mówił ci, że cię kocha? — zapytała.
— Tak.
— Mnie też to mówił.
W niedzielę przed snem.
Za każdym razem.
— Za każdym razem, czyli kiedy?
— W każdą niedzielę.
„Dobranoc, kocham cię”.
Potem odwracał się do ściany.
Anżelika patrzyła na Wierę, jakby widziała w niej coś znajomego.
Może własną przyszłość.
— Kocha go pani? — zapytała.
— Kochałam.
Nie wiem, kiedy przestałam.
Może jeszcze zanim znalazłam te wiadomości.
— Jak to?
— Kiedy miłość się kończy, nie ma wybuchu.
Jest jak kran.
Kap.
Kap.
A w pewnym momencie po prostu przestajesz to słyszeć.
Wyszły razem z kawiarni.
Zatrzymały się na schodach przed wejściem.
Śnieg padał mocniej.
Anżelika założyła czapkę i schowała brodę w szaliku.
— Co mu pani powie? — zapytała.
— Jeszcze nie wiem.
Ale powiem.
W tym tygodniu.
— A co ja mam zrobić?
Wiera na nią spojrzała.
Dwadzieścia siedem lat.
Pieprzyk nad wargą.
Szczupłe palce.
Całe życie przed nią, a w tym życiu Gleb Kowalow zajmował miejsce, na które nie zasługiwał.
— Musisz zdecydować sama — powiedziała Wiera. — Nie będę ci doradzać.
Ale jedno ci powiem: on nie odejdzie.
Ani ode mnie, ani do ciebie.
Będzie obiecywał nam obu tak długo, jak długo będzie mu z tym wygodnie.
Anżelika skinęła głową.
Nie wymieniły się numerami.
Nie umówiły się na kolejne spotkanie.
Anżelika odwróciła się i ruszyła w stronę metra.
Wiera została na schodach i patrzyła, jak się oddala.
Ciemna sylwetka w szarym płaszczu.
Śnieg osiadał jej na ramionach.
Wiera wyjęła telefon.
Wybrała numer Raisy Michajłowny.
— Dzień dobry, mówi Kowalowa.
Dzisiaj nie skończyłyśmy.
Kiedy mogę przyjść ponownie?
— Jutro o trzeciej, Wiero Andriejewno.
Pasuje pani?
— Tak.
Wiera schowała telefon i ruszyła w stronę metra.
W przeciwnym kierunku niż Anżelika.
Tego wieczoru Gleb wrócił o ósmej.
Zdjął buty i powiesił kurtkę.
Wiera była w kuchni i kroiła cebulę.
Łzawiły jej oczy.
Wygodne.
Cebula wszystko tłumaczyła.
— Co jest na kolację? — zapytał z korytarza.
— Gulasz.
— O, dawno go nie robiłaś.
Super.
Wszedł do kuchni.
Wyjął z lodówki butelkę wody.
Pił, odchylając głowę do tyłu.
Jabłko Adama poruszało się.
Wiera patrzyła na ten ruch i myślała: czternaście lat.
Pięć tysięcy kolacji.
Dziesięć tysięcy „dobranoc”.
I ani jednego „przepraszam”.
Postawił butelkę na stole.
— Coś dziś kupiłaś?
W przedpokoju jest torba.
— Rajstopy dla Poliny.
Ze starych już wyrosła.
— Rośnie.
— Rośnie.
Wyszedł.
Wiera kroiła marchew.
Nóż uderzał o deskę: stuk, stuk, stuk.
Równo.
Rytmicznie.
Jak metronom.
Postanowiła, że powie mu w piątek.
Zawiezie Polinę do swojej matki na weekend.
Bez dziecka w mieszkaniu.
Bez świadków.
Czwartek był zwyczajnym dniem.
Praca, telefony, arkusz Excela, który uzupełniała już od trzech tygodni.
Żanna zapytała, czy wszystko w porządku.
Wiera odpowiedziała, że tak.
Żanna długo na nią patrzyła, ale nic nie powiedziała.
W porze lunchu Wiera zadzwoniła do matki.
— Wieroczka, cześć.
Jak się masz?
— Dobrze, mamo.
— Gleb?
— Dobrze.
— A Polinka?
— Rośnie.
Mamo, może przyjechać do ciebie w piątek?
Na weekend.
— Oczywiście.
A co się stało?
— Ja i Gleb musimy porozmawiać.
Matka zamilkła.
Cisza trwała trzy sekundy.
Cztery.
Pięć.
— Wiera — powiedziała matka. — Wszystko z tobą w porządku?
— Wszystko dobrze, mamo.
Naprawdę.
— Dobrze.
Przywieź ją.
Upiekę ciasto.
— Dziękuję.
Wiera zakończyła rozmowę i pomyślała, że matka wszystko zrozumiała.
Matki zawsze rozumieją.
Po pauzie, tonie głosu, po sposobie, w jaki córka mówi „naprawdę” po słowach „wszystko dobrze”.
Piątek.
Po szkole Polina pojechała do babci.
Wiera wróciła do domu o szóstej.
W mieszkaniu panowała cisza.
Nienaturalna cisza.
Bez tabletu Poliny, bez bajek, bez jej ciągłego „mamo, mogę?”.
Przygotowała kolację.
Postawiła na stole dwa talerze.
Potem jeden zabrała.
Potem postawiła z powrotem.
Głupie.
Mieli zjeść razem.
Po raz ostatni.
Gleb wrócił o siódmej.
Wesoły.
Z butelką wina.
— Pomyślałem, że skoro Polinki nie ma, moglibyśmy trochę pobyć razem jak należy.
Jak dawniej.
Uśmiechał się.
Swoim domowym uśmiechem.
Bez tamtej szerokości.
Wiera wzięła butelkę.
Chardonnay.
Nigdy nie znał się na winie, wybierał to, które stało na wysokości jego oczu.
— Dziękuję — powiedziała Wiera. — Najpierw zjedzmy.
Usiedli.
Gulasz.
Chleb.
Wino.
Gleb jadł z apetytem.
Opowiadał o koledze, który miał wypadek, ale na szczęście wszyscy przeżyli.
O szefie, który znowu opóźnia premię.
O tym, że powinien wymienić opony, ale ciągle to odkłada.
Wiera słuchała.
Jadła.
Popijała wino małymi łykami.
Kwaśne, z gorzkawą nutą.
Kiedy talerze były puste, wstała, zebrała naczynia i włożyła je do zlewu.
Kran kapał.
Osiem dni.
Od ośmiu dni prosiła go, żeby go naprawił.
Odwróciła się.
— Gleb.
— Hm?
— Muszę ci coś powiedzieć.
Podniósł głowę.
Coś przemknęło mu przez spojrzenie.
Szybko, jak błysk.
Strach?
Irytacja?
Wiera nie potrafiła rozpoznać.
— Co?
— Wiem o Anżelice.
Cisza.
Taka cisza, że było słychać kapanie kranu.
Kap.
Kap.
Kap.
Zbladł.
Nie mocno, ale Wiera to zauważyła.
Krew odpłynęła mu z twarzy i widoczna stała się delikatna siateczka naczynek po bokach nosa.
— Wiera…
— Nie przerywaj.
Wiem o niej.
Wiem, że trwa to od ośmiu miesięcy.
Wiem, że powiedziałeś jej, że się rozwodzimy.
Wiem, że w maju, kiedy byliśmy razem w Suzdalu, ona myślała, że jedziesz do matki do Tuły.
Otworzył usta.
Zamknął.
Znowu otworzył.
— Kto ci…
— Ona sama do mnie zadzwoniła.
Z własnej inicjatywy.
Gleb opadł na oparcie krzesła.
Przejechał dłonią po twarzy, od góry do dołu, jakby próbował coś zetrzeć.
— Wiera.
Posłuchaj mnie.
To nie jest tak, jak myślisz.
— A co myślę?
— To było tylko…
coś.
Głupota.
Idiota ze mnie.
Chciałem to zakończyć.
— Kiedy?
— Niedługo.
Właściwie już prawie.
— Trzy dni temu powiedziałeś jej, że wynająłeś mieszkanie i że w lutym zaczniecie razem mieszkać.
Mrugnął.
Szybko, dwa razy.
— Ona ci to powiedziała?
— Tak.
— Przesadza.
Ja po prostu…
powiedziałem jej to, żeby się uspokoiła.
Naciskała na mnie.
— Gleb.
Okłamywałeś mnie.
Okłamywałeś ją.
I kłamiesz nawet teraz, dokładnie w tej chwili, siedząc tutaj.
Wstał.
Krzesło zaszurało po podłodze.
Podszedł.
Uniósł ręce, jakby chciał ją objąć.
Wiera cofnęła się o krok.
— Nie rób tego.
— Wiera, proszę.
To jest moja rodzina.
Ty, Polina.
Nigdzie się nie wybieram.
— Wiem, że nigdzie się nie wybierasz.
I właśnie w tym problem.
Patrzył na nią.
Ona patrzyła na niego.
Dzielił ich metr kuchni, stół z pustymi talerzami i czternaście lat, które powoli wyciekały jak woda z zepsutego kranu.
— Byłam u notariusza — powiedziała Wiera. — W środę.
Kiedy ona zadzwoniła, siedziałam w kancelarii i omawiałam podział majątku.
— Wiera!
— Mieszkanie dzielimy po połowie.
Samochód też.
Alimenty na Polinę, dwadzieścia pięć procent.
Tak będzie, jeśli się dogadamy.
Jeśli pójdziemy do sądu, potrwa to dłużej, ale rezultat będzie ten sam.
— Nie możesz…
— Mogę.
Już zaczęłam.
Usiadł z powrotem.
Jakby ktoś wypuścił z niego całe powietrze.
Ramiona opadły.
Dłonie spoczęły na kolanach.
Obrączka słabo błysnęła w świetle kuchennej lampy.
— Możemy chociaż porozmawiać? — powiedział.
Cicho.
Prawie błagalnie.
— Rozmawiamy.
— Nie.
Normalnie porozmawiać.
Bez notariusza.
Bez tych…
procentów.
Jak normalni ludzie.
— Jak normalni ludzie.
Okłamywałeś mnie przez osiem miesięcy.
Jak normalny człowiek.
— Wiera, popełniłem błąd.
To był błąd.
Ogromny, straszny błąd.
Zrobię wszystko, żeby…
— Co zrobisz?
— Wszystko.
Naprawię kran.
Cokolwiek chcesz.
Wiera znieruchomiała.
Patrzyła na niego.
Siedział tam, duży, zagubiony, z zaczerwienionymi oczami i tymi słowami o kranie.
Czternaście lat.
Pięć tysięcy kolacji.
I kran.
— Kran — powtórzyła.
— Ja po prostu…
nie wiem, co powiedzieć.
— Nic.
Nie musisz nic mówić.
Odwróciła się.
Podeszła do zlewu.
Odkręciła kran do końca.
Woda popłynęła mocno i głośno, zagłuszając wszystkie inne dźwięki.
Potem zakręciła.
Wytarła ręce ręcznikiem.
Starannie powiesiła go na haczyku.
— Będę spać w pokoju Poliny — powiedziała, nie odwracając się. — Pokażę ci dokumenty, kiedy będą gotowe.
Wyszła z kuchni.
Nie wstał.
Nie pobiegł za nią.
Został przy stole, przed pustymi talerzami i niedopitą butelką Chardonnay.
W pokoju Poliny pachniało dziecięcym szamponem i plasteliną.
Na łóżku siedział pluszowy miś z jednym okiem.
Polina zgubiła drugie, kiedy miała cztery lata, i od tamtej pory nazywała go Piratem.
Wiera położyła się na narzucie.
Nie rozbierała się.
Po prostu leżała i patrzyła w sufit.
Na suficie ciągnęła się cienka, kręta rysa, przypominająca rzekę na mapie.
Śledziła ją wzrokiem: od rogu do żyrandola, od żyrandola do okna.
Za ścianą panowała cisza.
Potem było słychać wodę.
Potem znów ciszę.
Potem skrzypnięcie łóżka.
Wiera wzięła telefon.
Otworzyła wiadomości.
Napisała do matki: „Mamo, wszystko dobrze.
Porozmawialiśmy”.
Zastanowiła się.
Usunęła „wszystko dobrze”.
Napisała: „Powiedziałam mu”.
Wysłała.
Matka odpowiedziała minutę później: „Jestem tutaj, kochanie.
I ciasto też”.
Wiera się uśmiechnęła.
Po raz pierwszy od ośmiu dni.
Słabo, tylko ustami, ale się uśmiechnęła.
Miś Pirat patrzył na nią swoim jednym okiem.
Odwróciła go do ściany.
Nie chciała, żeby ktokolwiek ją widział.
W sobotę rano Gleb wyszedł.
Nie powiedział dokąd.
Wiera nie zapytała.
Usłyszała tylko trzask drzwi, a potem dźwięk windy.
Mieszkanie było puste.
Ciche.
Światło słoneczne przedostawało się przez zasłony i tworzyło smugę na podłodze.
W świetle tańczyły drobinki kurzu.
Wiera stała pośrodku korytarza i słuchała ciszy.
Nie ciężkiej.
Nie przytłaczającej.
Po prostu ciszy.
Weszła do kuchni.
Kran kapał.
Otworzyła szufladę z narzędziami, znalazła klucz nastawny i przykucnęła przy zlewie.
Znalazła zawór.
Przekręciła go.
Dokręciła.
Potem jeszcze raz.
Kran przestał kapać.
Położyła klucz na stole.
Umyła ręce.
Wytarła je.
Powiesiła ręcznik na haczyku.
Stała i słuchała ciszy.
Ani jednej kropli.
Wzięła telefon, zadzwoniła do matki i powiedziała:
— Mamo, dzisiaj przyjadę po Polinę.
I zabiorę też ciasto.
— Dobrze, Wieroczka.
— I mamo.
— Co?
— Dziękuję.
Wiera schowała telefon.
Spojrzała na zlew.
Obrączka leżała na jego krawędzi, dokładnie tam, gdzie zostawiła ją w nocy.
Matowa, z małą rysą, której wcześniej nigdy nie zauważyła.
Podniosła ją.
Położyła na dłoni.
Lekka.
Prawie nic nie ważyła jak na przedmiot, który kiedyś znaczył tak wiele.
Odłożyła ją.
Dokładnie w to samo miejsce.
Nie poprawiła jej.
Kochanka zadzwoniła do mnie sama — nie wiedziała, że byłam już u notariusza.
Udostępnij na Facebooku.
Czas czytania: 21 minut.
Opublikowano 31.07.2026.
Wiera znalazła tę rozmowę przypadkiem.
Szukała numeru hydraulika w telefonie męża.
Zamiast tego znalazła sto czterdzieści trzy wiadomości pełne serduszek oraz nagrania głosowe wysyłane nocami.
Tydzień później siedziała w kancelarii notarialnej, kiedy zadzwonił telefon z nieznanego numeru.
Wiera znalazła tę rozmowę w czwartek, o wpół do jedenastej wieczorem.
Szukała numeru hydraulika, ponieważ kran w kuchni kapał już trzeci dzień, a Gleb za każdym razem obiecywał, że go naprawi, po czym zapominał.
Otworzyła jego telefon.
Kod nie zmieniał się od czterech lat: data urodzenia córki, sześć cyfr.
Kontakty, wyszukiwanie, „hydraulik”.
Nic.
Przeszła do komunikatora, żeby znaleźć starą rozmowę z fachowcem, i zobaczyła imię „Lika”.
Na zdjęciu profilowym był słonecznik.
Sto czterdzieści trzy wiadomości.
Nie liczyła ich specjalnie.
To aplikacja pokazała liczbę.
Gleb spał w pokoju.
Przez ścianę było słychać jego oddech: równy, głęboki, z lekkim świstem przy wydechu.
Zawsze tak oddychał, kiedy zasypiał na plecach.
Wiera znała ten dźwięk od czternastu lat.
Jej palce powoli przesuwały się po ekranie.
Nie odsłuchiwała wiadomości głosowych.
Czytała tylko tekst.
Tekst wystarczał.
„Tęsknię za tobą”.
„Kiedy?”
„W sobotę mogę”.
„Jesteś moim światłem”.
Emotikon, serduszko, kolejny emotikon.
A potem zdjęcie: Gleb w restauracji, w niebieskiej koszuli, którą Wiera podarowała mu na czterdzieste urodziny.
Uśmiechał się.
Nie tak jak w domu.
Szerzej.
Wyglądał młodziej.
Wiera zamknęła telefon i odłożyła go dokładnie tam, gdzie go znalazła — na podłokietnik kanapy.
Wstała.
Podeszła do zlewu.
Kran kapał.
Liczyła krople, aż straciła rachubę.
Rano ugotowała owsiankę.
Jak zawsze w piątek.
Córka Polina siedziała przy stole, bawiła się łyżką i patrzyła w tablet.
— Mamo, dzisiaj mamy sześć lekcji.
— Wiem.
— Odbierzesz mnie?
— Tak.
Gleb wszedł do kuchni w bokserkach i koszulce.
Przeciągnął się, ziewnął i nalał sobie kawy z tygielka.
Usiadł naprzeciwko Wiery.
Patrzyła na jego dłonie.
Duże, z ciemnymi włosami na nadgarstkach i obrączką na palcu serdecznym.
Obrączka zmatowiała.
Kiedyś błyszczała.
— Co ci jest? — zapytał.
— W jakim sensie?
— Nie wiem.
Jesteś cicha.
— Zawsze jestem cicha.
Wzruszył ramionami.
Dopił kawę.
Pocałował Polinę w czubek głowy.
Poszedł się ubrać.
Dziesięć minut później trzasnęły drzwi wejściowe.
Wiera stała przy kuchence z tygielkiem w ręku.
Fusy na dnie przypominały mapę.
Albo plamę atramentu.
Wylała resztkę do zlewu, a ciemny płyn powoli spłynął do odpływu.
Kran nadal kapał.
Zakręciła go mocniej.
Nie pomogło.
W pracy otworzyła przeglądarkę i wpisała: „podział majątku przy rozwodzie”.
Potem usunęła i napisała: „jak złożyć pozew rozwodowy jednostronnie”.
To również skasowała.
Siedziała przed ekranem.
Kursor migał.
Koleżanka Żanna podeszła z kubkiem.
— Wiera, idziesz na lunch?
— Nie.
Mam coś do zrobienia.
— Dobrze, to przyniosę ci bułeczkę.
Może być z kapustą?
— Może.
Żanna odeszła.
Wiera wpisała ponownie: „notariusz w pobliżu metra Akademiczeskaja”.
Cztery wyniki.
Wybrała pierwszy, zadzwoniła i umówiła się na środę.
Potem zamknęła kartę i otworzyła arkusz kalkulacyjny.
Cyfry pływały jej przed oczami.
Mrugnęła.
Przysunęła krzesło bliżej biurka.
Cyfry wróciły na swoje miejsce.
Do środy zostało pięć dni.
Weekend minął jak zwykle.
Sobota: supermarket, sprzątanie, bajki z Poliną.
Gleb pojechał „do Sieriogi na działkę, pomóc mu przy płocie”.
Wrócił około dziewiątej, pachnąc świeżym powietrzem i damskimi perfumami, które nie należały do Wiery.
Nie.
Nie do końca perfumami.
Czymś kwiatowym, lekko słodkim.
Wiera poczuła ten zapach, kiedy zdjął kurtkę w przedpokoju i powiesił ją na haczyku.
Nic nie powiedziała.
Nalała mu zupy i postawiła chleb na stole.
Jadł i opowiadał o płocie, o żonie Sieriogi, która robi niesamowite bułeczki, i o drodze powrotnej.
Wiera kiwała głową.
— Kran znowu cieknie — powiedział, wskazując ruchem głowy kuchnię.
— Wiem.
— Jutro na niego spojrzę.
— Dobrze.
Nie spojrzał.
Niedziela minęła między kanapą, piłką nożną i telefonem.
Gleb leżał odwrócony twarzą do ściany i szybko coś pisał.
Wiera widziała go kątem oka, kiedy przechodziła przez pokój z koszem na pranie.
Jego palce biegały po ekranie.
Uśmiechał się.
Tym uśmiechem.
Szerokim.
Młodym.
Wiera zaniosła pranie do łazienki, załadowała pralkę i stała tam, słuchając, jak bęben nabiera prędkości.
Hałas narastał.
Pralka drżała, jakby w środku było coś żywego.
Polina przybiegła boso.
— Mamo, dlaczego pralka tak głośno chodzi?
— Pranie źle się ułożyło.
— Aha.
Mamo, mogę zjeść lody?
— Po kolacji.
— No mamo!
— Po kolacji, Polu.
Dziewczynka pobiegła.
Pralka się uspokoiła.
Wiera położyła dłoń na ciepłym boku urządzenia i stała tak, dopóki nie zadzwonił minutnik przy kuchence.
Poniedziałek i wtorek minęły w dziwnym stanie.
To nie była złość.
To nie był ból.
Coś pomiędzy.
Jakby ktoś napiął w niej strunę i zapomniał ją puścić.
Robiła wszystko jak zwykle: praca, Polina, kolacja, kran.
Ale ręce poruszały się trochę wolniej.
A głos wydawał się nieco cichszy.
We wtorek wieczorem Gleb powiedział:
— W czwartek wrócę późno.
Spotkanie do ósmej.
Wiera na niego spojrzała.
Nie odwrócił wzroku.
Szare, spokojne oczy.
Lekko opuchnięte powieki i mała zmarszczka między brwiami, której wcześniej nie było.
Albo była, tylko Wiera nigdy jej nie zauważyła.
— Dobrze — powiedziała.
Potem dodała, sama nie wiedząc dlaczego:
— Chcesz, żebym przygotowała ci coś do zabrania?
Coś zostało z obiadu.
— Tak, dzięki.
Uśmiechnął się.
Zwyczajnym, domowym uśmiechem, tylko ustami, bez tamtej szerokości.
Wiera odwróciła się do lodówki i wyjęła pojemnik.
Środa.
Jedenasta trzydzieści.
Kancelaria notarialna znajdowała się na parterze budynku mieszkalnego, między apteką a zakładem krawieckim.
Szklane drzwi, tabliczka ze złotymi literami.
W środku pachniało papierem i czymś drewnianym.
Może meblami.
Może podłogą.
Notariuszka była kobietą po sześćdziesiątce.
Niska, krępa, w okularach z cienkimi oprawkami.
Na biurku leżały stosy dokumentów, dwa ołówki i mały kaktus w glinianej doniczce.
— Kowalowa Wiera Andriejewna?
— Tak.
— Proszę usiąść.
Dzwoniła pani w sprawie umowy dotyczącej podziału majątku?
— Tak.
Potrzebuję też konsultacji.
Chcę zrozumieć, jakie mam możliwości.
Notariuszka, Raisa Michajłowna — Wiera odczytała jej imię z tabliczki — skinęła głową i otworzyła grubą teczkę.
— Proszę powiedzieć, jaki majątek państwo posiadają.
Wiera zaczęła.
Mieszkanie.
Kupione podczas małżeństwa, zapisane na męża, ale opłacone ze wspólnych pieniędzy.
Kredyt hipoteczny spłacili dwa lata wcześniej.
Samochód.
Dacza pochodziła od jego rodziców, ale była przepisana na niego jeszcze przed ślubem.
Było również konto oszczędnościowe, na które Wiera sama odkładała część swojej pensji: osiemset tysięcy rubli.
Raisa Michajłowna słuchała, notowała i od czasu do czasu zadawała pytania uściślające.
Wiera odpowiadała spokojnie.
Głos jej nie drżał.
Przećwiczyła tę rozmowę przez dwa dni, powtarzając w myślach każdą kwotę.
— Dzieci?
— Jedna córka.
Dziewięć lat.
— Z kim według pani zostanie?
— Ze mną.
— Czy mąż wie o pani zamiarach?
— Nie.
Raisa Michajłowna zdjęła okulary, przetarła je skrawkiem bluzki i założyła ponownie.
— Wiero Andriejewno, muszę pani coś powiedzieć.
Umowa o podziale majątku musi zostać podpisana przez obie strony.
Bez zgody pani męża niewiele możemy tutaj formalnie załatwić.
Mogę jednak przygotować projekt, żeby znała pani swoją sytuację.
Mogę też wyjaśnić procedurę.
— Właśnie tego potrzebuję.
Procedury.
Chcę stanąć przed nim nie z emocjami, lecz z dokumentami.
Notariuszka spojrzała na nią uważnie.
Okulary błysnęły.
— To właściwe podejście.
Pracowały około czterdziestu minut.
Raisa Michajłowna wyjaśniła, że mieszkanie kupione podczas małżeństwa zostanie podzielone po połowie, niezależnie od tego, na kogo jest zapisane.
To samo dotyczy samochodu.
Dacza, jeśli faktycznie została przepisana na niego przed ślubem, nie będzie podlegać podziałowi.
Oszczędności Wiery, jeśli będzie potrafiła udowodnić ich pochodzenie, powinny pozostać przy niej, chociaż mąż mógłby je zakwestionować przed sądem.
— Alimenty na córkę — powiedziała Raisa Michajłowna — będą przysługiwać do ukończenia przez nią osiemnastu lat.
Dwadzieścia pięć procent dochodu na jedno dziecko.
Albo stała kwota, jeśli dochód nie jest regularny.
Oczywiście najlepiej byłoby dojść do porozumienia.
Wiera kiwała głową.
Zapisywała wszystko w notesie.
Pismo miała małe i staranne, litery idealnie proste, jakby nie pisała, tylko je rysowała.
Raisa Michajłowna właśnie zaczęła wyjaśniać procedurę składania pozwu do sądu, kiedy zadzwonił telefon Wiery.
Nieznany numer.
Chciała odrzucić połączenie.
Ale coś ją powstrzymało.
Może przeczucie.
Może sześć dni napięcia, które szukało ujścia.
— Przepraszam — powiedziała do notariuszki i odebrała. — Halo?
— Dzień dobry — odezwał się młody kobiecy głos, lekko zachrypnięty. — Czy rozmawiam z Wierą?
— Tak.
Kto mówi?
— Mam na imię Anżelika.
Muszę z panią porozmawiać.
Chodzi o Gleba.
Wiera nie drgnęła.
Po prostu na sekundę przestała oddychać.
Potem zaczerpnęła powietrza.
W kancelarii było ciepło i duszno.
— Słucham.
— Nie mogę o tym rozmawiać przez telefon.
Możemy się spotkać?
— Dlaczego?
— Bo ma pani prawo wiedzieć.
Myślę, że on okłamuje nas obie.
Wiera spojrzała na Raisę Michajłownę.
Kobieta udawała, że czyta dokumenty.
— Dobrze — powiedziała Wiera. — Kiedy?
— Może pani dzisiaj?
Jestem w kawiarni „Weranda” przy Leninskim.
Zna ją pani?
— Tak.
Za godzinę.
— Dziękuję.
Wiera odsunęła telefon.
Położyła go na stole ekranem do dołu.
Potem obróciła ekranem do góry.
I znów do dołu.
— Wiero Andriejewno — powiedziała notariuszka. — Wszystko w porządku?
— Tak.
Nie.
Nie wiem.
Możemy dokończyć innego dnia?
— Oczywiście.
Przygotuję projekt i zadzwonię.
— Dziękuję.
Wiera wstała.
Wzięła torebkę.
Przy drzwiach zatrzymała się i odwróciła.
— Raiso Michajłowno.
A jeśli on nie zgodzi się na porozumienie?
— Wtedy pozostaje sąd.
Będzie jednak dłużej i bardziej skomplikowanie.
— Rozumiem.
Wyszła.
Na zewnątrz wiał zimny wiatr, niosąc drobne, kłujące płatki śniegu.
Styczeń wisiał nad miastem swoim szarym niebem.
Wiera zapięła płaszcz pod samą brodę i ruszyła w stronę metra.
Kawiarnia „Weranda” była prawie pusta.
Pora lunchu jeszcze się nie zaczęła.
Pachniało kawą i wanilią.
Grała spokojna muzyka, coś jazzowego, bez słów.
Anżelika siedziała przy oknie.
Wiera rozpoznała ją od razu, choć nigdy wcześniej jej nie widziała.
Młoda.
Dwadzieścia siedem, może dwadzieścia osiem lat.
Ciemne włosy do ramion, spiczasty podbródek, pieprzyk nad górną wargą.
Szczupłe palce zaciśnięte wokół filiżanki.
Brak pierścionka na palcu serdecznym.
Wiera podeszła i usiadła naprzeciwko niej.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
Patrzyły na siebie.
Podeszła kelnerka.
— Poproszę herbatę — powiedziała Wiera. — Zieloną, jeśli jest.
— Oczywiście.
Jaśminową czy senchę?
— Obojętnie.
Kelnerka odeszła.
Anżelika obracała filiżankę na spodku.
Filiżanka była czerwona, z małym wyszczerbieniem na brzegu.
— Nie wiedziałam, że jest żonaty — powiedziała Anżelika.
Głos miała cichy, ale stabilny.
— Przez pierwsze trzy miesiące nie wiedziałam.
Mówił mi, że jest po rozwodzie.
— A potem?
— Potem zobaczyłam wasze zdjęcie.
W jego telefonie.
Pani i dziewczynka, w parku.
Była jesień.
Żółte liście.
Wiera pamiętała to zdjęcie.
Październik, Ogród Nieskuczny.
Polina na huśtawce, ona obok, Gleb robiący zdjęcie.
Polina miała siedem lat.
Dwa lata wcześniej.
— Zapytałam go — ciągnęła Anżelika. — Powiedział, że jest pani jego byłą żoną.
Że od dawna nie jesteście razem.
Że formalnie nie rozwiedliście się tylko ze względu na dziecko.
— I uwierzyłaś mu?
Anżelika podniosła wzrok.
Brązowe oczy z drobnymi żółtymi punkcikami wokół źrenic.
— Uwierzyłam.
Chciałam mu wierzyć.
Kelnerka przyniosła herbatę.
Wiera objęła filiżankę obiema dłońmi.
Ceramika była gorąca, niemal parzyła.
Nie cofnęła rąk.
— Dlaczego do mnie zadzwoniłaś? — zapytała Wiera. — Właśnie do mnie.
Dlaczego?
Anżelika milczała.
Puściła swoją filiżankę.
Na czerwonej ceramice pozostały wilgotne ślady palców.
— Bo trzy dni temu powiedział mi, że panią zostawi.
Że już wynajął mieszkanie.
Że w lutym zaczniemy mieszkać razem.
— I co?
— I uwierzyłam mu.
Znowu.
Potem zadzwoniłam pod numer, który podał jako domowy.
Odebrała dziewczynka.
Powiedziała: „Mamo, telefon do ciebie”.
I wtedy zrozumiałam, że on nigdzie się nie wyprowadził.
Wiera odstawiła filiżankę.
Herbata zakołysała się i chlapnęła na spodek.
— Polina — powiedziała cicho.
— Co?
— Moja córka.
Ma na imię Polina.
Anżelika spuściła głowę.
— Przepraszam.
— Ja też.
Siedziały w milczeniu.
Za oknem przejechał autobus, pryskając na szybę szarą breją spod kół.
Jazz ucichł.
Było słychać buczenie ekspresu do kawy.
— Jak długo to trwa? — zapytała Wiera.
— Osiem miesięcy.
— Od maja.
— Od maja.
Tak.
Wiera zaczęła liczyć.
W maju pojechali na weekend do Suzdala.
Tylko we dwoje, bez Poliny.
To Gleb zaproponował wyjazd.
Zarezerwował hotel i wybrał restaurację.
Wtedy Wiera pomyślała: może jest lepiej.
Może tylko wydawało jej się, że on się oddala.
— W maju byliśmy w Suzdalu — powiedziała.
Powiedziała to zwyczajnie, bez próby wywołania efektu.
Anżelika drgnęła.
Pierwszy raz podczas całej rozmowy.
— Powiedział mi, że pojechał odwiedzić matkę w Tule.
— Jego matka mieszka w Moskwie.
Na Tagance.
Zawsze tam mieszkała.
Anżelika zamknęła oczy.
Kiedy je otworzyła, były czerwone.
— Jestem idiotką — powiedziała.
— Nie.
Nie jesteś idiotką.
On po prostu bardzo dobrze kłamie.
To było dziwne.
Wiera spodziewała się złości.
Na tę kobietę, na jej młodość, pieprzyk nad wargą, szczupłe palce.
Ale złości nie było.
Było coś innego.
Jakby obie stały po przeciwnych stronach tego samego szkła i patrzyły na tę samą osobę.
A on odbijał się w obu dokładnie tak samo.
— Co zamierzasz zrobić? — zapytała Anżelika.
— Rozwieść się.
— Jesteś już pewna?
— Kiedy zadzwoniłaś, byłam u notariusza.
Anżelika odsunęła filiżankę.
Położyła dłonie płasko na stole.
— Wczoraj przyniósł mi kwiaty.
Róże.
Różowe.
Wiera omal nie wybuchnęła śmiechem.
Róże.
Gleb dawał róże wszystkim.
Jej na każde urodziny.
Na każdy ósmy marca.
Zawsze te same róże, kupowane w tym samym kiosku przy metrze.
— Różowe? — zapytała Wiera.
— Różowe.
Siedem.
— Mnie zwykle kupował pięć.
Pewnie inflacja.
Anżelika nagle parsknęła śmiechem.
Zakryła usta dłonią.
Potem ją opuściła.
— Przepraszam.
Nie ma się z czego śmiać.
— Nie ma — zgodziła się Wiera. — Ale nie przeszłabym przez to wszystko, gdybym się nie śmiała.
Siedziały w kawiarni półtorej godziny.
Wiera wypiła dwie herbaty.
Anżelika kawę i szklankę wody.
Kelnerka już więcej do nich nie podchodziła, najwyraźniej wyczuwając, że tak będzie lepiej.
Anżelika opowiedziała wszystko.
Poznali się na siłowni.
To on podszedł pierwszy.
Czarujący, troskliwy, pytał o pracę i pamiętał drobne szczegóły.
Ona pracowała jako dentystka w prywatnej klinice, mieszkała sama i wynajmowała kawalerkę przy Profsojuznej.
Jej rodzice mieszkali w Woroneżu.
— Przychodził do mnie trzy razy w tygodniu — opowiadała Anżelika. — We wtorki, czwartki i soboty.
Jakby miał grafik.
Wiera słuchała i przypominała sobie.
Wtorek: Gleb „zostawał dłużej w pracy”.
Czwartek: „siłownia”.
Sobota: „u Sieriogi”.
Trzy dni w tygodniu.
Osiem miesięcy.
Szybko policzyła w myślach: około stu spotkań.
Sto razy wychodził z ich mieszkania, wsiadał do samochodu i jechał do innej kobiety.
I sto razy wracał.
Pomyślała o tym spokojnie.
Jak o zadaniu w pracy.
Są dane wejściowe, jest wynik.
Nie potrzeba etapów pośrednich.
— Mówił ci, że cię kocha? — zapytała.
— Tak.
— Mnie też to mówił.
W niedzielę przed snem.
Za każdym razem.
— Za każdym razem, czyli kiedy?
— W każdą niedzielę.
„Dobranoc, kocham cię”.
Potem odwracał się do ściany.
Anżelika patrzyła na Wierę, jakby widziała w niej coś znajomego.
Może własną przyszłość.
— Kocha go pani? — zapytała.
— Kochałam.
Nie wiem, kiedy przestałam.
Może jeszcze zanim znalazłam te wiadomości.
— Jak to?
— Kiedy miłość się kończy, nie ma wybuchu.
Jest jak kran.
Kap.
Kap.
A w pewnym momencie po prostu przestajesz to słyszeć.
Wyszły razem z kawiarni.
Zatrzymały się na schodach przed wejściem.
Śnieg padał mocniej.
Anżelika założyła czapkę i schowała brodę w szaliku.
— Co mu pani powie? — zapytała.
— Jeszcze nie wiem.
Ale powiem.
W tym tygodniu.
— A co ja mam zrobić?
Wiera na nią spojrzała.
Dwadzieścia siedem lat.
Pieprzyk nad wargą.
Szczupłe palce.
Całe życie przed nią, a w tym życiu Gleb Kowalow zajmował miejsce, na które nie zasługiwał.
— Musisz zdecydować sama — powiedziała Wiera. — Nie będę ci doradzać.
Ale jedno ci powiem: on nie odejdzie.
Ani ode mnie, ani do ciebie.
Będzie obiecywał nam obu tak długo, jak długo będzie mu z tym wygodnie.
Anżelika skinęła głową.
Nie wymieniły się numerami.
Nie umówiły się na kolejne spotkanie.
Anżelika odwróciła się i ruszyła w stronę metra.
Wiera została na schodach i patrzyła, jak się oddala.
Ciemna sylwetka w szarym płaszczu.
Śnieg osiadał jej na ramionach.
Wiera wyjęła telefon.
Wybrała numer Raisy Michajłowny.
— Dzień dobry, mówi Kowalowa.
Dzisiaj nie skończyłyśmy.
Kiedy mogę przyjść ponownie?
— Jutro o trzeciej, Wiero Andriejewno.
Pasuje pani?
— Tak.
Wiera schowała telefon i ruszyła w stronę metra.
W przeciwnym kierunku niż Anżelika.
Tego wieczoru Gleb wrócił o ósmej.
Zdjął buty i powiesił kurtkę.
Wiera była w kuchni i kroiła cebulę.
Łzawiły jej oczy.
Wygodne.
Cebula wszystko tłumaczyła.
— Co jest na kolację? — zapytał z korytarza.
— Gulasz.
— O, dawno go nie robiłaś.
Super.
Wszedł do kuchni.
Wyjął z lodówki butelkę wody.
Pił, odchylając głowę do tyłu.
Jabłko Adama poruszało się.
Wiera patrzyła na ten ruch i myślała: czternaście lat.
Pięć tysięcy kolacji.
Dziesięć tysięcy „dobranoc”.
I ani jednego „przepraszam”.
Postawił butelkę na stole.
— Coś dziś kupiłaś?
W przedpokoju jest torba.
— Rajstopy dla Poliny.
Ze starych już wyrosła.
— Rośnie.
— Rośnie.
Wyszedł.
Wiera kroiła marchew.
Nóż uderzał o deskę: stuk, stuk, stuk.
Równo.
Rytmicznie.
Jak metronom.
Postanowiła, że powie mu w piątek.
Zawiezie Polinę do swojej matki na weekend.
Bez dziecka w mieszkaniu.
Bez świadków.
Czwartek był zwyczajnym dniem.
Praca, telefony, arkusz Excela, który uzupełniała już od trzech tygodni.
Żanna zapytała, czy wszystko w porządku.
Wiera odpowiedziała, że tak.
Żanna długo na nią patrzyła, ale nic nie powiedziała.
W porze lunchu zadzwoniła do matki.
— Wieroczka, cześć.
Jak się masz?
— Dobrze, mamo.
— Gleb?
— Dobrze.
— A Polinka?
— Rośnie.
Mamo, może przyjechać do ciebie w piątek?
Na weekend.
— Oczywiście.
A co się stało?
— Ja i Gleb musimy porozmawiać.
Matka zamilkła.
Cisza trwała trzy sekundy.
Cztery.
Pięć.
— Wiera — powiedziała matka. — Wszystko z tobą w porządku?
— Wszystko dobrze, mamo.
Naprawdę.
— Dobrze.
Przywieź ją.
Upiekę ciasto.
— Dziękuję.
Wiera zakończyła rozmowę i pomyślała, że matka wszystko zrozumiała.
Matki zawsze rozumieją.
Po pauzie, tonie głosu, po sposobie, w jaki córka mówi „naprawdę” po słowach „wszystko dobrze”.
Piątek.
Po szkole Polina pojechała do babci.
Wiera wróciła do domu o szóstej.
W mieszkaniu panowała cisza.
Nienaturalna cisza.
Bez tabletu Poliny, bez bajek, bez jej ciągłego „mamo, mogę?”.
Przygotowała kolację.
Postawiła na stole dwa talerze.
Potem jeden zabrała.
Potem postawiła z powrotem.
Głupie.
Mieli zjeść razem.
Po raz ostatni.
Gleb wrócił o siódmej.
Wesoły.
Z butelką wina.
— Pomyślałem, że skoro Polinki nie ma, moglibyśmy trochę pobyć razem jak należy.
Jak dawniej.
Uśmiechał się.
Swoim domowym uśmiechem.
Bez tamtej szerokości.
Wiera wzięła butelkę.
Chardonnay.
Nigdy nie znał się na winie, wybierał to, które stało na wysokości jego oczu.
— Dziękuję — powiedziała Wiera. — Najpierw zjedzmy.
Usiedli.
Gulasz.
Chleb.
Wino.
Gleb jadł z apetytem.
Opowiadał o koledze, który miał wypadek, ale na szczęście wszyscy przeżyli.
O szefie, który znowu opóźnia premię.
O tym, że powinien wymienić opony, ale ciągle to odkłada.
Wiera słuchała.
Jadła.
Popijała wino małymi łykami.
Kwaśne, z gorzkawą nutą.
Kiedy talerze były puste, wstała, zebrała naczynia i włożyła je do zlewu.
Kran kapał.
Osiem dni.
Od ośmiu dni prosiła go, żeby go naprawił.
Odwróciła się.
— Gleb.
— Hm?
— Muszę ci coś powiedzieć.
Podniósł głowę.
Coś przemknęło mu przez spojrzenie.
Szybko, jak błysk.
Strach?
Irytacja?
Wiera nie potrafiła rozpoznać.
— Co?
— Wiem o Anżelice.
Cisza.
Taka cisza, że było słychać kapanie kranu.
Kap.
Kap.
Kap.
Zbladł.
Nie mocno, ale Wiera to zauważyła.
Krew odpłynęła mu z twarzy i widoczna stała się delikatna siateczka naczynek po bokach nosa.
— Wiera…
— Nie przerywaj.
Wiem o niej.
Wiem, że trwa to od ośmiu miesięcy.
Wiem, że powiedziałeś jej, że się rozwodzimy.
Wiem, że w maju, kiedy byliśmy razem w Suzdalu, ona myślała, że jedziesz do matki do Tuły.
Otworzył usta.
Zamknął.
Znowu otworzył.
— Kto ci…
— Ona sama do mnie zadzwoniła.
Z własnej inicjatywy.
Gleb opadł na oparcie krzesła.
Przejechał dłonią po twarzy, od góry do dołu, jakby próbował coś zetrzeć.
— Wiera.
Posłuchaj mnie.
To nie jest tak, jak myślisz.
— A co myślę?
— To było tylko…
coś.
Głupota.
Idiota ze mnie.
Chciałem to zakończyć.
— Kiedy?
— Niedługo.
Właściwie już prawie.
— Trzy dni temu powiedziałeś jej, że wynająłeś mieszkanie i że w lutym zaczniecie razem mieszkać.
Mrugnął.
Szybko, dwa razy.
— Ona ci to powiedziała?
— Tak.
— Przesadza.
Ja po prostu…
powiedziałem jej to, żeby się uspokoiła.
Naciskała na mnie.
— Gleb.
Okłamywałeś mnie.
Okłamywałeś ją.
I kłamiesz nawet teraz, dokładnie w tej chwili, siedząc tutaj.
Wstał.
Krzesło zaszurało po podłodze.
Podszedł.
Uniósł ręce, jakby chciał ją objąć.
Wiera cofnęła się o krok.
— Nie rób tego.
— Wiera, proszę.
To jest moja rodzina.
Ty, Polina.
Nigdzie się nie wybieram.
— Wiem, że nigdzie się nie wybierasz.
I właśnie w tym problem.
Patrzył na nią.
Ona patrzyła na niego.
Dzielił ich metr kuchni, stół z pustymi talerzami i czternaście lat, które powoli wyciekały jak woda z zepsutego kranu.
— Byłam u notariusza — powiedziała Wiera. — W środę.
Kiedy ona zadzwoniła, siedziałam w kancelarii i omawiałam podział majątku.
— Wiera!
— Mieszkanie dzielimy po połowie.
Samochód też.
Alimenty na Polinę, dwadzieścia pięć procent.
Tak będzie, jeśli się dogadamy.
Jeśli pójdziemy do sądu, potrwa to dłużej, ale rezultat będzie ten sam.
— Nie możesz…
— Mogę.
Już zaczęłam.
Usiadł z powrotem.
Jakby ktoś wypuścił z niego całe powietrze.
Ramiona opadły.
Dłonie spoczęły na kolanach.
Obrączka słabo błysnęła w świetle kuchennej lampy.
— Możemy chociaż porozmawiać? — powiedział.
Cicho.
Prawie błagalnie.
— Rozmawiamy.
— Nie.
Normalnie porozmawiać.
Bez notariusza.
Bez tych…
procentów.
Jak normalni ludzie.
— Jak normalni ludzie.
Okłamywałeś mnie przez osiem miesięcy.
Jak normalny człowiek.
— Wiera, popełniłem błąd.
To był błąd.
Ogromny, straszny błąd.
Zrobię wszystko, żeby…
— Co zrobisz?
— Wszystko.
Naprawię kran.
Cokolwiek chcesz.
Wiera znieruchomiała.
Patrzyła na niego.
Siedział tam, duży, zagubiony, z zaczerwienionymi oczami i tymi słowami o kranie.
Czternaście lat.
Pięć tysięcy kolacji.
I kran.
— Kran — powtórzyła.
— Ja po prostu…
nie wiem, co powiedzieć.
— Nic.
Nie musisz nic mówić.
Odwróciła się.
Podeszła do zlewu.
Odkręciła kran do końca.
Woda popłynęła mocno i głośno, zagłuszając wszystkie inne dźwięki.
Potem zakręciła.
Wytarła ręce ręcznikiem.
Starannie powiesiła go na haczyku.
— Będę spać w pokoju Poliny — powiedziała, nie odwracając się. — Pokażę ci dokumenty, kiedy będą gotowe.
Wyszła z kuchni.
Nie wstał.
Nie pobiegł za nią.
Został przy stole, przed pustymi talerzami i niedopitą butelką Chardonnay.
W pokoju Poliny pachniało dziecięcym szamponem i plasteliną.
Na łóżku siedział pluszowy miś z jednym okiem.
Polina zgubiła drugie, kiedy miała cztery lata, i od tamtej pory nazywała go Piratem.
Wiera położyła się na narzucie.
Nie rozbierała się.
Po prostu leżała i patrzyła w sufit.
Na suficie ciągnęła się cienka, kręta rysa, przypominająca rzekę na mapie.
Śledziła ją wzrokiem: od rogu do żyrandola, od żyrandola do okna.
Za ścianą panowała cisza.
Potem było słychać wodę.
Potem znów ciszę.
Potem skrzypnięcie łóżka.
Wiera wzięła telefon.
Otworzyła wiadomości.
Napisała do matki: „Mamo, wszystko dobrze.
Porozmawialiśmy”.
Zastanowiła się.
Usunęła „wszystko dobrze”.
Napisała: „Powiedziałam mu”.
Wysłała.
Matka odpowiedziała minutę później: „Jestem tutaj, kochanie.
I ciasto też”.
Wiera się uśmiechnęła.
Po raz pierwszy od ośmiu dni.
Słabo, tylko ustami, ale się uśmiechnęła.
Miś Pirat patrzył na nią swoim jednym okiem.
Odwróciła go do ściany.
Nie chciała, żeby ktokolwiek ją widział.
W sobotę rano Gleb wyszedł.
Nie powiedział dokąd.
Wiera nie zapytała.
Usłyszała tylko trzask drzwi, a potem dźwięk windy.
Mieszkanie było puste.
Ciche.
Światło słoneczne przedostawało się przez zasłony i tworzyło smugę na podłodze.
W świetle tańczyły drobinki kurzu.
Wiera stała pośrodku korytarza i słuchała ciszy.
Nie ciężkiej.
Nie przytłaczającej.
Po prostu ciszy.
Weszła do kuchni.
Kran kapał.
Otworzyła szufladę z narzędziami, znalazła klucz nastawny i przykucnęła przy zlewie.
Znalazła zawór.
Przekręciła go.
Dokręciła.
Potem jeszcze raz.
Kran przestał kapać.
Położyła klucz na stole.
Umyła ręce.
Wytarła je.
Powiesiła ręcznik na haczyku.
Stała i słuchała ciszy.
Ani jednej kropli.
Wzięła telefon, zadzwoniła do matki i powiedziała:
— Mamo, dzisiaj przyjadę po Polinę.
I zabiorę też ciasto.
— Dobrze, Wieroczka.
— I mamo.
— Co?
— Dziękuję.
Wiera schowała telefon.
Spojrzała na zlew.
Obrączka leżała na jego krawędzi, dokładnie tam, gdzie zostawiła ją w nocy.
Matowa, z małą rysą, której wcześniej nigdy nie zauważyła.
Podniosła ją.
Położyła na dłoni.
Lekka.
Prawie nic nie ważyła jak na przedmiot, który kiedyś znaczył tak wiele.
Odłożyła ją.
Dokładnie w to samo miejsce.
Nie poprawiła jej.







