Teściowa przywiozła agenta nieruchomości, żeby wycenił mój domek letniskowy.

Ale jej plan zakończył się jeszcze przy ogrodzeniu.

Poranek na działce pachniał miętą, nagrzanymi sosnowymi deskami werandy i, nie wiadomo dlaczego, walerianą, którą Lena mechanicznie wkraplała do herbaty, nawet nie czując jej goryczy.

Trzeci tydzień po wypisaniu ze szpitala onkologicznego ciągnął się jak gumowa taśma.

Siedziała w starym fotelu bujanym ojca, otulona kocem aż po brodę, żeby ukryć szyję i krótką szczecinkę włosów, które dopiero teraz zaczynały odrastać.

Lekarze kazali czekać.

Czekać na wyniki badań, czekać na werdykt, czekać na życie albo znowu czekać na ból.

Tutaj, pośród krzaków malin i skrzypiących desek rodzinnego domu, czekanie było łatwiejsze.

Lena niemal przekonała samą siebie, że jest bezpieczna, kiedy od strony drogi rozległ się ostry, natarczywy klakson samochodu.

Drgnęła i zaczęła nasłuchiwać.

Obcy samochód zatrzymał się tuż przy furtce.

Trzasnęły jedne drzwi, a potem drugie.

Lena podciągnęła kolana do piersi, mając nadzieję, że ktoś pomylił adres, ale po chwili powietrze przeciął głos, który rozpoznałaby pośród tysiąca innych.

— Lena!

Otwieraj!

To ja, Antonina Pietrowna!

Przyjechaliśmy, wyjdź przywitać gości!

Lena nie ruszyła się z miejsca.

Teściowa po raz pierwszy przez cały okres choroby Leny zjawiła się na działce bez zapowiedzi.

Wcześniej Antonina Pietrowna ograniczała się do rzadkich telefonów do syna, których treść Lena znała na pamięć: „Dima, kiedy w końcu rozwiedziesz się z tą kaleką?

Ona pociągnie cię na dno.

Sprzedajcie chociaż ten jej głupi domek letniskowy”.

Lena słyszała te rozmowy, leżąc pod kroplówką, i wtedy nie miała siły odpowiadać.

Teraz trochę sił wróciło, ale wciąż było ich bardzo mało i nie chciała tracić ich na wojnę z teściową.

— Lena!

Głos stał się głośniejszy i bardziej bezczelny.

— Umarłaś tam czy co?

Artur, proszę poczekać, zaraz otworzy.

Niech pan też zapuka!

Obcy męski baryton wymruczał coś pojednawczym tonem, ale furtka już zaczęła drżeć od ciężkich uderzeń.

Lena zrzuciła koc i na sztywnych nogach zeszła z werandy.

Żwir boleśnie wbijał się w stopy przez cienkie kapcie, ale szła powoli, próbując uspokoić bicie serca.

Nie otworzyła zasuwy.

Zatrzymała się metr od furtki, przyglądając się przez siatkę zaczerwienionej twarzy Antoniny Pietrowny i stojącemu za nią wysokiemu mężczyźnie w drogim jasnym garniturze.

Mężczyzna trzymał w dłoniach tablet w skórzanym etui i błyszczącą teczkę.

— Czego państwo chcą?

Zapytała Lena cicho, ale wyraźnie.

— Nie zapraszałam żadnych gości.

— Och, przestań!

Teściowa machnęła ręką, jakby odpędzała natrętną muchę.

— To Artur, bardzo szanowany specjalista od nieruchomości.

Opowiadałam mu o twojej działce.

Ziemia tutaj jest na wagę złota, grzechem byłoby pozwolić, żeby takie dobro się marnowało.

Otwórz, niezręcznie tak trzymać człowieka za bramą.

On traci swój czas.

Specjalista od nieruchomości przestąpił z nogi na nogę i uprzejmie się uśmiechnął.

Lena nie odwzajemniła uśmiechu.

— Antonino Pietrowno, to mój domek letniskowy.

I nie zamierzam go sprzedawać.

Proszę odjechać.

Twarz teściowej wydłużyła się, a potem w jednej chwili poczerwieniała ze złości.

Podeszła tuż do furtki i zacisnęła palce na oczkach siatki tak mocno, że pobielały jej paznokcie.

— Jak ty się zachowujesz?!

Syknęła.

— Przychodzę do ciebie z całego serca, myślę o przyszłości, a ty zadzierasz nosa!

Pomyślałaś o Dimie?

On haruje na trzech etatach, podczas gdy ty wylegujesz się tutaj na leżaku!

Musimy myśleć o rodzinie, Lena!

O rodzinie, a nie o twoich pańskich zachciankach!

— O swojej rodzinie pomyślę sama.

Lena odwróciła się, żeby odejść do domu, ale teściowa wrzasnęła tak głośno, że na sąsiedniej działce zaszczekał pies.

— Dobrzy ludzie, spójrzcie tylko na nią!

Zaczęła lamentować Antonina Pietrowna, rozglądając się na boki, gdzie już pojawiały się sylwetki sąsiadów.

— Przychodzę do niej z najlepszymi intencjami, a ona trzyma mnie, starą kobietę, za płotem jak bezpańskiego psa!

Lena, mogłabyś się chociaż ludzi zawstydzić!

Co powiedzą sąsiedzi?

To był cios poniżej pasa.

Lena przez całe życie bała się potępienia, bała się być niewygodna i bała się skandali.

Kiedyś otworzyłaby furtkę, podała herbatę i pozwoliła, żeby wycierano o nią nogi.

Ale tamta przestraszona Lena została gdzieś w sali zabiegowej, pod kroplówką, kiedy wypadły jej wszystkie włosy i pozostało jedynie nagie, rozpaczliwe pragnienie życia.

Drżącymi palcami odsunęła zasuwę i uchyliła furtkę tylko na tyle, żeby w szczelinie zmieściła się jedna osoba.

Ale teściowa szarpnęła skrzydło ku sobie z taką siłą, że Lena ledwo utrzymała się na nogach.

Antonina Pietrowna wpadła na działkę jak właścicielka, ciągnąc za sobą Artura.

— No, nareszcie!

Wypaliła, z niesmakiem oglądając rabaty.

— Boże, jakie odludzie.

Artur, niech pan spojrzy, wszystko tutaj zarosło, ale to drobiazgi.

Działka jest równa, a dom solidny.

W środku oczywiście trzeba zrobić remont, ale to już problem kupującego.

My tylko ocenimy jego atrakcyjność rynkową.

Artur wszedł na werandę i przede wszystkim zrzucił koc Leny z fotela na podłogę, żeby zrobić sobie miejsce.

Koc wpadł w kałużę rozlanej herbaty.

Lena patrzyła na to w milczeniu, czując, jak rozpala się w niej zimna, ołowiana wściekłość.

Agent nieruchomości usiadł, położył tablet na kolanie, otworzył teczkę i rzeczowo zapytał:

— Eleno, pamięta pani numer ewidencyjny działki?

Albo proszę od razu przynieść dokumenty własności, zrobię kopie, żeby nie tracić czasu.

— Jakie dokumenty?

Lena przeniosła wzrok na teściową.

Ta już gospodarowała w letniej kuchni, hałasując filiżankami.

— Antonino Pietrowno, co tu się dzieje?

Czy pani w ogóle jest przy zdrowych zmysłach?

— Owszem, jestem!

Odpowiedziała ostro teściowa, odwracając się z grubym szklanym kubkiem w dłoni.

— Za to ty najwyraźniej nie.

Podczas gdy ty bawisz się tutaj w głupoty, Dima bierze jeden kredyt za drugim.

Policzyliśmy to razem.

Twoja działka jest nam teraz potrzebna jak powietrze.

Sprzedamy ją, spłacimy długi, kupimy wam mieszkanie na kredyt i wszyscy będą szczęśliwi.

Lena oparła plecy o framugę drzwi, ponieważ nogi ledwo ją trzymały.

Patrzyła na Artura, który wypełniał jakieś pola w tablecie, jakby Lena była pustym miejscem.

— Proszę pana,

powiedziała cicho, zwracając się do niego,

— jestem właścicielką tej działki.

Nie wyraziłam zgody ani na oględziny, ani na sprzedaż.

Proszę opuścić mój dom.

Artur podniósł głowę i spojrzał na nią znad okularów.

Jego wzrok przesunął się po bladej twarzy Leny, niedbale zawiązanej na głowie chustce i szpitalnej opasce, której zapomniała zdjąć.

— Proszę pani, nie komplikujmy.

Powiedział ze znużeniem, jakby miał do czynienia z kapryśnym dzieckiem.

— Według dokumentów pozostaje pani w związku małżeńskim?

Tak.

Pani mąż wyraził ustną zgodę na przygotowanie nieruchomości do sprzedaży.

Po prostu przyspieszamy proces.

Nie robimy niczego niezgodnego z prawem.

Proszę się odprężyć i pozwolić profesjonalistom wykonywać swoją pracę.

— Wynoście się.

Lena powtórzyła i sięgnęła do kieszeni, w której znajdował się telefon.

— Dzwonię do męża.

Wybrała numer i przyłożyła telefon do ucha, ale Antonina Pietrowna przemknęła przez werandę z szybkością niespodziewaną u kobiety o jej budowie i wytrąciła urządzenie z dłoni Leny.

Telefon zatoczył łuk i z głośnym pluskiem wpadł do małego akwarium stojącego na szafce przy wejściu.

Złota rybka rzuciła się w kąt, a ekran telefonu zamigotał i zgasł.

— Och!

Teściowa przycisnęła dłonie do policzków w udawanym przerażeniu.

— Ręka mi zadrżała!

Lenoczko, wybacz starej kobiecie, nie zrobiłam tego specjalnie!

Ale może tak będzie nawet lepiej.

Nie ma sensu zawracać Dimie głowy drobiazgami, jest w pracy.

Lena patrzyła na umierający w wodzie telefon i czuła, jak coś w niej pęka.

Cienka nić łącząca ją ze światem zewnętrznym, z mężem i możliwością wezwania pomocy leżała teraz na dnie akwarium.

Spojrzała na teściową, a ta najwyraźniej wyczytała w jej wzroku coś, od czego jej uśmiech lekko zbladł.

— Nie patrz tak na mnie!

Wrzasnęła Antonina Pietrowna.

— Nic strasznego się nie stało.

To tylko telefon.

Kupimy ci nowy.

A teraz idź się położyć, źle wyglądasz.

Ja i Artur sami wszystko obejrzymy.

Tylko nam przeszkadzasz.

— Nie macie prawa.

Wyszeptała Lena, ale głos jej się załamał.

— Mamy, mamy!

Teściowa już wchodziła po schodach na poddasze, ciągnąc za sobą agenta nieruchomości.

— Artur, niech pan spojrzy, jaki widok z okna!

To przecież największy atut!

Niech pan wpisze w ogłoszeniu: „dom z panoramicznymi przeszkleniami”!

Lena została na dole, kurczowo trzymając się poręczy.

Gwar głosów na górze stawał się coraz głośniejszy.

Teściowa głośno omawiała zalety domu, które jeszcze przed chwilą nazywała wadami.

Trzeba było coś zrobić, ale strach ją paraliżował.

W skroniach pulsowało, a przed oczami pływały świetliste kręgi.

Powoli, podpierając się ścian, dotarła do łazienki i zamknęła się na zasuwę.

W łazience pachniało wilgocią i żywicą ze starej drewnianej boazerii.

Lena osunęła się na podłogę, przyciskając plecy do zimnej żeliwnej wanny, i próbowała wyrównać oddech.

Serce waliło jej gdzieś w gardle, brakowało powietrza.

Atak paniki nadchodził falami, a każda kolejna była wyższa od poprzedniej.

Za drzwiami rozległy się kroki.

Teściowa zeszła na dół i teraz gospodarowała w kuchni, brzęcząc butelkami.

Lena usłyszała dźwięk kieliszków i głos Artura:

— Antonino Pietrowno, koniak to już przesada, prowadzę samochód.

— Arturku, tylko jeden kieliszek za powodzenie naszego przedsięwzięcia!

Zaświergotała teściowa.

— To koniak Leny, trzyma go dla gości.

Wzniesiemy toast za przyszłą transakcję i wszystko pójdzie jak po maśle.

Ona posiedzi, pomyśli i się zgodzi.

Dokąd niby miałaby pójść?

Lena zamknęła oczy.

W jej głowie pulsowała jedna myśl: tablet.

Stary tablet leżał w szafce nocnej przy łóżku na poddaszu, ale tam byli obcy ludzie.

Jednak na werandzie, w skrzynce z narzędziami ojca, Lena ukrywała stary, prawie rozładowany, ale nadal działający netbook.

Czasami go włączała, żeby oglądać stare fotografie, kiedy nie mogła zasnąć.

Na palcach, starając się nie skrzypieć deskami podłogi, wymknęła się z łazienki i pobiegła na werandę.

Goście byli w kuchni i, sądząc po dźwiękach, z zaangażowaniem degustowali koniak.

Netbook leżał na swoim miejscu, owinięty starą ceratą.

Lena chwyciła go i wróciła do swojej kryjówki.

Ręce drżały jej tak bardzo, że ledwo trafiła w przycisk zasilania.

Ekran rozjarzył się słabym, gasnącym światłem.

Zostało piętnaście procent baterii.

To musiało wystarczyć.

Połączyła się z domową siecią i otworzyła komunikator.

Rodzinny czat krewnych męża, do którego kiedyś dodano ją wbrew jej woli, był pełen nieprzeczytanych wiadomości.

Lena przewinęła rozmowę w górę i zamarła.

Tydzień wcześniej, kiedy leżała w szpitalu i czekała na wyniki ostatniej biopsji, Antonina Pietrowna napisała do swojej córki Zinaidy:

„Zina, przygotuj się.

Lekarka powiedziała, że wyniki są złe.

Lena jest słaba jak szmata i nie będzie się sprzeciwiać.

Teraz jest najlepszy moment, żeby sprzedać jej działkę, dopóki nie może otworzyć ust.

Dima się zgodził, namówiłam go.

Gdy tylko ją wypiszą, od razu jedziemy na wycenę.

Artur już czeka w gotowości”.

Dalej była odpowiedź Zinaidy:

„Mamo, a jeśli się uprze?

W końcu to dom jej rodziców”.

I znowu teściowa:

„A co ona zrobi?

Wezwie policję?

Nawet własnego adresu nie potrafi sobie do końca przypomnieć.

Mieszam jej lekarstwa, żeby mocniej spała.

Nie będzie się opierać.

A nawet jeśli, będziemy miały pełnomocnictwo.

Byłam już u jej notariusza i wypytałam, jak uzyskać pełnomocnictwo ogólne, kiedy osoba jest niezdolna do czynności prawnych”.

Lena czytała te zdania raz po raz, czując narastające mdłości.

Oni to omawiali.

Omawiali wszystko za jej plecami, kiedy leżała pod kroplówkami.

Mąż, który całował ją w czoło i mówił „wszystko będzie dobrze”, już wcześniej „się zgodził”.

Teściowa była już u notariusza.

„Mieszam jej lekarstwa, żeby mocniej spała”.

To zdanie wbiło jej się w pamięć jak rozżarzone żelazo.

Lena przypomniała sobie, że po wizytach teściowej w szpitalu rzeczywiście czuła się gorzej.

Przypomniała sobie napady słabości i senności, które lekarze przypisywali skutkom ubocznym leczenia.

Zrobiła zrzut ekranu, na wszelki wypadek.

Gdyby netbook się rozładował, zostałby jej przynajmniej jakiś dowód.

W tym momencie z zewnątrz rozległ się głośny głos teściowej:

— Lena!

Gdzie jesteś?

Wyjdź, to niegrzeczne!

Artur potrzebuje kopii aktu własności.

Gdzie masz dokumenty?

Lena głęboko odetchnęła, poprawiła chustkę na głowie i otworzyła drzwi łazienki.

Wyszła na korytarz i zatrzymała się, patrząc na zaczerwienioną od koniaku teściową oraz skrępowanego agenta nieruchomości, który najwyraźniej chciał już wyjechać.

— Dokumentów tutaj nie ma.

Powiedziała Lena równym, pozbawionym życia głosem.

— Są w skrytce bankowej.

Klucz ma notariusz.

Beze mnie niczego nie dostaniecie.

To było kłamstwo.

Dokumenty leżały w szafie pod stosem pościeli.

Lena rozumiała jednak, że jeśli teściowa je znajdzie, po prostu zabierze je ze sobą i wtedy rozpocznie się prawdziwe piekło.

A tak Lena wciąż miała przewagę.

Słabą i niemal iluzoryczną, ale jednak przewagę.

Antonina Pietrowna zrobiła się purpurowa.

Koniak uderzył jej do głowy i cała udawana uprzejmość zniknęła w jednej chwili.

— Co ty kłamiesz, ty szmato?!

Wrzasnęła, plując śliną.

— Jaka skrytka?

Skąd miałabyś pieniądze na skrytkę?

Nie próbuj mnie zagadywać!

Wiem, że dokumenty są tutaj, w domu.

Pokaż, gdzie leżą!

— Powiedziałam, że są w banku.

Powtórzyła Lena i cofnęła się o krok.

Artur, który do tej pory w milczeniu obserwował kłótnię, nagle zatrzasnął teczkę i wstał.

Jego twarz straciła łagodny wyraz, a spojrzenie stało się ostre i uważne.

— Antonino Pietrowno,

powiedział lodowatym tonem,

— powiedziała mi pani, że właścicielka nie sprzeciwia się sprzedaży i jest gotowa udostępnić wszystkie dokumenty.

To nieprawda.

Widzę kobietę w skrajnym stresie, która nie wyraża zgody ani na oględziny, ani na transakcję.

Nie będę ryzykował licencji i reputacji z powodu państwa rodzinnych sporów.

To pachnie oszustwem.

— Arturku, kochany, co pan mówi!

Teściowa rozłożyła ręce.

— Ona po prostu kaprysi!

Ma depresję po szpitalu i dlatego dziwnie się zachowuje.

Zaraz się z nią dogadamy.

— Nie.

Artur zdecydowanie skierował się ku wyjściu.

— Wyjeżdżam.

Bez oryginału aktu własności i osobistego oświadczenia właścicielki niczego nie zrobię.

Za to grozi odpowiedzialność karna.

Szybkim krokiem przeszedł do furtki i zniknął za zakrętem.

Teściowa zamarła na sekundę, a potem wściekle chwyciła z werandy pusty dzbanek po herbacie i z rozmachem chlusnęła jego zawartością, resztką wody i liśćmi mięty, prosto w twarz Leny.

— Ty!

Wrzeszczała, podczas gdy Lena wycierała twarz rękawem.

— Wszystko zepsułaś, idiotko!

Pomyślałaś o Dimie?

Wiesz, w jaką przepaść lecimy?

Mogą zabrać nasze mieszkanie za długi!

A twoja działka stoi bezużyteczna!

Jesteś egoistką, Lena!

Myślisz tylko o sobie!

Wyciągnęła telefon z kieszeni i wybrała numer.

Lena, wciąż mokra i drżąca, ale już nie ze strachu, lecz z lodowatej determinacji, obserwowała ją w milczeniu.

— Zina!

Krzyknęła teściowa do telefonu.

— Przyjeżdżaj natychmiast!

Artur wyjechał, Lena robi problemy i kłamie, że dokumenty są w banku.

Musimy znaleźć je same.

Weź Sieriegę, niech pomoże, jeśli będzie się opierała.

Lena zrozumiała, że następne pół godziny zadecyduje o wszystkim.

Rzuciła się z powrotem do łazienki i chwyciła netbook.

Z piętnastu procent baterii zrobiło się jedenaście.

To wystarczy na jedną, najwyżej dwie wiadomości.

Otworzyła czat z sąsiadką, panią Wierą, która mieszkała dwie działki dalej i kiedyś pracowała jako radca prawny w urzędzie.

Nie były przyjaciółkami w zwykłym znaczeniu tego słowa.

Czasem Lena pomagała jej nosić ciężkie torby, a Wiera Pawłowna dzieliła się sadzonkami truskawek.

Ale kiedyś powiedziała:

„Gdyby coś się działo, Lena, tylko daj znać.

Twoją teściową wyczuję z kilometra.

Jest taka sama jak moja nieboszczka, prawdziwa żmija”.

Palce Leny skakały po klawiaturze:

„Wiero Pawłowno, oni są w domu.

Teściowa jest tutaj, a Zina zaraz przyjedzie.

Chcą znaleźć dokumenty i siłą zmusić mnie do sprzedaży działki.

Telefon został zniszczony.

Mam kontakt tylko przez to urządzenie.

Proszę mi pomóc”.

Odpowiedź przyszła po minucie:

„Trzymaj się.

Niczego nie podpisuj.

Bez twojej notarialnie potwierdzonej zgody nie zarejestrują nawet darowizny.

Zgodnie z prawem to twoja własność.

Jeśli nie pozwalają ci wyjść, to bezprawne pozbawienie wolności, artykuł 127.

Wzywam dzielnicowego i przewodniczącego stowarzyszenia.

Wytrzymaj piętnaście minut.

I jeszcze jedno: krzycz głośno, że ukradli ci lekarstwa i potrzebujesz karetki.

Na wezwania medyczne reagują szybciej”.

Lena ponownie przeczytała wiadomość i poczuła gulę w gardle.

Nie ze strachu, lecz z wdzięczności.

Nie była sama.

Na zewnątrz rozległ się odgłos nadjeżdżającego samochodu i głośny trzask drzwi.

Potem drugi.

Przyjechała Zinaida, kobieta o sylwetce zapaśniczki i głosie przypominającym syrenę okrętową.

Lena usłyszała, jak wpada na działkę, nawet nie trudząc się przywitaniem.

— No i gdzie jest ta obdarta kotka?

Zaryczała Zinaida.

— Wyłaź, Lena, musimy porozmawiać!

Lena odłożyła netbook i wyszła z łazienki.

Na werandzie już na nią czekali: teściowa z twarzą wykrzywioną złością, Zinaida w rozciągniętym dresie i jej mąż Sieriega, pryszczaty osiłek z rozbieganymi oczami, który natychmiast zagrodził wyjście z korytarza.

— Sprawa wygląda tak.

Zinaida oparła dłonie na biodrach.

— Nie chcesz po dobroci?

Będzie po złości.

Gdzie są dokumenty działki?

Pokaż, zanim będziemy musieli cię przeszukać.

— Nie powiem.

Lena próbowała mówić stanowczo, chociaż kolana zdradziecko jej drżały.

— Nie macie też prawa tu przebywać.

Dopuściliście się już naruszenia miru domowego.

Jeśli natychmiast nie wyjdziecie, złożę zawiadomienie.

Zinaida wybuchnęła grubym, szczekliwym śmiechem.

— Ona złoży zawiadomienie!

Przedrzeźniała ją.

— A kto ci uwierzy, idiotko?

Spójrz na siebie w lustrze.

Jesteś blada jak trujący grzyb i chwiejesz się od podmuchu wiatru.

Kogo obchodzą twoje zawiadomienia?

Jesteśmy rodziną, troszczymy się o ciebie, a ty straszysz nas policją.

Po tych słowach skinęła na Sieriegę.

Mężczyzna leniwie odkleił się od ściany, wszedł do salonu i zaczął otwierać szuflady komody.

Jedna po drugiej, bielizna, stare fotografie i dziecięce rysunki Leny lądowały na podłodze.

Antonina Pietrowna dołączyła do niego, przeglądając papiery drżącymi z chciwości rękami.

— Tutaj ich nie ma!

Warczęła.

— Szukaj lepiej, gdzieś je schowała!

Lena stała plecami przyciśnięta do ściany i patrzyła, jak obcy ludzie wywracają jej życie do góry nogami.

Stary serwis babci spadł i rozbił się.

Fotografie rodziców nad morzem rozsypały się po podłodze.

Zinaida wyciągnęła z dolnej szuflady kopertę z pieniędzmi, niewielkie oszczędności na czarną godzinę, które Lena odkładała grosz po groszu, i z zadowolonym uśmiechem wsunęła ją do kieszeni.

— Za straty moralne.

Wyjaśniła, przechwytując spojrzenie Leny.

— Szarpiesz nam nerwy, więc musisz to zrekompensować.

Wtedy Lena zrobiła coś, czego się nie spodziewali.

Chwyciła zza pleców stary żeliwny żelazko, które stało na półce jako ozdoba, i wystawiła je przed siebie.

— Jeszcze jeden krok, a zacznę się bronić.

Powiedziała cicho, ale w taki sposób, że Sieriega zatrzymał się w pół kroku.

— Mam na ręce szpitalną opaskę, a w szpitalu wiedzą, dokąd pojechałam.

Jeżeli coś mi się stanie, wszyscy traficie do więzienia.

Na chwilę w pokoju zapadła cisza.

Zinaida wymieniła spojrzenia z teściową.

Potem Sieriega prychnął i ruszył dalej.

— Daj spokój, co ty niby zrobisz?

Przecież jesteś ledwo żywa…

Nie zdążył dokończyć.

Od strony wjazdu do osiedla rozległ się ostry, narastający dźwięk policyjnej syreny.

Lena drgnęła i niemal upuściła żelazko.

Zinaida zamarła i zaczęła nasłuchiwać.

Antonina Pietrowna pobladła.

— Co to jest?

Wyszeptała.

— Skąd to się wzięło?

Syrena się zbliżała, a po chwili dołączył do niej odgłos kolejnego samochodu.

Przez okno było widać, jak w stronę furtki szybkim krokiem idzie Wiera Pawłowna z szalem narzuconym na ramiona.

Za nią szedł przewodniczący stowarzyszenia działkowców, potężny mężczyzna z łopatą trzymaną jak broń, oraz trzech innych sąsiadów.

Za nimi, z migającymi światłami, na końcu ulicy zatrzymał się radiowóz.

Wiera Pawłowna pierwsza podeszła do furtki i głośno, wyraźnie krzyknęła:

— Lena!

Żyjesz?

Jesteśmy tutaj!

Dzielnicowy jest z nami!

W tej samej chwili Zinaida rzuciła się do wyjścia, odpychając Sieriegę.

Antonina Pietrowna złapała się za serce i zaczęła osuwać się na podłogę.

Lena nie wiedziała, czy to prawdziwe omdlenie, czy przedstawienie, ale było jej wszystko jedno.

Odłożyła żelazko, spokojnie podeszła do furtki i odsunęła zasuwę.

Na progu stał dzielnicowy, niemłody kapitan o zmęczonych oczach, oraz dwóch funkcjonariuszy.

Za ich plecami stali przewodniczący i sąsiedzi z łopatami.

Nieco dalej, przy drodze, stał samochód Artura.

Sam agent nieruchomości, blady i przestraszony, coś tłumaczył policjantom, wymachując rękami.

— Obywatele, co tu się dzieje?

Zapytał dzielnicowy, oglądając zdemolowany salon, zapłakaną Lenę, leżącą na podłodze teściową i zastygłą w drzwiach Zinaidę.

— Ci ludzie,

Lena wskazała na krewnych,

— bezprawnie wtargnęli do mojego domu, próbowali przejąć dokumenty nieruchomości, ukradli pieniądze i grozili mi.

Wszystko zostało nagrane.

Podniosła netbook, na którego ekranie świeciła ikona nagrywania.

— Tutaj jest nagranie całej rozmowy.

Dzielnicowy skinął głową i zrobił krok naprzód.

Zinaida cofnęła się, mamrocząc:

— To sprawa rodzinna!

Ona kłamie!

Jesteśmy krewnymi, mamy prawo…

— Prawo do czego?

Przerwał jej policjant.

— Do kradzieży i włamania?

Proszę przejść z nami na komisariat.

W tym momencie na drodze pojawił się kolejny samochód.

Było to stare zagraniczne auto męża.

Drzwi się otworzyły i z wnętrza wyskoczył Dima, rozczochrany, z obłąkanymi oczami.

Podbiegł do furtki i próbował dostać się do środka, ale jeden z policjantów zastąpił mu drogę.

— To moja żona!

Krzyknął Dima.

— Jakim prawem?

Lena, powiedz im!

To nieporozumienie!

Mama po prostu się zdenerwowała!

Lena wyszła na ganek i spojrzała na męża.

Po raz pierwszy od wielu lat nie patrzyła na niego z miłością, nadzieją ani litością.

Patrzyła spokojnie i trzeźwo, jak na obcego człowieka stojącego w kolejce.

— Dima,

powiedziała cicho,

— tutaj jest twoje nagranie.

Wiedziałeś o planie swojej matki.

Rozmawiałeś z nią o sprzedaży mojego domu, kiedy leżałam w szpitalu.

Pozwoliłeś jej podawać mi lekarstwa, żebym była bardziej uległa.

Składam pozew o rozwód.

I o podział majątku.

Mieszkanie, na które zaciągałeś kredyty bez mojej zgody, też podzielimy, nie martw się.

Twarz Dimy pobielała.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie zdołał wydobyć z siebie ani słowa.

— I jeszcze jedno.

Lena odwróciła się do dzielnicowego.

— Podczas mojego pobytu w szpitalu odnotowano epizody pogorszenia stanu zdrowia po wizytach Antoniny Pietrowny.

Chcę złożyć osobne zawiadomienie dotyczące narażenia mojego zdrowia.

Proszę zbadać leki, które mi podawała.

Teściowa, która leżała na podłodze, nagle przestała charczeć i żwawo zerwała się na nogi.

Omdlenie okazało się przedstawieniem.

— Nie odważysz się!

Wrzasnęła.

— Wyciągnęliśmy cię z błota!

Jesteś nam wszystkim coś winna!

Lena spojrzała na nią długo i spokojnie, po czym pokręciła głową.

— Niczego wam nie jestem winna, Antonino Pietrowno.

Sami wpakowaliście się w to błoto.

A ja się z niego wydostałam.

Sama.

Policjanci wyprowadzili Zinaidę, Sieriegę i opierającą się Antoninę Pietrownę.

Artura również poproszono o pojechanie na komisariat w celu złożenia zeznań jako świadek.

Skinął głową, rzucając Lenie pełne winy spojrzenie.

Dima jeszcze przez chwilę stał przy furtce, próbując coś powiedzieć, ale Wiera Pawłowna bez słowa wzięła go za łokieć i wyprowadziła poza teren posesji, dokładnie zamykając za nim furtkę.

Lena została na werandzie.

Wokół krzątali się sąsiedzi, zamiatali odłamki i ustawiali krzesła na miejsca.

Wiera Pawłowna siedziała obok, głaskała ją po dłoni i nie zadawała zbędnych pytań.

Dziesięć dni później Lena siedziała na tej samej werandzie z telefonem w dłoniach i czytała dwie wiadomości.

Pierwsza była ze szpitala:

„Wyniki biopsji są ujemne.

Remisja została potwierdzona.

Proszę tak trzymać”.

Druga pochodziła od adwokata:

„Pozew o rozwód i podział majątku został zarejestrowany.

Nagrania audio dołączono do akt.

W związku z samowolnym działaniem wszczęto postępowanie administracyjne.

Szanse na odszkodowanie za krzywdę moralną są bardzo wysokie”.

Lena odłożyła telefon i oparła się o oparcie fotela.

Słońce ogrzewało czubek jej głowy, na którym nowe, zdrowe włosy zaczynały się już kręcić.

Tego samego wieczoru ktoś podszedł do furtki.

Lena wyszła na ganek i zobaczyła Antoninę Pietrownę.

Stała, trzymając się sztachet, postarzała o dziesięć lat, z drżącymi ustami.

W dłoniach miała torbę z jakimiś prezentami.

— Lenoczko,

głos teściowej drżał,

— przyszłam prosić o wybaczenie.

Diabeł mnie opętał, córeczko.

Wszystkiemu winna jest Zina, to ona podsunęła mi ten pomysł.

Zapomnijmy o wszystkim jak o strasznym śnie.

Wycofaj zawiadomienie, błagam cię na Boga.

Kariera Dimy się rozpada, ciągle ciągają nas na przesłuchania…

Lena podeszła do furtki, ale jej nie otworzyła.

Stała i patrzyła na kobietę, która prawie zniszczyła jej życie, i niczego nie czuła.

Ani gniewu, ani satysfakcji, ani litości.

Tylko spokojną, wycierpianą pewność, że ma rację.

— Antonino Pietrowno,

powiedziała, patrząc jej prosto w oczy,

— wasze plany zakończyły się tutaj, przy tym ogrodzeniu, jeszcze tamtego dnia.

I moje stare życie również zakończyło się w tym samym miejscu.

Zaczynam nowe.

Bez was.

Zamknęła furtkę przed nosem teściowej i, nie oglądając się, poszła do domu.

Następnego dnia na ogrodzeniu pojawiła się nowa, jasnoniebieska skrzynka pocztowa z pięknym białym napisem:

„Dom Eleny.

Osobom postronnym wstęp wzbroniony”.

Miesiąc później adwokat przesłał jej ostateczne zawiadomienie.

Sąd uwzględnił roszczenie o odszkodowanie za krzywdę moralną i zobowiązał teściową oraz Zinaidę do zwrotu skradzionych pieniędzy, kosztów sądowych i wydatków na leczenie.

Kwota była tak wysoka, że Antonina Pietrowna musiała wystawić na sprzedaż złotą biżuterię i stare futro.

W sprawie samowolnego działania i bezprawnego pozbawienia wolności prowadzono osobne postępowanie.

Jak napisał adwokat, „perspektywy pozwanych są wyjątkowo niekorzystne”.

Lena jeszcze raz przeczytała pismo, schowała je do teczki z dokumentami i wyszła do ogrodu.

Sezon na maliny już się skończył, ale jabłka na starej antonówce napełniły się sokiem i zapowiadały obfite zbiory.

Zerwała jedno, najbardziej rumiane, i z chrupnięciem ugryzła.

Jabłko było słodko-kwaśne, cierpkie i niewiarygodnie smaczne.

Smakowało jak nowe życie, w którym nigdy więcej nie pozwoli nikomu decydować za siebie.