Na próżno myślała, że biznes należy do nich.
— Iroczko, zostaw klucze na komodzie.

I zapisz na karteczce hasło do strony firmowej.
Kristineczka będzie teraz sama wszystkim zarządzać, ma więcej obserwujących.
Opuściłam wilgotną szmatkę na gładki modrzew tarasu.
Pachniało świeżym cedrem i rzeczną wilgocią, nasz glamping stał nad samym brzegiem Upy, pół godziny jazdy od Tuły.
Dwa modne domki kopułowe z panoramicznymi oknami, drewniane podesty, syberyjskie balie opalane drewnem, które zamawialiśmy bezpośrednio z Ałtaju za szalone pieniądze.
Moja sprzedana kawalerka na obrzeżach poszła tutaj cała, co do ostatniej kopiejki.
— Jaka Kristineczka, Antonino Siemionowno?
Nasza administratorka na półtora etatu?
— No dlaczego od razu administratorka, — odezwał się Dima.
Siedział w wiszącym, plecionym fotelu z rattanu.
— Kristina teraz będzie ze mną, składamy wniosek do urzędu stanu cywilnego.
Ira, tobie i tak wygodniej w mieście, jesteś architektką krajobrazu, znajdziesz zlecenia.
A my tutaj musimy się rozwijać.
Kristina spodziewa się dziecka, potrzebuje powietrza.
Dima poprawił kaptur swojej nowej neonowej bluzy, kupionej z utargu z majowych rezerwacji.
— Dzieciątka, tak, — słodko pokiwała głową teściowa, przysuwając do siebie kubek z herbatą.
— Biznes potrzebuje młodej, zwinnej gospodyni.
A ty się nie gniewaj, Iroczko.
Ziemia pod bazą jest moja, udział kołchozowy, zapisany na mnie.
Więc zgodnie z prawem wszystko tutaj jest nasze.
Zbierz swoje dziewczyńskie rzeczy do wieczora, Dimka podrzuci cię naszą Niwą do trasy, a potem wsiądziesz w busa.
Spojrzałam na sucharek w pulchnych palcach teściowej.
Na jej nadgarstku połyskiwała złota bransoletka, prezent od syna na jubileusz, kupiony z kasy glampingu.
Przez sekundę w piersi zapłonęła mi złość, ale zmusiłam się do wydechu.
Opuściłam wzrok na swoje dżinsy ubrudzone tulską czarnoziemną ziemią, bo dopiero rano skończyłam sadzić odmianowe hortensje wzdłuż ścieżki.
— Czyli ziemia jest wasza, a biznes wspólny?
— A czyj niby? — Dima w końcu podniósł oczy.
— Ziemia jest mamy, twarzą glampingu jestem ja.
Ty tylko poustawiałaś dekoracje i położyłaś trawę, za to dziękuję.
— Tylko bez scen, dobrze? — burknął Dima, wchodząc za mną do domku-sfery.
— Spakuj rzeczy porządnie, naczyń nie bierz, były kupowane pod wystrój kopuły.
Sięgnął do szafki nocnej, żeby zabrać służbowy tablet, ale byłam szybsza.
Mąż zapomniał zamknąć kartę komunikatora i tuż przed moimi oczami wisiała jego wczorajsza korespondencja z Kristiną.
„Dimczik, najważniejsze, żebyś wystawił ją przed weekendem”, pisała przyszła „młoda gospodyni”.
„Bo inaczej zobaczy rezerwacje na czerwiec i anuluje wszystkie zaliczki.
Na kartach wisi prawie sześćset tysięcy, akurat wystarczy nam na wózek Stokke i poród w prywatnej klinice.”
Dima szarpnął się, próbując wyrwać tablet, ale spokojnie zablokowałam ekran i wrzuciłam urządzenie do mojej torby roboczej.
— To mój sprzęt, — powiedziałam chłodno.
— Wózek wybierzcie prostszy, używany na Avito.
— Co ty, kraść zaczęłaś?
My ci po ludzku zaproponowaliśmy!
Nie odpowiedziałam.
Zamiast tego wyciągnęłam z plecaka grubą plastikową teczkę z napisem „Baza 2022–2025”.
Moja mama, wicedyrektorka z trzydziestoletnim stażem, trzy lata temu dosłownie położyła się kością u notariusza w Tule.
„Żadnych ustnych umów na cudzej ziemi, Ira”, powtarzała wtedy.
„Sprzedajesz swoją kawalerkę — sporządzaj umowę pożyczki na teściową pod zastaw tego samego udziału.
Albo niech wydzieli ci część.”
Wtedy Antonina Siemionowna zgrzytała zębami, ale umowę pożyczki na trzy i pół miliona podpisała, bo bardzo chciała dostać dotację rolną na rozwój turystyki, do której potrzebna była gotowa infrastruktura.
Oprócz tej umowy w teczce starannie, plik po pliku, leżały paragony, umowy z wykonawcami i faktury na same kopuły, piece, syberyjskie balie, a nawet na każdą tuję odmiany „Brabant” kupioną w szkółce.
Razem prawie cztery miliony i wszystko było wystawione na mnie.
— Po ludzku, tak? — zapięłam zamek plecaka.
— Dobrze.
Będzie po ludzku.
— Jaki jeszcze kwit?!
Nie zawracaj mi głowy, Irka! — zapiszczała teściowa, kiedy wyszliśmy na werandę głównej kopuły.
Milcząc, położyłam na drewnianym stole kopię umowy pożyczki z niebieską pieczęcią notariuszki Gołobołowej.
— Ten, Antonino Siemionowno.
Trzy i pół miliona rubli.
Plus odsetki za opóźnienie według stopy kluczowej Banku Centralnego.
Na dziś narosło jeszcze czterysta tysięcy.
Kopia pozwu o odzyskanie długu i zajęcie waszego udziału w ziemi jutro trafi do sądu.
Teściowa wytrzeszczyła oczy, przeniosła wzrok na Dimę, ale on tylko stał zdezorientowany, przerzucając spojrzenie z umowy na mnie.
— Oj… — nagle westchnęła Antonina Siemionowna i zachwiała się.
— Oj, serce…
Dimka, łap…
Osunęła się do tyłu prosto na szary designerski leżak, który zamówiłam w zeszłym miesiącu do strefy ogniskowej.
Teściowa wywróciła oczami, wolną ręką chwyciła się za lewą stronę piersi i zaczęła oddychać szybko, bardzo szybko.
— Mamo! — Dima rzucił się do niej, przerażony klepiąc ją po policzkach.
— Mamo, źle ci?
Ira, przynieś korwalol z apteczki w pierwszym domku!
Szybko!
Doprowadzisz człowieka do zawału!
Nawet nie ruszyłam się z miejsca.
Podeszłam krok bliżej leżaka i spojrzałam na teściową.
Prawą ręką Antonina Siemionowna mocnym chwytem przyciskała do siebie wysoki szklany kubek ze świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym.
Sok był zimny, na szkle pojawiły się kropelki kondensacji, ale ręka teściowej nie drżała.
Ani jedna pomarańczowa kropla nie spadła na drogą deskę tarasową.
— Apteczka w pierwszej kopule jest pusta, Dima, — zauważyłam spokojnie.
— I korwalolu tam nie ma.
A Antoninie Siemionownie on nie jest potrzebny.
Zobacz, jak trzyma szklankę.
Z takim napięciem mięśni ludzie biegają setkę.
Teściowa uchyliła jedno oko, złośliwie spojrzała na mnie i znów jęknęła, ale szklanki tak nie wypuściła.
Następnego dnia.
— Co wy wyprawiacie?!
Stać! — pisk Kristiny zagłuszył ciężki ryk dieslowskiego KamAZ-a, który wjeżdżał na działkę prosto po dekoracyjnym krawężniku.
Była dokładnie ósma rano.
Na plac przed glampingiem wytoczyły się trzy pomarańczowe manipulatory.
Za nimi zaparkowała Gazela z ekipą dziesięciu facetów w roboczych kombinezonach.
Był z nimi mój prawnik Siergiej, z grubą teczką dokumentów pod pachą.
— Ira, oszalałaś?!
Dzwoń po policję, Dimka! — Antonina Siemionowna wybiegła na ganek w samym szlafroku, dusząc się ze złości.
— Okradają nas w biały dzień!
— Policja już wie, — spokojnie odpowiedział Siergiej, pokazując teściowej oficjalne zawiadomienie.
— Demontowane jest mienie należące do jednoosobowej działalności gospodarczej Smirnowej Iriny Jurjewny.
Oto paragony i umowy kupna-sprzedaży konstrukcji.
Ziemia jest wasza, nie rościmy sobie do niej praw.
Ale wszystko, co stoi na niej, odjeżdża do prawowitej właścicielki.
Zaczęła się totalna rozbiórka bazy.
Dwóch robotników otworzyło zawory spustowe syberyjskich balii.
Mętna, ciepła woda z hukiem chlusnęła prosto na żwirową ścieżkę, rozmywając starannie ułożoną podsypkę.
Każda taka balia z ałtajskiego cedru kosztowała po dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli.
Po dziesięciu minutach pasy objęły masywne drewniane boki i pierwsza balia zawisła w powietrzu, wolno kołysząc się na ramieniu dźwigu.
Wewnątrz domków-kopuł stukały młotki.
Robotnicy wynosili skórzane fotele, projektory, odkręcali designerskie piece-kominki „Wezuwiusz”.
W tym czasie ekipa ogrodnicza ostrożnie podcinała łopatami i zwijała w rolki szmaragdowy trawnik, za który osobiście płaciłam szkółce zeszłej jesieni.
Dwóch chłopaków wykopywało z korzeniami odmianowe tuje „Smaragd” i japońskie wierzby.
Dima biegał wokół samochodów w domowych klapkach na gołe stopy, próbując chwytać robotników za kurtki, ale stanowczo odsuwano go ramieniem.
Kristina stała przy płocie, rozmazując po twarzy drogi tusz do rzęs, i coś pisała w telefonie, szlochając na całą wieś.
— To rabunek!
Podamy was do sądu! — krzyczał Dima.
— Podawajcie, — uśmiechnęłam się, obserwując, jak na platformę ładują rozebraną drewnianą werandę.
Siedem godzin później.
— Władajcie sobie, Antonino Siemionowno.
Ziemia przecież wasza, jak się umawialiśmy, — opuściłam szybę samochodu.
Była czwarta po południu.
Ostatni KamAZ odjechał, zasnuwając płot chmurą sinego dieslowskiego dymu.
W miejscu naszego „rajskiego zakątka” leżało teraz gliniaste pole rozryte ciężkimi kołami.
Rdzawa maź powoli wypełniała głębokie koleiny.
Pośrodku tej szaro-brązowej pustyni samotnie sterczały szare plastikowe kielichy rur kanalizacyjnych i urwane końcówki kabli.
Podałam przez okno odrętwiałemu Dmitrijowi grubą białą kopertę.
— Tutaj jest protokół wykonanych prac demontażowych i kopia pozwu.
Siedem milionów dwieście tysięcy rubli.
Wchodzi w to kwota pożyczki z odsetkami oraz odszkodowanie za odmianowe sadzonki, które próbowaliście zablokować przy wyjeździe.
Jeśli w ciągu miesiąca pieniędzy nie będzie na moim koncie, prawnik złoży wniosek o zajęcie działki.
Wasz udział pójdzie na licytację pod zabezpieczenie długu.
Kristina siedziała na swojej walizce prosto przy poboczu, oglądając białe adidasy ubrudzone gliną.
— Dim, mówiłeś, że baza jest twoja, — syknęła cicho, ze złą łzą w głosie.
— I dokąd mam teraz iść?
Dima milczał.
Jego neonowa bluza była zachlapana błotem, a na twarzy zastygł wyraz kompletnego zagubienia dziecka, któremu odebrano cudzą zabawkę.
Kristina odjechała tego samego wieczoru, łapiąc ciężarówkę do Aleksina.
O ile wiem, więcej w naszych stronach jej nie widziano, instagramowa blogerka szybko znalazła sobie nowe „oblicze marki” gdzieś pod Podolskiem.
Dima został z matką w starej kawalerce, próbując sprzedać dziadkową Niwę i znaleźć jakąkolwiek pracę, żeby spłacać milionowy dług.
Ich ziemia jest teraz zajęta: nie mogą jej ani sprzedać, ani wynająć.







