Matka męża dzwoniła do niego codziennie o siódmej rano i budziła wszystkich.

To uświadomienie było dla niej bolesne.

Telefon leżał na szafce nocnej po jego stronie łóżka.

Już pierwszy wibracyjny brzęk przeciął przedświtową ciszę.

Wiktor drgnął, mruknął coś niewyraźnie i sięgnął po aparat.

Nastia, jego żona, zacisnęła powieki, próbując utrzymać się w ostatnich strzępach snu, ale na próżno.

Za ścianą, w pokoju dziecięcym, zaczynało się już szuranie, a po chwili rozległ się cienki, niezadowolony szloch ich dwuletniego Aloszy.

— Witia, dzień dobry, słoneczko! — zabrzmiał w słuchawce rześki, dźwięczny głos.

— Pobudka! Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!

— Mamo… dzień dobry — burknął Wiktor, z trudem rozklejając sklejone snem powieki.

— Jakie tam „dzień dobry”, robocze!

Ja już byłam w całodobowym po chleb i mleko.

Powiedz, jakie macie plany na dziś?

Trzeba się skoordynować.

Może wpadniecie?

Albo ja do was?

Piekę placek z kapustą, trzeba wam dać.

I zaczęło się.

Omawianie planów, wysłuchiwanie wieści o sąsiadach, o cenach w sklepie, o prognozach pogody.

Wiktor siedział na skraju łóżka, zwieszając głowę, i odpowiadał jednosylabowo: „Mhm”, „Rozumiem”, „Dobrze”.

Nastia leżała, patrząc w sufit, i czuła, jak ziarnko po ziarnku ucieka bezcenny spokój niedzielnego poranka, dla którego harowała cały tydzień w pracy.

A z pokoju dziecięcego dobiegał już natarczywy płacz — Aloszę obudzono ostatecznie i teraz już nie zaśnie.

Nastia próbowała porozmawiać z mężem.

— Witia, nie dałoby się jakoś… wyjaśnić jej?

Niech dzwoni o dziewiątej.

Chociaż w weekendy.

Choćby o ósmej trzydzieści!

My też jesteśmy ludźmi, chcemy się wyspać.

Wiktor się krzywił, było mu niezręcznie.

— Ona nie robi tego ze złośliwości.

Po prostu jest przyzwyczajona do wczesnego wstawania.

I chce jako pierwsza usłyszeć mój głos.

Uważa to za ważne.

To przecież wzruszające.

— Wzruszające to jest dać komuś kwiaty.

Dzwonić w niedzielę o siódmej rano to tyrania.

Przecież ona za każdym razem budzi dziecko!

Wiktor próbował porozmawiać z matką.

Pewnej soboty, po piątym sygnale, odebrał i ostrożnie powiedział:

— Mamo, słuchaj, może w weekendy mogłabyś dzwonić trochę później?

Ja, Nastia i Alosza jeszcze wtedy śpimy…

W słuchawce zapadła taka grobowa cisza, że dało się usłyszeć szuranie nóg sąsiada z góry.

— Co?

Przeszkadzam ci? — głos Niny Fiodorowny zadrżał, nabierając tonu głębokiej, nieodwracalnej urazy.

— Ja tylko chcę cię usłyszeć, zanim dzień się zacznie, kiedy myśli są jeszcze świeże!

To co, odrzucasz mnie?

Może w ogóle przestanę dzwonić, skoro jestem dla ciebie takim ciężarem…

Przez dziesięć minut musiał przepraszać i przekonywać, że nie to miał na myśli, że zawsze się cieszy z jej telefonów.

Telefony trwały nadal.

Równo o siódmej.

Nastia proponowała radykalne środki.

— Po prostu ustawiajmy w weekendy telefon na tryb cichy.

I już.

Wiktor patrzył na nią jak na zdrajczynię.

— Co ty mówisz?

A jeśli jej się coś stanie, a my nie usłyszymy?

Serce ją złapie?

Ciśnienie?

Ona oszaleje z niepokoju, jeśli nie odbiorę.

A potem będę się obwiniał przez całe życie.

Koło się zamykało.

Nastia zamilkła, rozumiejąc, że logika jest tu bezsilna.

Tu rządziły uczucia.

Poczucie winy Wiktora wobec samotnej matki i jej poczucie własności wobec syna, które wyrażało się w prawie do tego, by jako pierwsza zaznaczać swoją obecność.

Przełom nastąpił w jedną z sobót.

Alosza już wieczorem dostał gorączki.

Słupek termometru doszedł do czterdziestu.

Młodzi rodzice spędzili noc w chaosie: okłady, syropy, czopki.

Temperatura spadała tylko na chwilę i znów szła w górę.

Nad ranem, po kolejnej dawce leku przeciwgorączkowego, wreszcie ustąpiła.

Wyczerpani, ona i Wiktor padli do łóżka obok wreszcie uśpionego dziecka o piątej rano.

Równo o siódmej zero zero telefon na szafce nocnej eksplodował przenikliwą melodią z radzieckiego filmu, którą Nina Fiodorowna ustawiła synowi na swój numer.

Wiktor zerwał się jak oparzony.

Nastia jęknęła, wtulając twarz w poduszkę.

Ale było za późno.

Z pokoju dziecięcego dobiegł słaby, ochrypły płacz, który szybko nabierał siły, przechodząc w rozpaczliwy ryk.

Chory, niewyspany Alosza został obudzony.

Ostatecznie.

Wiktor, z twarzą człowieka idącego na szafot, odebrał.

— Tak, mamo… nie, wszystko w porządku… Alosza po prostu… tak, trochę zachorował… Nie, nie, nie trzeba przyjeżdżać!

Wszystko jest pod kontrolą… Dziękuję… Dobrze… Zadzwonimy później.

Odłożył słuchawkę i zamknął oczy.

W pokoju rozbrzmiewał rozdzierający serce płacz.

Nastia była już na nogach, kołysała na rękach rozpalonego, krzyczącego Aloszę.

Jej twarz była blada, pod oczami miała sine cienie.

— Witia.

To koniec.

Ja już tak nie mogę.

Rozwiąż ten problem.

Teraz.

Powiedz jej, że jeśli zadzwoni choć jeszcze raz w weekend o tej porze, zmienimy numer i nie damy jej nowego.

Wiktor znów otworzył oczy.

Nie było w nich współczucia dla żony i chorego syna, tylko irytacja.

Zmęczona, beznadziejna irytacja nierozwiązywalnym, wiecznym problemem.

— Daj już spokój! — rzucił przez zęby, zrywając się.

— I tak nie posłucha!

Przecież ją znasz!

Co ja mogę zrobić?

Ona jest… taka!

Wyznanie całkowitej bezsilności.

Kapitulacja.

Nastia zrozumiała, że wszystko musi zrobić sama.

Jeśli logika i prośby nie działają, trzeba mówić językiem, który teściowa zrozumie.

W pamięci wypłynęła stara mądrość, którą kiedyś powiedział jej zmarły ojciec: „Jeśli nie możesz czegoś zmienić — to stań na czele!”.

W środę wieczorem, dokładnie o dwudziestej trzeciej zero zero, Nastia wybrała numer matki męża.

— Dobry wieczór, Nino Fiodorowno, tu Nastia.

Chciałam tylko zapytać, co u pani słychać.

Jak się pani czuje?

W słuchawce zapadło krótkie, oszołomione milczenie.

— Nastia?

Tak… wszystko w porządku.

Kończę oglądać mój ulubiony serial, nie mogłabyś zadzwonić jutro?

Jest już prawie noc.

— Oj, przepraszam, nawet nie zauważyłam, która godzina! — szczerze zawołała Nastia.

— Po prostu taki dziś był dzień, że aż mi się w głowie kręci.

Wie pani, u nas w pracy ta historia ze sprawozdawczością… — I pogrążyła się w szczegółowej, zawiłej opowieści o sporze z księgowością, przytaczając dialogi, cytując wymyślone polecenia, pytając o radę na każdym kroku.

Rozmowa trwała czterdzieści minut i nie zapowiadało się na koniec.

Nina Fiodorowna próbowała wtrącić słowo, zmienić temat, ale Nastia, łagodnie i stanowczo, wracała do szczegółów.

Skończyła podniesionym tonem: „Bardzo pani dziękuję, że mnie pani wysłuchała!

Jak dobrze, że jest się z kim poradzić!

Dobranoc!”.

W czwartek, równo o dwudziestej trzeciej zero zero, telefon powtórzył się.

— Nino Fiodorowno, dobry wieczór!

To znowu ja.

Przypomniało mi się, że ostatnio opowiadała pani Witi o swojej sąsiadce, która robi remont… U nas podobna sytuacja… I jeszcze jedno pytanie: czy używała pani kiedyś takiego środka na grzybicę?

Widziałam w reklamie, ale nie jestem pewna…

W piątek Nina Fiodorowna nie wytrzymała.

Jej ulubiony serial został zerwany po raz trzeci w najciekawszym momencie przez szczegółową analizę kłótni Nastii z konduktorem w autobusie.

— Nastia — przerwała jej teściowa, i w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiało nie zakłopotanie, lecz bezpośrednia, zdumiona irytacja.

— Dlaczego dzwonisz tak późno?

Przecież już noc.

Ludzie odpoczywają, szykują się do snu.

— Och, czy istnieje niewygodna pora, żeby zapytać o zdrowie i sprawy bliskiej osoby? — powiedziała Nastia miłym, lekko zdziwionym głosem.

— Po prostu tak się stęskniłam za naszymi serdecznymi rozmowami.

I tak bardzo chcę, żeby była pani pierwszą osobą, z którą podzielę się nowinami przed snem.

Ja tylko idę pani przykładem, Nino Fiodorowno.

To pani mnie zainspirowała.

Cisza w słuchawce była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.

Słychać było w niej powolne, ciężkie uświadomienie.

Uświadomienie, że gra, której zasady teściowa sama ustanowiła, nagle obróciła się przeciwko niej.

— Ja… rozumiem, ale po co tak od razu.

Można było po prostu powiedzieć — zakończyła rozmowę obrażona Nina Fiodorowna.

— Dobranoc.

W następną sobotę, o szóstej pięćdziesiąt dziewięć, Nastia leżała z otwartymi oczami, wsłuchując się w ciszę.

Siódma pięć.

Cisza.

Od tamtej pory telefon nie dzwonił już tak wcześnie.

Nina Fiodorowna odzywała się po dziesiątej.

Zaczęła pytać, czy nie śpią, zanim zaczynała rozmowę.

Wiktor nigdy nie zrozumiał, jak doszło do tej cudownej przemiany.

Tylko z ulgą wzdychał, gdy w sobotę budziło go nie dźwięczne matczyne „Witia, wstawaj!”, lecz łagodne promienie słońca.

Nastia zaś, budząc się w ciszy, myślała o prostej prawdzie.

Niektórzy ludzie rozumieją tylko język czynów.

Czasem, żeby zaprowadzić pokój we własnym domu, trzeba delikatnie, ale stanowczo pokazać drugiej osobie, jak to jest, gdy cudzy styl życia staje się twoim problemem.