— A pani to kto? — zapytali mnie goście.

— Nasza gosposia, — odpowiedziała bez mrugnięcia okiem moja teściowa.

Zastygłam w drzwiach salonu z tacą w rękach, na której parowały filiżanki z kawą.

Goście — dwie eleganckie kobiety około pięćdziesiątki w drogich kostiumach — patrzyli na mnie z ciekawością.

— A pani to kto?

— zapytała jedna z nich, ta z perłowym naszyjnikiem.

Otworzyłam usta, żeby się przedstawić, ale Ałła Borisowna, moja teściowa, uprzedziła mnie:

— Nasza gosposia.

Oleńka.

Bardzo obowiązkowa dziewczyna.

Słowa zabrzmiały lekko, codziennie, jakby ogłaszała prognozę pogody.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle.

Taca lekko zadrżała mi w rękach.

— Rozumiem, — kiwnęła głową dama z perłami.

— A ja myślałam, że może jakaś krewna.

— Ale skąd, jaka krewna, — roześmiała się Ałła Borisowna.

— To tylko pomoc domowa.

Postaw tacę na stoliku, Oleńka, i idź.

Zawołamy cię, jeśli coś będzie potrzebne.

Ostrożnie postawiłam tacę na stoliku kawowym, odwróciłam się i wyszłam z pokoju.

Na korytarzu zatrzymałam się i oparłam o ścianę.

Ręce mi drżały.

Gosposia.

Nazwała mnie gosposią przy swoich koleżankach.

Mnie, Olgę Siergiejewą, żonę jej syna, matkę jej wnuczki, człowieka, który mieszka w tym domu już cztery lata.

— Kawa gotowa?

— na korytarz wyszedł Maksim, mój mąż.

Miał na sobie domowe dżinsy i sweter, był rozczochrany i zadowolony.

— Tak, zaniosłam.

— Super.

— Cmoknął mnie w policzek.

— Jak się czujesz?

Wszystko w porządku?

Spojrzałam na niego:

— Maks, twoja mama przedstawiła mnie swoim koleżankom jako gosposię.

Zmarszczył brwi:

— Co?

— Przed chwilą.

Zapytały, kim jestem, a ona powiedziała — gosposia.

Maksim potarł nasadę nosa:

— Pewnie żartowała.

— To nie brzmiało jak żart.

— No, mama czasem lubi sobie dogryźć.

Nie zwracaj uwagi.

— Maks, przy obcych ludziach nazwano mnie gosposią.

Jak mam nie zwracać uwagi?

Objął mnie za ramiona:

— Ola, nie rozdmuchuj tego.

Zaraz do niej wejdę i pogadam.

— Nie, nie trzeba, — wyswobodziłam się.

— Nie chcę robić sceny przy gościach.

— To pogadajmy wieczorem.

Dobrze?

Kiwnęłam głową.

Maksim wrócił do salonu, a ja poszłam do kuchni — dokończyć sałatkę na obiad.

Wieczorem, kiedy goście wyjechali, a Ałła Borisowna poszła do swojego pokoju, Maksim przyszedł do mnie do kuchni.

Zmywałam naczynia, a on usiadł na stołku.

— Ola, rozmawiałem z mamą.

— I co powiedziała?

— Że naprawdę żartowała.

Coś w stylu, że tak dobrze nakrywasz do stołu, że jej koleżanki mogłyby pozazdrościć jej gosposi.

Zakreciłam wodę i odwróciłam się do niego:

— Maksim, to nie jest żart.

Powiedziała: „Nasza gosposia.

Bardzo obowiązkowa dziewczyna”.

Dosłownie.

— Może źle odebrałaś ton.

— Odbierałam wszystko dobrze.

Twoje gościnie patrzyły na mnie jak na służącą.

A twoja mama nawet nie przedstawiła mnie z imienia i nazwiska.

Maksim wstał i podszedł bliżej:

— Ola, no czego chcesz?

Żebym pokłócił się z mamą?

— Chcę, żeby mnie w tym domu szanowano.

— Mama cię szanuje.

— Naprawdę?

To dlaczego mam gotować obiady dla jej gości?

Dlaczego mam po wszystkich sprzątać?

Dlaczego mam podawać kawę?

— Bo mieszkamy w jej domu.

Słowa zawisły w powietrzu.

Powoli zdjęłam fartuch i powiesiłam go na haczyku.

— Rozumiem.

W jej domu.

— Ola, nie to miałem na myśli.

— A co miałeś na myśli?

Że skoro mieszkamy tu za darmo, to mam być wdzięczna?

I odgrywać rolę gosposi?

— Nie przekręcaj.

— Ja nie przekręcam!

Maks, jesteśmy małżeństwem od czterech lat!

Mamy córkę!

A twoja matka nadal traktuje mnie jak chwilową niedogodność!

Maksim przetarł twarz dłońmi:

— Nie kłóćmy się.

— Ja się nie kłócę.

Próbuję do ciebie dotrzeć.

Zamilkł.

Wypuściłam powietrze:

— Dobra.

Zapomnijmy.

Ale w środku coś we mnie pękło.

I wiedziałam, że nie da się tego zapomnieć.

Następnego ranka Ałła Borisowna zaprosiła mnie do swojego pokoju.

Siedziała w fotelu, elegancka nawet w domowym szlafroku, z filiżanką herbaty w dłoni.

— Usiądź, Oleńka.

Usiadłam na brzegu kanapy.

— Maksim powiedział, że wczoraj się obraziłaś.

— Tak, trochę.

— I zupełnie niepotrzebnie.

— Upiła łyk herbaty.

— Po prostu nie chciałam wdawać się w szczegóły przy koleżankach.

Tłumaczyć, że jesteś żoną Maksima, że macie córkę…

To zajęłoby czas.

— Można było po prostu powiedzieć — to Ola, żona Maksima.

— Można było.

Ale sama rozumiesz, Oleńka, że koleżanki od razu zaczęłyby wypytywać.

Gdzie się poznaliście, kiedy był ślub, jakie dziecko…

Nie chciałam urządzać przesłuchania.

— Czyli łatwiej było nazwać mnie gosposią.

Ałła Borisowna odstawiła filiżankę na stolik:

— Nie przekręcaj.

Powiedziałam, że pomagasz w domu.

A to prawda, czy nie?

— Ja tu mieszkam.

Jestem członkiem rodziny.

— Oczywiście, oczywiście.

Ale zgodzisz się, że główna praca domowa jest na tobie.

Ja nie jestem już młoda, ciężko mi zajmować się sprzątaniem i gotowaniem.

Ty jesteś młoda, zdrowa — czemu by nie pomóc?

Zacisnęłam pięści:

— Ałło Borisowno, nie mam nic przeciwko pomaganiu.

Ale kiedy przedstawia się mnie jako gosposię…

— No i znowu o tym?

— Machnęła ręką.

— Doprawdy, co za różnica.

Najważniejsze nie jest to, co się mówi, tylko to, co jest naprawdę.

— A co jest naprawdę?

Spojrzała na mnie długim wzrokiem:

— Naprawdę mieszkasz w moim mieszkaniu, w moim domu, który kupiłam za swoje pieniądze.

Nie wyrzucam cię, nie żądam opłaty za mieszkanie.

Czy to mało?

— Jestem żoną pani syna.

— I to doceniam.

Ale powiedzmy sobie szczerze: Maksim ożenił się z tobą impulsywnie.

Był zakochany, to jasne.

Ale ty…

Oleńka, ty jesteś z innego kręgu.

Inne wychowanie, inne nawyki.

Poczułam, jak płonie mi twarz:

— Nie rozumiem, o czym pani mówi.

— Daj spokój, nie udawaj.

— Ałła Borisowna znów wzięła filiżankę.

— Maksim wychował się w inteligenckiej rodzinie.

Jego ojciec był profesorem, ja całe życie pracowałam na uniwersytecie.

A ty…

Kim są twoi rodzice?

— Ojciec jest kierowcą, matka pielęgniarką.

— Właśnie.

Prości ludzie.

Oczywiście, nie ma w tym nic złego.

Ale różnica pochodzenia istnieje.

Wstałam:

— Ałło Borisowno, nie jestem od pani gorsza.

— Nie mówię, że jesteś gorsza.

Mówię — inna.

I to normalne.

Po prostu trzeba znać swoje miejsce.

— Swoje miejsce?

— No tak.

Jesteś żoną Maksima, matką jego dziecka.

Ale to nie czyni cię automatycznie członkiem naszej rodziny na równych prawach.

Musisz jeszcze udowodnić, że na to zasługujesz.

Wyszłam z pokoju w milczeniu.

Na korytarzu zatrzymałam się i oparłam o ścianę.

Ręce drżały, przed oczami mi się zamazywało.

Udowodnić.

Swoje miejsce.

Inny krąg.

Kim ona jest, żeby tak mówić?

Wieczorem opowiedziałam Maksimowi o tej rozmowie.

Siedzieliśmy w naszym pokoju, córka już spała.

— Naprawdę tak powiedziała — „znać swoje miejsce”?

— zapytał.

— Tak.

Dosłownie.

Maksim wstał i zaczął chodzić po pokoju:

— Kurde, mama czasem przesadza.

— Czasem?

Maks, ona cały czas daje mi do zrozumienia, że jestem was niegodna!

— Nie przesadzaj.

— Ja nie przesadzam!

Mówi mi, że jestem z innego kręgu, że mam udowadniać swoje prawo do bycia w waszej rodzinie!

— Ola, mama jest konserwatywna.

Wychowała się w ZSRR, tam były swoje pojęcia o klasach.

— Jakie klasy?

Żyjemy w XXI wieku!

— Rozumiem.

Ale ona się nie zmieni.

— Czyli mam to znosić?

Maksim usiadł obok mnie i wziął mnie za rękę:

— Wytrzymaj jeszcze trochę.

Znajdę nową pracę, zaczniemy odkładać i za rok–dwa wynajmiemy własne mieszkanie.

— Za rok–dwa?

— Tak.

Trzeba uzbierać na kaucję, na pierwsze miesiące.

Wysunęłam rękę:

— Maks, ja nie wytrzymam dwóch lat.

— Ola, dokąd ten pośpiech?

Tu jest wygodnie.

Duże mieszkanie, mama siedzi z Daszą, kiedy jesteśmy w pracy.

— Wygodnie dla kogo?

Dla ciebie?

Wracasz do domu — obiad gotowy, wszędzie czysto, dziecko nakarmione.

A ja cały dzień w biurze, potem w domu gotuję, sprzątam, piorę.

I jeszcze wysłuchuję aluzji twojej matki.

— Przecież ona pomaga z Daszą.

— Pomaga?

Czy robi przysługę, za którą mam być wdzięczna?

Maksim westchnął zmęczony:

— Czego chcesz, Olgo?

— Wyprowadzić się.

Wynająć mieszkanie.

Choćby kawalerkę.

— Nie mamy pieniędzy na wynajem.

— Mamy.

Ja mam odłożone pięćdziesiąt tysięcy, ty pewnie też coś masz.

— Moja pensja idzie na kredyt za samochód i bieżące wydatki.

— Czyli tylko moja pensja na czynsz?

— No…

tak.

Wstałam:

— Jasne.

Czyli nie jesteś gotowy się wyprowadzić.

— Jestem gotowy.

Po prostu nie teraz.

— Kiedy?

— Kiedy będzie stabilność finansowa.

— Czyli nigdy.

— Ola, bez dramatu.

Wyszłam z pokoju i zamknęłam się w łazience.

Usiadłam na brzegu wanny i schowałam twarz w dłoniach.

On nie chce się wyprowadzać.

Jemu tu wygodnie, w mieszkaniu mamusi, gdzie mama o wszystkim decyduje, wszystkim zarządza.

A ja jestem dodatkiem do tej rodziny.

Gosposią, jak ona powiedziała.

Minął tydzień.

Ałła Borisowna zachowywała się tak, jakby tamtej rozmowy nie było.

Serdecznie się witała, prosiła, żebym przygotowała takie czy inne danie, dawała rady dotyczące wychowania Daszy.

Robiłam wszystko, o co prosiła.

Milcząco.

Mechanicznie.

W sobotę urządziła kolejne spotkanie — tym razem z kolegami z uniwersytetu.

Nakryłam do stołu, podałam przekąski, rozlałam wino.

— A to kto?

— zapytał starszy mężczyzna w okularach, wskazując na mnie skinieniem głowy.

— Synowa, — odpowiedziała Ałła Borisowna.

— Żona Maksima.

Zamarłam.

Synowa.

Nie gosposia.

— Ach, synowa!

— ożywił się mężczyzna.

— Bardzo mi miło.

A gdzie Maksim?

— Zatrzymał się w pracy.

Zaraz będzie.

Wyszłam do kuchni i oparłam się o blat.

Synowa.

Czyli kiedy goście są „właściwi” — jestem synową.

A kiedy przypadkowe koleżanki — gosposią.

W drzwiach zajrzała Ałła Borisowna:

— Oleńka, przynieś jeszcze talerzyki, proszę.

— Już.

Wyjęłam talerze i położyłam je na tacy.

Patrzyła na mnie, mrużąc oczy:

— Jesteś jakaś nie w sosie?

— Wszystko w porządku.

— Nie kłam.

Widzę przecież, że się dąsasz.

Westchnęłam:

— Ałło Borisowno, dlaczego dziś jestem synową, a tydzień temu byłam gosposią?

Uśmiechnęła się krzywo:

— Jeszcze o tym?

Oleńka, kochana, naucz się rozumieć kontekst.

Przy koleżankach nie chciałam rozwodzić się nad sprawami rodzinnymi.

Przy kolegach — czemu nie.

Znają Maksima od dziecka.

— Czyli mam zmieniać status w zależności od gości?

— Powinnaś rozumieć, kiedy wypada mówić prawdę, a kiedy — uprościć sytuację.

— Prawda jest taka, że jestem pani synową.

A uproszczenie — że jestem gosposią?

Ałła Borisowna skrzywiła się:

— Boże, jaka ty jesteś nudna.

Idź, zanieś talerze.

Wzięłam tacę i poszłam do salonu.

W nocy nie spałam.

Leżałam i patrzyłam w sufit.

Maksim spał obok, cicho pochrapując.

Rano wstałam wcześnie i spakowałam rzeczy — swoje i Daszy.

Dwie torby.

Maksim obudził się od szelestu:

— Ola?

Co robisz?

— Wyjeżdżam.

— Dokąd?

— Do koleżanki.

Dopóki nie znajdę czegoś do wynajęcia.

Usiadł na łóżku:

— Zwariowałaś?

Jakie mieszkanie?

— Jakiekolwiek.

Choćby kawalerka na obrzeżach.

Najważniejsze — nie tutaj.

— Ola, porozmawiajmy.

— Nie ma o czym rozmawiać.

Mam dość bycia gosposią w domu twojej matki.

— Przecież wyjaśniła, że żartowała!

Odwróciłam się do niego:

— Maks, to nie był żart.

Ona naprawdę uważa mnie za służbę.

Za człowieka drugiej kategorii.

A ty na to pozwalasz.

— Nie pozwalam!

Rozmawiałem z nią!

— I co się zmieniło?

Nic.

Jak mnie upokarzała, tak upokarza dalej.

— Ola, proszę, nie odchodź.

Wzięłam torby:

— Maksim, kocham cię.

Ale nie mogę już mieszkać w tym domu.

Jeśli chcesz mieć rodzinę — znajdź nam mieszkanie.

Wynajmiesz mieszkanie — zadzwoń.

A na razie wyjeżdżam.

Wyszłam z pokoju.

Na korytarzu zderzyłam się z Ałłą Borisowną — stała przy drzwiach, najwyraźniej słyszała rozmowę.

— A dokąd to się wybierasz?

— Wyprowadzam się.

— Z dzieckiem?

— Dasza jest moją córką.

— I Maksima też.

Nie masz prawa zabierać jej bez jego zgody.

Postawiłam torby:

— Ałło Borisowno, mam dość znoszenia pani upokorzeń.

Może mnie pani traktować jak chce, ale ja nie mam obowiązku tego znosić.

— Upokorzeń?

— Skrzyżowała ręce na piersi.

— Nakarmiłam cię, ubrałam, dałam dach nad głową.

I to są upokorzenia?

— Dała mi pani dach nad głową, ale codziennie przypomina pani, że powinnam być wdzięczna.

Że jestem z innego kręgu.

Że mam znać swoje miejsce.

— A to nieprawda?

Spojrzałam jej w oczy:

— Nie.

To nieprawda.

Nie jestem od pani gorsza.

Pracuję, zarabiam pieniądze, wychowuję córkę.

Nie powinnam czuć się jak służąca we własnej rodzinie.

— Własnej?

— Ałła Borisowna uśmiechnęła się szyderczo.

— Oleńka, kochana, to nie jest twoja rodzina.

To moja rodzina.

Maksim jest moim synem.

Dasza jest moją wnuczką.

A ty…

Ty jesteś tylko żoną Maksima.

Tymczasowym elementem.

— Tymczasowym?

— No tak.

Małżeństwa się rozpadają, ludzie się rozchodzą.

Ale matka zostaje matką, babcia — babcią.

Żony się zmieniają.

Poczułam, jak wszystko we mnie lodowacieje:

— Chce pani, żebyśmy się rozwiedli?

— Chcę, żebyś zrozumiała swoje miejsce.

Żebyś się nie panoszyła.

Żebyś nie wymachiwała prawami.

Za moimi plecami usłyszałam kroki — z pokoju wyszedł Maksim.

— Mamo, dosyć.

Ałła Borisowna odwróciła się do niego:

— Co „dosyć”?

Tylko tłumaczę dziewczynie rzeczywistość.

— Rzeczywistość jest taka, że Ola jest moją żoną.

I jeśli ona odchodzi, ja odchodzę z nią.

Odwróciłam się.

Maksim stał ze zaciśniętymi pięściami, blady, ale zdecydowany.

Ałła Borisowna roześmiała się:

— Ty?

Odejdziesz?

Maksim, nie rozśmieszaj mnie.

Nawet kredytu za samochód bez mojej pomocy nie spłacisz.

— Spłacę.

— Za jakie pieniądze?

— Za swoje.

Przestanę ci płacić za mieszkanie tutaj.

Drgnęłam:

— Płacisz jej za mieszkanie?

Maksim spuścił wzrok:

— Tak.

Dwadzieścia tysięcy miesięcznie.

— I nie powiedziałeś mi?

— Nie chciałem cię martwić.

Ałła Borisowna kiwnęła z zadowoleniem głową:

— Widzisz, Oleńka.

Nawet za to, że tu mieszkasz, płaci Maksim.

Nie ty.

Więc zamilcz o prawach.

Wzięłam torby:

— Chodź, Maks.

— Dokąd?

— Stąd.

Dokądkolwiek.

Maksim zawahał się przez sekundę, potem kiwnął głową:

— Daj mi dziesięć minut, żebym się spakował.

Wrócił do pokoju.

Ałła Borisowna patrzyła na mnie z lodowatym uśmiechem:

— Myślisz, że odejdzie?

— Sam to powiedział.

— Powiedzieć to jedno.

Zrobić to drugie.

Maksim jest słaby.

Zawsze był słaby.

Maminsynek.

— To ja zrobię z niego silnego człowieka.

— Spróbuj.

— Odwróciła się i poszła do swojego pokoju.

Wynajęliśmy kawalerkę na obrzeżach miasta.

Małą, z obdrapaną tapetą i starymi meblami.

Ale naszą.

Pierwsze tygodnie były ciężkie.

Pieniądze szły na czynsz, jedzenie i przedszkole dla Daszy.

Maksim pracował do późna, ja też.

Widywaliśmy się tylko późnym wieczorem, zmęczeni, milczący.

Ale stopniowo się ułożyło.

Znaleźliśmy rytm, nauczyliśmy się dzielić obowiązki.

Maksim gotował kolacje, ja sprzątałam.

On odprowadzał Daszę do przedszkola, ja ją odbierałam.

Ałła Borisowna dzwoniła codziennie — najpierw się złościła, żądała, żebyśmy wrócili, potem zaczęła prosić.

Mówiła, że tęskni za wnuczką, że jest gotowa przeprosić.

Maksim jeździł do niej raz w tygodniu, zabierał Daszę.

Ja nie jeździłam — nie chciałam.

Pewnego wieczoru, dwa miesiące po wyprowadzce, wrócił od matki zamyślony.

— Co się stało?

— zapytałam.

— Mama prosiła, żebym przekazał ci przeprosiny.

— Naprawdę?

— Tak.

Powiedziała, że się myliła.

Że chce naprawić relacje.

Postawiłam kubek na stole:

— I wierzysz jej?

— Nie wiem.

Ale naprawdę wyglądała na winną.

— Maks, twoja mama nigdy nie bywa winna.

Ona po prostu chce, żebyśmy wrócili.

— Może.

Ale propozycję przeprosin złożyła.

Zastanowiłam się:

— Dobrze.

Niech przyjedzie tutaj.

Do naszego mieszkania.

I przeprosi osobiście.

Maksim kiwnął głową:

— Przekażę.

Ałła Borisowna przyjechała w niedzielę.

Przygotowaliśmy prosty stół — herbata, ciastka, kanapki.

Usiadła, rozejrzała się po mieszkaniu i skrzywiła się.

— No i mieszkanie sobie znaleźliście.

— Ale nasze, — odpowiedziałam spokojnie.

Westchnęła:

— Oleńka, przyjechałam cię przeprosić.

— Słucham.

— Byłam nie w porządku.

Nie powinnam była mówić tych słów.

O gosposi, o miejscu…

To było grubiańskie.

— Było.

— Wybacz mi.

Przywykłam wszystko kontrolować.

Wydawało mi się, że tak będzie właściwie.

Patrzyłam jej w oczy — szczerość czy gra?

— Ałło Borisowno, wie pani, co zabolało mnie najbardziej?

Nie słowa.

Tylko to, że pani naprawdę tak myśli.

Że jestem niżej od pani.

Niegodna pani syna.

— Nie myślę, że jesteś niegodna.

— Myśli pani.

Sama pani powiedziała — inny krąg, inne wychowanie.

Zamilkła:

— Może i myślę.

Nawyków się nie zmienia.

Ale jestem gotowa spróbować odnosić się do ciebie inaczej.

— Dlaczego?

— Bo Maksim cierpi.

Rozdziera go między mną a tobą.

I widzę, że wybiera ciebie.

Maksim, siedzący obok mnie, ujął moją dłoń.

Ałła Borisowna mówiła dalej:

— Nie chcę stracić syna.

Ani wnuczki.

Dlatego jestem gotowa na kompromis.

— Jaki kompromis?

— Przyjeżdżajcie do mnie w odwiedziny.

Raz w tygodniu, na przykład.

Z Daszą.

Nie będę się wtrącać w wasze życie.

Ale chcę widywać rodzinę.

Wymieniłam spojrzenie z Maksimem.

Kiwnął głową — twoja decyzja.

— Dobrze, — powiedziałam.

— Będziemy przyjeżdżać.

Ale pod jednym warunkiem: żadnych więcej aluzji do mojego pochodzenia, żadnego „znaj swoje miejsce” i „gosposia”.

Jestem pani synową.

Zawsze.

Przy każdych gościach.

Ałła Borisowna kiwnęła głową:

— Umowa stoi.

Wyciągnęła rękę.

Uścisnęłam ją — chłodną, suchą.

Nie wiem, czy się zmieni.

Nie wiem, na ile szczere są jej słowa.

Ale przynajmniej jest próba.

I co najważniejsze — nie jestem już w jej domu.

Jestem w swoim.

Może małym, może zniszczonym.

Ale tutaj nie jestem gosposią.

Tutaj jestem gospodynią.