Mąż rozporządził moimi pieniędzmi, żeby zrobić niespodziankę teściowej.

No cóż.

Ja też lubię niespodzianki…

W mieszkaniu panowała cisza.

W środku Olesi huczała lawina kamieni.

Stała przed otwartym sejfem, w którym jeszcze rano leżało trzysta tysięcy rubli — jej oszczędności na stomatologię i remont loggii.

Teraz leżał tam tylko aksamitny pył i karteczka: «Wziąłem na ważną sprawę.

Nie bądź skąpa, to inwestycja w rodzinę.

Dima».

Olesia zamrugała.

Lewe oko zaczęło jej zdradziecko drgać.

Powoli zamknęła drzwiczki, wypuściła powietrze i poszła do kuchni nastawić czajnik.

Histerie są dla słabych.

Olesia wolała podawać zemstę nie tylko na zimno, ale wręcz głęboko mrożoną.

Drzwi wejściowe trzasnęły tak, jakby do mieszkania wparowała jednostka specjalna, ale to był tylko Dima.

Wpadł do kuchni rozpromieniony jak wypolerowany samowar i od razu rzucił się do lodówki, nawet się nie rozuwając.

— O, Leśka!

Widziałaś?

— odgryzł pół jabłka.

— Nie rób takiej miny, nie pasuje ci.

Pieniądze poszły na szczytny cel.

Mama ma jubileusz, pięćdziesiąt pięć lat!

Zamówiłem jej turnus w sanatorium „Perła Ałtaju” i bankiet.

To będzie niespodzianka-bomba!

— Dima, — głos Olesi był równy jak kardiogram trupa.

— To były moje pieniądze.

Na implanty.

Dima przewrócił oczami tak teatralnie, że było widać same białka.

— No i zaczyna się!

Znowu tylko to, co materialne.

A mama ma ważną datę!

Jubileusz!

To świętość.

A zęby… no cóż, twoje zęby poczekają.

Nie jesteś rekinem, nowe nie odrosną, ale stare jeszcze na razie gryzą.

Ja, jako głowa rodziny, podjąłem strategiczną decyzję.

Plasnął się na krzesło, założył nogę na nogę i pouczająco uniósł palec:

— Kobieta powinna być hojna duchem, a nie usychać nad złotem jak Kościej w spódnicy.

Twoja małostkowość zabija całą romantykę małżeństwa.

Olesia zamieszała herbatę łyżeczką.

Dzyń-dzyń.

— Dima, hojność za cudzy rachunek nazywa się kradzieżą.

A romantyka w małżeństwie umiera nie od skąpstwa, tylko od tego, że ktoś myli wspólną kieszeń z moim osobistym biustonoszem.

Dima zakrztusił się jabłkiem, zakaszlał, poczerwieniał i nerwowo chwycił szklankę z wodą, rozlewając połowę na spodnie.

Wyglądał jak nadęty indyk, którego nagle ktoś zdzielił zakurzonym workiem zza rogu.

Kolejne dwa tygodnie zamieniły się w piekielny maraton.

Alina Siergiejewna, teściowa, dowiedziawszy się od syna o szykowanej niespodziance na uroczystość, rozkwitła jak pleśń na zapomnianym serze.

Zaczęła pojawiać się u nich codziennie, omawiając menu, stroje i listę gości.

— Olesia, — przeciągała, z niesmakiem oglądając domowy strój Olesi.

— Na moim jubileuszu musisz wyglądać godnie.

A nie jak uboga krewna z prowincji.

Dima powiedział, że bankiet opłacacie wy.

To takie miłe!

Wreszcie zrozumiałaś, że matka męża to druga świętość po ikonie.

Olesia, która przebierała kaszę gryczaną (teściowa zażyczyła sobie na dodatek „coś dietetycznego, ale wyszukanego”), uśmiechnęła się kątem ust.

— Alina Siergiejewna, ja zawsze wiedziałam, że jest pani świętością.

Tylko że przed ikonami zwykle się modlą, a na panią ma się ochotę powiesić tabliczkę: „Nie dotykać — zabija”.

Teściowa zamarła z otwartymi ustami, próbując pojąć, co usłyszała, jej małe oczka zaczęły nerwowo biegać, a ręka niezgrabnie drgnęła ku perłom, jakby sprawdzała, czy szyja nadal jest na miejscu.

— Chamka!

— zapiszczała w końcu Alina Siergiejewna.

— Dima!

Słyszałeś?!

Dima, który w sąsiednim pokoju grał na telefonie w „Tetrisa”, odezwał się leniwie:

— Lesia, nie bądź niegrzeczna dla mamy.

Mamo, ona żartuje.

Ma taki humor… specyficzny.

Taki koszarowy.

Bezczelność rosła.

Dima zażądał, żeby Olesia nie tylko opłaciła (mimowolnie) przyjęcie, ale też sama upiekła trzypiętrowy tort, bo „w cukierniach sama chemia, a mamie trzeba domowe”.

— I jeszcze, — dodał, poprawiając fryzurę przed lustrem.

— Załóż tę niebieską sukienkę.

I siedź cicho.

Ja będę mówił toast, ja wręczę voucher.

Twoim zadaniem jest się uśmiechać i kiwaać głową.

Jesteś mądrą kobietą, powinnaś rozumieć: mój sukces to twój sukces.

— Oczywiście, kochanie, — powiedziała Olesia.

W jej głowie pstryknął ostatni bezpiecznik.

— Bardzo lubię niespodzianki.

Wprost uwielbiam.

Sięgnęła do szkatułki z dokumentami.

Zostały jej trzy dni.

Nadszedł dzień X.

Restauracja lśniła światłami.

Stoły uginały się od przekąsek.

Alina Siergiejewna siedziała na czele stołu w sukni z cekinami, podobna do kuli dyskotekowej, która przeżyła trzęsienie ziemi.

Wokół krzątały się ciotki, wujkowie i jacyś kuzyni trzeciego stopnia.

Wszyscy jedli, pili i chwalili „złotego syna”.

Dima był w swoim żywiole.

Chodził między gośćmi dumny jak paw, zbierając komplementy.

Olesia siedziała z boku, skromnie popijając wodę mineralną.

— A teraz!

— Dima wziął mikrofon i stuknął w niego palcem.

Sprzęgało okropnie, ale on się nie speszył.

— Główny prezent dla mojej ukochanej mamusi!

Długo myślałem, czym ucieszyć kobietę, która dała światu mnie…

Goście zachichotali.

Alina Siergiejewna osuszyła suchą chusteczką suche oko.

— Daję ci zdrowie!

Pobyt w elitarnym sanatorium na dwadzieścia jeden dni!

Wszystko w cenie!

Sala wybuchła brawami.

Dima wręczył matce ogromną kopertę ze złotym tłoczeniem.

Teściowa, promieniejąc, wycałowała syna.

— Jaki ty jesteś wspaniały… nie to co niektórzy, — rzuciła spojrzenie na Olesię.

— No, synowo, a ty co powiesz?

Czy dalej będziesz siedzieć jak mysz?

Dima skinął do Olesi z samozadowoleniem, jakby mówił: no, dawaj, potakuj.

— Wstań, powiedz parę słów, — rzucił do mikrofonu.

— Nie wstydź się, wszyscy tu swoi.

Olesia powoli wstała.

Poprawiła sukienkę.

Wzięła mikrofon z rąk męża.

Jej ręka była pewna.

— Chcę dołączyć do życzeń, — jej głos dźwięczał jak stal.

— Dima naprawdę umie robić niespodzianki.

Zwłaszcza za cudzy rachunek.

W sali zapadła cisza.

Dima zmarszczył brwi i próbował odebrać mikrofon, ale Olesia się uchyliła.

— Widzicie, drodzy goście, ten luksusowy prezent został kupiony za pieniądze, które odkładałam przez dwa lata na operację implantacji zębów.

Dima po prostu wziął je z mojego sejfu bez pytania.

On uważa, że niespodzianka dla mamy jest ważniejsza niż zdrowie żony.

Po rzędach przebiegł szept.

Alina Siergiejewna spurpurowiała.

— Jak śmiesz…!

To rodzinny budżet!

— Był rodzinny, — przerwała Olesia.

— Dopóki Dima nie postanowił, że jest jedynowładcą.

Ale ja, jako mądra kobieta, postanowiłam wesprzeć męża w jego zamiłowaniu do szerokich gestów.

Dima tak kocha niespodzianki!

Dlatego ja też mam prezent.

Dla Dimy.

I dla pani, Alino Siergiejewno.

Olesia wyjęła z torebki gruby plik dokumentów.

— Dima, pamiętasz, jak mówiłeś, że dla rodziny niczego nie szkoda?

Całkowicie się zgadzam.

Skoro wydałeś moje pieniądze, zrozumiałam, że nasz budżet wymaga pilnego uzupełnienia.

Dlatego dziś rano sprzedałam twój garaż i twoją ukochaną „Mazdę”.

Dima zbladł.

Jego twarz z różowej zrobiła się koloru zwietrzałego tynku.

— Co?..

Jak sprzedałaś?

Nie mogłaś!

— Mogłam, kochanie.

W dokumentach jest moja.

I garaż też mój.

Był.

Transakcja zamknięta, pieniądze są już na moim koncie, w porządnym banku, a nie w szafce.

I tak się składa, że uzyskana kwota akurat pokrywa moje zęby, zadośćuczynienie i nawet ten bankiet.

Więc, drodzy goście, jedzcie, nie upaćkajcie się, ja stawiam!

— Kłamiesz!

— zapiszczał Dima, rzucając się ku niej.

— To żart!

Mamo, ona żartuje!

— Alino Siergiejewno, — Olesia odwróciła się do teściowej, ignorując miotającego się męża.

— Mówiła pani, że dobry syn powinien żyć interesami matki?

Spełniam pani marzenie.

Dima będzie teraz żył wyłącznie pani interesami.

W pani mieszkaniu.

Olesia wyjęła drugą kartkę.

— A to — pozew o rozwód.

I zawiadomienie, że godzinę temu zmieniłam zamki w moim mieszkaniu.

Twoje rzeczy, Dima, są spakowane w walizki i stoją przy wejściu do bloku Aliny Siergiejewny.

Kurier już potwierdził dostawę.

Alina Siergiejewna zerwała się na równe nogi.

— Ty…

Ty wyrzucasz męża na ulicę?!

Przez jakieś pieniądze?!

Materialistyczna suka!

— wrzasnęła.

— Dima jest mężczyzną, ma prawo rozporządzać…

— Mężczyzną?

— Olesia uśmiechnęła się kpiąco.

— Mężczyzna zarabia, a nie okrada żonę.

— Zasądzę cię!

— ryknął Dima, łapiąc powietrze.

— Oddawaj samochód!

— Dima, sam przecież mówiłeś: „Kto płaci, ten zamawia muzykę”.

Muzyka się skończyła.

Tańce też.

Olesia położyła mikrofon na stole.

Uderzył głucho, jak wieko trumny.

— A tak w ogóle, Alino Siergiejewno, — dodała już bez mikrofonu, ale w grobowej ciszy słyszeli ją wszyscy.

— Sanatorium opłaciliście, gratuluję.

Ale bilety na pociąg na Ałtaj i transfer Dima zapomniał kupić.

Pieniędzy już nie ma.

I pracy chyba też, skoro teraz jest bez auta.

Ale przecież jest pani mamą, pani pomoże.

Przygarnie, ogrzeje.

Niespodzianka!

Dima stał pośrodku sali, zagubiony, z biegającymi oczami, ściskając w rękach obrus.

Wyglądał jak nabrojony kot, któremu wytarto pysk nie po prostu w kałużę, ale w ocean własnych nieczystości.

Olesia wzięła torebkę, dumnie wyprostowała plecy i ruszyła do wyjścia.

— Smacznego wszystkim!

A tortu, tak przy okazji, nie piekłam.

Kupiłam w supermarkecie, na promocji.

Chemia, ale za to od serca.

Wyszła w chłodne wieczorne powietrze.

Telefon zapiszczał — przyszło powiadomienie z banku o zaksięgowaniu środków za sprzedany samochód.

Kwota była przyjemna, taka, co grzeje duszę.

Za jej plecami, w restauracji, zaczynał się gigantyczny skandal.

Było słychać, jak teściowa piszczy, a Dima coś ryczy basem.

Ale Olesi już to nie dotyczyło.

Wezwała taksówkę „Comfort Plus”.

Przed nią było nowe życie, nowe zęby i, co najważniejsze, cudowna cisza w mieszkaniu, gdzie nikt już nie uważał jej pieniędzy za swoje.