„Rozwiedź się, nie męcz mojego syna!” — krzyczała teściowa.

Rozwiodłam się — i zabrałam mieszkanie, zostawiając go z…

— Halo, Marino? Jeszcze nie spakowałaś rzeczy?

Dziś widziałam w kalendarzu cerkiewnym — dzień uwolnienia od plugastwa.

Najwyższy czas, nie uważasz?

Marina przycisnęła telefon ramieniem do ucha, nadal metodycznie krojąc awokado.

Po drugiej stronie słuchawki głos Eleonory Arkadiewny drżał z wyczekiwania jak napięta struna kontrabasu.

— Dzień dobry, mamo — odpowiedziała spokojnie Marina.

— O jakim plugastwie mowa?

O kamieniu w czajniku czy o pani nadziejach na moją szybką wyprowadzkę?

— Oj, nie wygłupiaj się! — w słuchawce rozległ się suchy kaszel.

— Przecież sama widzisz: Paszeńka marnieje.

Wczoraj wpadł po pierożki i miał oczy jak zbity pies.

Psujesz mu życie swoją karierą i tymi… jak im tam… smoothie.

Kiedy wy wreszcie się rozwiedziecie?

Nie męcz chłopa, daj mu znaleźć normalną kobietę, która wie, z której strony podejść do kuchenki.

Marina zamarła.

W oknie trzynastego piętra płynęły szare moskiewskie chmury.

Pięć lat.

Pięć lat codziennych telefonów, w których „Kiedy wy się wreszcie rozwiedziecie?” brzmiało częściej niż „Jak się masz?”.

Na początku to ją raniło, potem złościło, a teraz… teraz stało się po prostu nudne.

— Wie pani co, Eleonoro Arkadiewno — Marina nagle uśmiechnęła się do swojego odbicia w ciemnej szybie piekarnika.

— Ma pani rację.

Czas skończyć ten cyrk.

— Co? — Teściowa na sekundę zamilkła, oszołomiona brakiem oporu.

— Mówisz poważnie?

— Jak najbardziej.

Niech pani czeka.

Wkrótce wszystko się wydarzy.

Dosłownie w ciągu tygodnia.

— Wreszcie obudziło się w tobie sumienie! — triumfalnie westchnęła Eleonora.

— No, to ja sama przekażę Paszeńce radosną nowinę.

— Nie, nie, mamo — Marina odłożyła nóż.

— Niech to będzie niespodzianka.

Mój pożegnalny prezent dla pani rodziny.

Kiedy Marina się rozłączyła, do kuchni wszedł Pasza.

W rozciągniętym T-shircie, z pogniecioną twarzą i właśnie tym spojrzeniem „zbitego psa”, o które tak troszczyła się jego matka.

Nie był złym człowiekiem.

Był… nijaki.

Człowiekiem-kisielem, który przez pięć lat tak i nie nauczył się mówić „nie” kobiecie, która go urodziła.

— Znowu dzwoniła mama? — mruknął, zaglądając do lodówki.

— Czego chciała?

— Pytała, kiedy cię ode mnie uwolnię — Marina uważnie patrzyła, jak wyciąga słoik mamy lečo, ignorując przygotowane śniadanie.

— Oj, no przecież ją znasz.

Ona po prostu się o mnie martwi.

Ma słabe serce.

„Serce ma jak Terminator” — pomyślała Marina, ale na głos powiedziała co innego:

— Pasz, a czego ty sam chcesz?

Nie masz dość życia w stanie wiecznego „rozwodu w trybie oczekiwania”?

Pasza wzruszył ramionami, przeżuwając zimną paprykę.

— Przecież wszystko jest normalnie.

Mieszkanie twoje, samochód wspólny, praca jest.

No, marudzi — i niech marudzi.

Żal ci czy co?

Marinie nie było żal.

Było jej niedobrze.

Niedobrze od tego, że w wieku trzydziestu dwóch lat głównym wydarzeniem dnia nie był nowy projekt w biurze architektonicznym, tylko pytanie o to, kiedy spakuje walizki.

Następny tydzień Marina przeżyła w dziwnym, niemal euforycznym stanie.

Już się nie kłóciła, nie udowadniała Paszy, że jego matka przekracza granice, i nawet się nie krzywiła, gdy słyszała w słuchawce jego telefonu znajome syczenie.

Działała po cichu.

Kiedy Pasza był w pracy, Marina spotykała się z prawnikiem.

Właśnie z tym bystrym, konkretnym facetem, który specjalizował się w sprawach, gdzie jedna strona uważa się za bardzo sprytną, a druga — za bezbronną.

— Zatem — prawnik postukał długopisem o stół.

— Mieszkanie jest pani, kupione przed ślubem.

Tu nie ma żadnych wątpliwości.

Ale samochód, dacza i lokaty…

— Dacza jest zapisana na jego matkę, ale została zbudowana z moich premii — Marina wyłożyła plik rachunków.

— Trzymałam je wszystkie przez pięć lat.

Jakbym przeczuwała.

— Doskonale — uśmiechnął się prawnik.

— Eleonora Arkadiewna będzie zachwycona.

My się nie tylko rozwodzimy, my odbieramy swoją część w ekwiwalencie pieniężnym.

Plus podział wspólnych oszczędności, które on tak sprytnie przelewał na „konto na leczenie mamy”.

Wieczorem Marina zbierała drobiazgi.

Stary kubek z wyszczerbionym uchem, który Pasza uwielbiał.

Zdjęcia, na których jeszcze się śmiali.

Składała to nie do kosza, lecz do pudełka z napisem „Przeszłość”.

Bez złości.

Z higieniczną precyzją chirurga.

Eleonora Arkadiewna zaprosiła ich na kolację w piątek.

To był jej „marsz zwycięstwa”.

Fruwała po kuchni w wykrochmalonym fartuchu, ustawiając talerze tak, jakby to były figury na szachownicy, na której mat został już postawiony.

— Jedz, Paszeńka, jedz.

To domowe pielmieni, a nie te kartonowe pudełka, którymi karmiła cię Marina.

Teraz dopiero zacznie się dla ciebie nowe życie.

Marina spokojnie upiła herbaty.

— Rzeczywiście, Eleonoro Arkadiewno.

Życie się zmienia.

Jak obiecałam, przygotowałam dokumenty.

Teściowa znieruchomiała, a jej oczy błysnęły chciwie.

— No!

Wreszcie!

Dawaj je tutaj, sama osobiście sprawdzę, żebyś niczego za dużo nie zabrała.

Marina wyjęła z torebki grubą teczkę.

Na pierwszej stronie dużym drukiem widniało: „Pozew o rozwiązanie małżeństwa i podział majątku wspólnego”.

— Proszę — Marina położyła teczkę na stole.

— Tu jest wszystko.

Zgoda na rozwód, na którą tak czekaliście.

I kopia pozwu, który dziś został zarejestrowany w sądzie.

Pasza zakrztusił się herbatą.

Eleonora Arkadiewna chwyciła papiery, nasuwając okulary na sam koniuszek nosa.

— Co to jest? — jej głos przeszedł w pisk.

— „Podział majątku”?

Jakiego majątku?!

Przyszłaś do tego domu z jednym laptopem!

— Do tego domu, który — przypominam — należy do mnie — łagodnie doprecyzowała Marina.

— A dacza, którą tak sprytnie przepisała pani na siebie, została zbudowana za moje pieniądze.

Tutaj są załączone rachunki za materiały budowlane, umowa z ekipą opłacona z mojej karty i zeznania sąsiada-kierownika budowy.

— To rabunek! — Eleonora Arkadiewna zerwała się, przewracając sosjerkę.

— Pasza, powiedz jej coś!

Pasza patrzył na papiery jak na wiadomość od kosmitów.

— Marin… Co ty robisz?

Przecież my… No… mama tylko marudziła…

— Nie, Pasz — Marina wstała.

— Mama nie marudziła.

Mama zamawiała muzykę, a ty do niej tańczyłeś.

A ja płaciłam za bankiet.

Dość.

Chcieliście rozwodu?

To go dostaliście.

Ale za wejście w „nowe życie” trzeba zapłacić.

Spojrzała na teściową, która nagle oklapła na krześle.

— I tak, Eleonoro Arkadiewno.

Pasza ma dokładnie trzy dni, żeby zabrać swoje rzeczy z mojego mieszkania.

Inaczej wystawię je na klatkę schodową.

Pamięta pani, radziła mi pani „pozbyć się plugastwa”?

Posłuchałam pani rady.

Kiedy Marina wyszła z bloku teściowej, po raz pierwszy od pięciu lat wydało jej się, że powietrze w mieście stało się przejrzyste.

Nie czuła się zwyciężczynią wojny.

Czuła się jak człowiek, który wreszcie zdjął zbyt ciasne buty.

Telefon w torebce zawibrował.

„Mama Paszy”.

Marina zablokowała numer jednym ruchem palca.

Tydzień później Pasza się wyprowadził.

Zabierał ze sobą ten sam kubek z wyszczerbionym uchem i trzy walizki ubrań.

Nie krzyczał, nie kłócił się.

Po prostu wyglądał na zagubionego, jak dziecko wysadzone na nieznanym przystanku.

— Naprawdę tego chciałaś? — zapytał w drzwiach.

— Nie, Pasz.

Chciałam męża.

Ale dostałam tylko jego mamę w pakiecie.

Okazało się, że pakiet jest bezzwrotny, więc musiałam wymienić całe urządzenie.

Miesiąc później Marina siedziała w swoim cichym mieszkaniu.

Nikt nie dzwonił rano z pytaniami o rozwód.

W lodówce nie było lečo, za to stała butelka dobrego wina.

Sprawa w sądzie przebiegła rutynowo.

Eleonora Arkadiewna próbowała robić awantury, ale liczby na rachunkach były bardziej przekonujące niż jej krzyki.

Daczę trzeba było wystawić na sprzedaż, żeby wypłacić Marinie jej część.

Wchodząc w nowe życie, Marina zrozumiała jedną ważną rzecz: czasem na pytanie „Kiedy wreszcie się rozwiedziecie?” naprawdę warto odpowiedzieć „Wkrótce”.

Tylko trzeba doprecyzować, że to nie będzie kapitulacja, lecz wyzwolenie terytorium.

Z kuchni doleciał aromat świeżej kawy.

Marina otworzyła laptop i zaczęła szkicować nowy projekt.

Tym razem — bez zbędnych ścian i natrętnych cieni z przeszłości.