„Wynoś się, nieudacznico!” — krzyczała teściowa.

A miesiąc później znieruchomiała, gdy zobaczyła, kto otworzył jej drzwi luksusowego apartamentu.

— Wynoś się, nieudacznico! — głos Tamary Iljiniczny przechodził w pisk, od którego dzwoniło w uszach.

— I zabieraj swojego małego!

— Myślałaś, że się nie dowiem?

— Myślałaś, że wciśniesz swojego obcego do porządnej rodziny?

Jana stała, wczepiona w framugę drzwi.

Ręce miała lodowate.

Trzyletni Tiomka, przerażony krzykiem, nawet nie płakał — tylko czkawką łapał oddech, wtulony mokrą twarzą w jej kolano.

Za plecami teściowej, w głębi korytarza, majaczył Stas.

Nie patrzył na żonę.

Z zapałem wpatrywał się w ekran monitora, jakby to go nie dotyczyło.

Trzy lata małżeństwa.

Trzy lata, podczas których Jana z wesołej studentki zmieniła się w zmęczoną kobietę, obsługującą jego i jego mamusię.

— Stas? — zawołała cicho.

— Wierzysz w te bzdury?

— To Tioma.

— Twój syn.

— Popatrz na niego.

Stas podniósł wzrok — pusty, bez wyrazu.

Nie było w nim złości, tylko nuda i chęć, żeby hałas jak najszybciej ustał.

— Mama nie będzie kłamać, Jano.

— Lubka z trzeciego piętra wszystko widziała.

— Odchodź.

— Nie psuj nerwów.

— Lubka?

— Ta amatorka mocnych trunków, co wczoraj wyciągała ode mnie sto rubli?

— Wynocha! — Tamara Iljiniczna, z siłą zaskakującą jak na swój wiek, popchnęła Janę.

— Żeby za minutę nie było tu po tobie śladu!

Drzwi zatrzasnęły się.

Zaszczekał zamek.

Potem jeszcze jeden.

Jana została w ciemności, w której pachniało tytoniem.

Powoli przykucnęła i zaczęła wciskać rzeczy z powrotem do pękniętej walizki.

Ręce trzęsły jej się tak, że trzy razy upuściła Tiomkową skarpetkę.

— Mamo, idziemy do babci Ljudy? — pociągnął nosem syn.

— Nie, króliczku.

— Babci Ljudy już nie ma.

— My… my do cioci Oksany.

Na dworze listopad polewał miasto lodowatym błotem.

Jana szła na przystanek, ciągnąc walizkę, której odpadło kółko.

W kieszeni kurtki miała telefon z pękniętym ekranem i paszport.

Na karcie — półtora tysiąca rubli do wypłaty, która teraz nie wystarczy nawet na kąt w akademiku.

Oksana otworzyła drzwi po czterdziestu minutach.

W piżamie w awokado, z płatkami pod oczami.

Gdy zobaczyła przyjaciółkę przemokniętą na wskroś i dziecko blade z zimna, milcząco odsunęła się na bok.

— Wchodźcie.

— Czajnik jest gorący.

Godzinę później Tiomka spał na rozłożonym fotelu, przykryty kocem.

Jana siedziała w kuchni, obejmując kubek obiema rękami, i wpatrywała się w jeden punkt.

Zęby przestały jej dzwonić, ale w środku rozlewało się nieprzyjemne uczucie.

— Czyli Lubka widziała cię z facetem? — dopytała Oksana, smarując kanapkę.

— I Stasik uwierzył?

— Jemu to obojętne.

— Potrzebował tylko pretekstu.

— Tamara Iljiniczna od dawna mu wierciła dziurę w brzuchu: „Po co ci ta bez posagu, popatrz na Lenkę Kornejewą — jej ojciec to deputowany, a Jana co ma? Matka nie żyje, ojciec nie wiadomo gdzie przepadł”.

— A propos ojca, — Oksana nagle zamarła z nożem w ręku.

— Jana, pamiętasz, przed ślubem przywiozłaś mi paczkę?

— Powiedziałaś: „Schowaj, to od taty, kazał otworzyć tylko jeśli będzie już naprawdę pod ścianą”.

Jana drgnęła.

Tata.

Surowy, twardy człowiek, który całe życie uczył ją liczyć tylko na siebie.

Zmarł cztery lata temu, nagły cios.

Tydzień przed śmiercią przekazał jej grubą kopertę, zaklejoną lakiem.

„Córko, jesteś dumna.

Wiem, o pomoc nie poprosisz.

Ale jeśli życie przyciśnie tak, że nie będzie czym oddychać — otwórz.

Wcześniej nie waż się.

Sprzedasz, przejesz — z tamtego świata cię przeklnę.

To jest twój fundament”.

Bała się tej koperty.

Wydawało jej się, że jeśli ją otworzy, przyzna się do porażki.

Przyzna, że sama sobie nie poradziła.

— To już „pod ścianą”, Jana? — zapytała cicho Oksana.

— Czy poczekamy, aż przyjdą po ciebie windykatorzy?

— Przynieś.

Koperta była zakurzona.

Jana naderwała gruby papier.

W środku leżał pęk kluczy z breloczkiem w kształcie srebrnej wieży i teczka z dokumentami.

Wypis z rejestru.

Umowa darowizny, sporządzona krótko przed śmiercią ojca.

Potwierdzenia opłat za media — wszystko opłacone z góry, z jakiegoś rachunku powierniczego.

Adres: osiedle „Imperial”.

Centrum miasta.

Teren zamknięty.

— O rany… — wydyszała Oksana, zaglądając w papiery.

— Jana, twój tata nie był zwykłym inżynierem?

— To przecież dom, gdzie concierge zna trzy języki, a śmieci wynoszą w smokingach.

— Mówił, że to spadek po babci.

— Ale ja myślałam, że tam jakaś rudera…

— Rudera w „Imperialu”?

— Jedziemy.

— Teraz.

— Tiomkę przypilnuję.

Mieszkanie na dwunastym piętrze przywitało Janę ciszą i zapachem drogiego remontu.

Nie zamieszkanego, zakonserwowanego.

Ojciec najwyraźniej je wynajmował, a potem przygotował do sprzedaży, ale nie zdążył.

Albo specjalnie trzymał je dla niej.

Ogromny salon z panoramicznymi oknami.

Parkiet, po którym aż strach stąpać w tanich butach.

Kuchnia, w której sprzętu było więcej niż w całej klatce teściowej.

Jana przeciągnęła dłonią po oparciu włoskiej kanapy.

W piersi zrobiło jej się ciasno.

Tata wiedział.

Wiedział, że wybierze nie tego mężczyznę.

Wiedział, że się sparzy.

I podłożył jej zabezpieczenie.

Nie, nie zabezpieczenie — pierzynę z najmiększego puchu.

Telefon w kieszeni zabrzęczał.

Wiadomość od Stasa: „Mama mówi, że ukradłaś srebrną łyżeczkę.

Jeśli nie oddasz, składamy zawiadomienie”.

Jana wybuchnęła śmiechem.

Najpierw cicho, potem głośniej, aż do czkawki.

Stała pośrodku mieszkania wartego czterdzieści milionów i śmiała się ze srebrnej łyżeczki, którą Tamara Iljiniczna najpewniej sama wcisnęła za listwę.

— Halo, Ksiusza? — zadzwoniła do przyjaciółki.

— Zaczynamy wojnę.

— Potrzebuję kontaktu do tego gościa, co umie odzyskiwać skasowane rozmowy.

— I adresu Lubki.

Tydzień poszedł na rozpoznanie.

Oksana miała znajomości na starym osiedlu — wychowała się na sąsiednim podwórku.

Wyszło coś ciekawego.

Lubka, ta sama „świadkini”, nagle spłaciła dług za media — pięćdziesiąt tysięcy rubli.

— Pięćdziesiąt tysięcy za to, żeby rozwalić mi życie, — Jana pokręciła głową, siedząc z Oksaną w kawiarni.

— Tanio stoję.

— To jeszcze nie wszystko, — Oksana ściszyła głos.

— Znalazłam informacje o pierwszej żonie Stasa.

— Alinie.

— Pamiętasz, mówili, że wyjechała do klasztoru?

— No.

— Była w ośrodku, Jana.

— Pół roku.

— Ciężkie problemy zdrowotne.

— Teraz mieszka w osadzie i pracuje w bibliotece.

— Znalazłam jej numer.

Alina zgodziła się na spotkanie dopiero po tym, jak Jana wysłała jej zdjęcie Tamary Iljiniczny z podpisem: „Zrobiła mi to samo”.

Kobieta, która przyszła, wyglądała na strasznie wyczerpaną.

Ręce drżały jej, gdy brała filiżankę.

— Ona mi szkodziła, — powiedziała Alina zwyczajnie, patrząc w okno.

— Dosypywała coś do jedzenia.

— Zaczęłam mieć omamy.

— Stas się bał, a jego mama mówiła: „Pozbędziemy się jej, zanim nas okaleczy”.

— I on się zgodził.

— Podpisał papiery na hospitalizację.

— Kiedy wyszłam, on już mieszkał z inną.

— Mieszkanie było moje sprzed ślubu, ale tak mnie zastraszyli, że je sprzedałam i oddałam im część pieniędzy, byle się odczepili.

— Jest pani gotowa to potwierdzić? — zapytała Jana.

— Na kamerę?

— Jestem gotowa ją zatrzymać.

Tego samego wieczoru Jana poszła va banque.

Założyła nowe konto w mediach społecznościowych, dodała wspólnych znajomych i wrzuciła jedno zdjęcie.

Ona w jedwabnym szlafroku, z kieliszkiem soku, na tle świateł nocnego miasta.

Geolokalizacja: „Imperial”.

Podpis: „Dzięki, tato.

W końcu jestem w domu.

Szkoda, że zmarnowałam trzy lata na życie w slumsach”.

Reakcja przyszła po dobie.

Dzwonek do drzwi.

Wideodomofon pokazał Stasa.

Stał z bukietem zwiędłych chryzantem i reklamówką mandarynek.

Jana nacisnęła przycisk otwarcia.

Wszedł do przedpokoju, rozglądając się jak pobity pies, który trafił do pałacu.

Jego wzrok skakał od marmurowych płytek do kryształowego żyrandola.

— Jana… — podał kwiaty.

— To… to naprawdę twoje?

— Mam ci pokazać paragon?

— Albo wypis z dokumentów?

— Nie, nie, wierzę! — przełknął ślinę.

— Słuchaj, mama… przesadziła.

— Jej teraz ciężko, wiek.

— Nie ze złośliwości.

— Jesteśmy rodziną.

— Tiomce potrzebny jest ojciec.

— A gdzie byłeś przez tydzień, „ojcze”? — Jana skrzyżowała ręce na piersi.

— Kiedy my z Tiomą nie mieliśmy co jeść?

— Szukałem! Dzwoniłem! — skłamał bez mrugnięcia.

— Jana, zapomnijmy?

— Mama chce przeprosić.

— Upiekła ciasto.

— Możemy przyjechać wieczorem?

— Posiedzimy, pogadamy.

— Mieszkanie duże, miejsca starczy dla wszystkich…

W jego oczach już paliła się kalkulacja.

Już przeliczał, ile kosztuje ten metr i jak wygodnie byłoby tu mieszkać.

— Dobrze, — uśmiechnęła się Jana.

— Przyjedźcie.

— Jutro o siódmej.

— Akurat będę miała kolację.

Tamara Iljiniczna włożyła na siebie wszystko, co najlepsze naraz: błyszczącą bluzkę, złote łańcuchy grubości palca.

Weszła do mieszkania z miną kontrolerki, ale na widok wnętrza jej twarz się wydłużyła.

Zazdrość.

Lepka, czarna zazdrość dosłownie wisiała w powietrzu.

— No, witaj, — syknęła, nie zdejmując butów.

— Nieźle.

— Jak na początek.

— Czyj to domek?

— Kochanek ci podarował?

— Proszę, Tamaro Iljiniczno, — Jana zaprosiła ich gestem do salonu.

— Siadaj, Stas.

Stół był nakryty dla pięciu osób.

Teściowa, widząc dodatkowe nakrycia, zmarszczyła brwi.

— Na kogo czekamy?

— Na kolejnego amanta?

— Na świadków, — powiedziała Jana.

Zadzwoniono do drzwi.

Oksana otworzyła.

Do pokoju weszła Alina — pierwsza żona Stasa.

I dzielnicowy, młody, surowy porucznik.

Tamara Iljiniczna zakrztusiła się powietrzem.

— Co to za cyrk?

— Alina?

— Przecież byłaś w szpitalu!

— Wypisali mnie, Tamaro Iljiniczno, — powiedziała cicho Alina.

— Dawno mnie wypisali.

— Zrobili ekspertyzę.

— Wie pani, co znaleźli w mojej starej dokumentacji?

— Ślady leków, które dodawała mi pani do jedzenia.

— Bzdura! Udowodnij! — zapiszczała teściowa.

— A nas interesuje nie tylko to, — wtrąciła Oksana, włączając nagranie w telefonie.

— Oto rozmowa z Lubą.

— Posłuchamy?

Z głośnika popłynął dziwny głos sąsiadki: „Tak, dała mi pięćdziesiąt tysięcy!

Powiedziała: skłam, że Janka wsiadała do auta z facetem.

A ja musiałam oddać długi…”.

Stas siedział bez ruchu.

Stracił cały rezon.

— Mamo? — wyszeptał.

— Kupiłaś Lubkę?

— Dla ciebie, durniu! — wydarła się Tamara Iljiniczna, zrywając się.

Krzesło z hukiem się przewróciło.

— Popatrz na nią!

— Ona jest nikim!

— To mieszkanie powinno być nasze!

— Zasłużyliśmy!

— Ja cię wychowałam, nie spałam po nocach, a ci… ci przychodzą na gotowe!

Chwyciła nóż ze stołu.

Dzielnicowy zrobił krok do przodu, kładąc rękę na pasie.

— Obywatelko, proszę się uspokoić.

— Tamaro Iljiniczno, — głos Jany był lodowaty.

— Ma pani dwa wyjścia.

— Pierwsze: wychodzi pani teraz, przepisuje udział w swoim mieszkaniu na Tiomę jako zabezpieczenie na utrzymanie dziecka przez wszystkie lata, i znika.

— Drugie: Alina składa zawiadomienie o uszczerbku na zdrowiu, ja — o zniesławieniu i oszustwie.

— Luba już wszystko opowiedziała.

— Odpowiecie wszyscy.

— I ty też, Stas, jako współwinny.

— Ja?! — zawył Stas.

— Ja nie wiedziałem!

— Mamo, powiedz im!

— Milcz, szmato! — machnęła na niego matka.

— Czas start, — Jana spojrzała na zegarek.

— Jedna minuta.

Tamara Iljiniczna omiotła wzrokiem pokój.

Drogie zasłony, lśniąca podłoga, chłodna twarz byłej synowej.

Zrozumiała, że przegrała.

Nie dlatego, że Jana ma pieniądze.

Tylko dlatego, że Jana nauczyła się bronić.

— Bądźcie przeklęci, — syknęła.

— Chodź, Stas.

— Tu nas nie chcą.

— Stas zostaje, — powiedział dzielnicowy.

— Trzeba podpisać dokumenty.

Minął miesiąc.

Jana stała przy oknie i patrzyła, jak na dole, na podwórku, Tiomka lepi bałwana.

Obok niego, śmiejąc się, biegała córka Aliny.

Zaprzyjaźniły się — dwie kobiety, którym jedna rodzina próbowała zepsuć życie, ale które potrafiły zacząć od nowa.

Stas już się nie pojawił.

Mówią, że mieszka u matki, śpi na kanapie w pokoju przechodnim i oddaje jej wszystko, co zarobi, żeby nie wypominała mu kromki chleba.

Tamara Iljiniczna po wizycie policji ucichła.

Udział w mieszkaniu przepisała na wnuka — zgrzytając zębami, ale zrobiła to.

Jana upiła łyk kawy.

Prawdziwej, aromatycznej.

Zadzwoniono do drzwi.

To Oksana przyszła z tortem — świętować oficjalne zakończenie wszystkich spraw.

— Mamo, jestem w domu! — krzyknął Tioma, wbiegając do mieszkania, rumiany od mrozu.

— W domu, synku, — uśmiechnęła się Jana.

— Teraz już na pewno jesteśmy w domu.