A Svetočka jest gościem honorowym! — oświadczyła teściowa.
— Dość, wychodzimy! — odpowiedział mąż, biorąc mnie za rękę.

— Jesteś pewien, że szary kolor jest… odświętny? — zapytał Oleg, poprawiając kołnierzyk koszuli.
Złapał mój wzrok w lustrze w przedpokoju.
W jego oczach było to znajome napięcie przed wizytą u matki.
Wygładziłam fałdkę na sukience.
Była bezbłędna: grafitowa, prosta, z grubego materiału.
Ale wiedziałam, że dla Galiny Iwanowny każdy mój strój będzie „nudny”, „żałobny” albo „jak u biednej krewnej”.
— To eleganckie, — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko mi się ścisnęło.
— Twoja mama kończy sześćdziesiąt lat.
Nie sądzę, żeby wypadało przyjść w cekinach.
Oleg westchnął i krótko ścisnął mnie za ramię.
Znał zasady tej gry.
Ostatnim razem wyszliśmy ze skandalem, bo pokroiłam chleb w trójkąty, a nie w kwadraty.
„Geometria biedy” — tak to nazwała.
Galina Iwanowna była kobietą-generłem, dla której synowa to rekrut, wiecznie niespełniający norm.
Kupiliśmy ogromny bukiet kremowych róż i ten właśnie serwis do herbaty, o którym dawała aluzje od pół roku.
Nastroiłam się na tryb oszczędzania energii: trzy godziny uprzejmych uśmiechów, pochwał jej gotowania i ignorowania uszczypliwości w moją stronę.
Ale Galina Iwanowna przygotowała się lepiej.
Drzwi otworzyła sama jubilatka.
Chmura dusząco-słodkich perfum z nutami pudru i naftaliny uderzyła w nos, zanim jeszcze przekroczyliśmy próg.
— Nareszcie! — obwieściła, całując syna i wystawiając mi policzek do rytualnego muśnięcia.
— Wchodźcie, wszyscy już się doczekali.
Julienne stygnie!
Przeszliśmy do dużego pokoju, który z okazji uroczystości służył jako sala bankietowa.
Stół był zastawiony tak gęsto, że nie było widać obrusa.
Na honorowym miejscu siedziała ciotka Olega, kilka koleżanek z rady weteranów pracy i…
Zamarłam.
Oleg potknął się na zupełnie równym miejscu.
Po prawej stronie gospodyni siedziała Sveta.
Pierwsza żona Olega.
Wyglądała tak, jakby chciała stać się niewidzialna.
Na nasz widok Sveta drgnęła, ale Galina Iwanowna już głośno, z udawaną serdecznością ogłosiła:
— No i teraz cała rodzina jest w komplecie!
Marinko, usiądź tam, bliżej wyjścia, tobie przecież wypada biegać i pomagać zmieniać talerze.
A Svetočka jest u nas gościem honorowym.
W pokoju zawisła lepka cisza.
Słychać było tylko brzęk widelca o talerz u jednej z sąsiadek.
— Mamo, po co? — zapytał cicho Oleg.
— A co w tym takiego? — Galina Iwanowna niewinnie zaokrągliła oczy.
— Mam jubileusz.
Chcę widzieć tych, którzy są mi drodzy.
My ze Svetą może i jesteśmy obce na papierze, ale duchowo — bratnie dusze.
Prawda, Svetik?
Sveta, zmęczona kobieta z matowym kokiem, wykrzywiła bolesny uśmiech:
— Cześć, Oleg.
Dobry wieczór, Marino…
Galina Iwanowna powiedziała, że to będzie skromny rodzinny obiad.
Nie wiedziałam…
— Jedzcie, póki gorące! — przerwała teściowa.
— Svetočko, specjalnie dla ciebie zrobiłam soljankę.
Według twojego przepisu!
Pamiętasz?
Zawsze mówiłaś, że sekret tkwi w kaparach.
Nie to, co dzisiejsze gospodynie…
Nasza Marinka to bardziej od dostaw się specjalizuje.
— Ja gotuję, Galino Iwanowno, — zauważyłam spokojnie, rozkładając serwetkę na kolanach.
— Oj, no czy to jest gotowanie? — machnęła ręką.
— Sveta to bywało wracała ze zmiany i od razu do kuchenki.
Koszule Olega zawsze były — aż chrupały!
A jak sprzątała mieszkanie…
Ani pyłku.
Oleg, powiedz, przecież było przytulnie, prawda?
Oleg odłożył sztućce.
— Mamo, u nas w domu jest czysto.
I przytulnie.
— Ja przecież nie zaprzeczam! — rozłożyła ręce jubilatka.
— Mówię, że atmosfera była inna.
Bardziej serdeczna.
Czuło się kobiecą rękę.
Sveta siedziała z głową nisko spuszczoną.
Było jej wstyd.
Przyjrzałam jej się uważniej.
Cienie pod oczami, odrośnięty manicure, opuszczone ramiona.
Nie wyglądała jak triumfująca rywalka.
Wyglądała jak zaganiany koń.
Cały wieczór zamienił się w monolog Galiny Iwanowny pod tytułem „Porównanie na niekorzyść Mariny”.
Sveta lepiej dobierała zasłony.
Sveta znała się na lekach.
Sveta szanowała starszych.
Powinnam była wybuchnąć.
Powinnam była wstać, rzucić serwetkę i wyjść, trzaskając drzwiami.
Dokładnie tego teściowa chciała.
Potrzebowała mojego załamania, żeby potem latami opowiadać, jaka jestem histeryczka.
Ale zamiast gniewu poczułam dziwny spokój.
— Sveta, a ty nadal pracujesz na tym samym stanowisku? — zapytałam głośno, przerywając opowieść teściowej o tym, jakie Sveta miała gęste włosy.
Sveta drgnęła.
— Ja… tak.
Starszy logistyk.
— To ogromna odpowiedzialność, — powiedziałam szczerze.
— I nerwy.
Zarządzanie dostawami to nie żarty.
— Bywa trudno, — Sveta po raz pierwszy spojrzała na mnie bez strachu.
— Ale lubię zespół.
— Och, praca! — prychnęła Galina Iwanowna.
— Czy to jest dla kobiety najważniejsze?
Najważniejsze jest ognisko domowe.
Sveta wiedziała: mąż wraca — na stole kolacja z trzech dań.
I nigdy nie sprzeciwiała się.
Złoty charakter.
Uśmiechnęłam się do Svety, ignorując teściową:
— Wie pani, Sveta, Galina Iwanowna tak często stawia panią za wzór, że naprawdę panią podziwiam.
Naprawdę.
Teściowa zakrztusiła się mors-em.
Oleg spojrzał na mnie zdumiony.
— Podziwiasz… mnie? — dopytała Sveta.
— Oczywiście! — pochyliłam się do przodu.
— To trzeba mieć niesamowite zasoby.
Po odpowiedzialnej pracy — do kuchni na drugi etat.
Krochmalić koszule, szorować podłogi, godzinami rozmawiać z teściową, wyczuwać jej nastrój.
To wyczyn.
Ja, szczerze mówiąc, przyznaję — jestem słaba.
Jestem egoistką.
Po biurze chcę ciszy i kieliszka wina, a nie wyczynów.
A Oleg sam doprowadza swoje rzeczy do porządku, świetnie mu to wychodzi.
— Sam?! — aż sapnęła ciotka z końca stołu.
— Tak, — powiedział stanowczo Oleg.
— I to nie jest dla mnie trudne.
— No właśnie! — ciągnęłam.
— A Sveta wszystko dźwigała sama.
Sveta, proszę powiedzieć, skąd brała pani siły?
Jak pani przeżyła ten wyścig do ideału?
Sveta spojrzała na mnie długo, uważnie.
Potem przeniosła wzrok na Galinę Iwanownę, która siedziała z otwartymi ustami.
I nagle ramiona Svety się rozluźniły.
— A ja nie przeżyłam, Marin.
Naderwałam się.
Dlatego się rozwiedliśmy.
Przy stole zrobiło się tak cicho, że było słychać brzęczenie lodówki w kuchni.
— Co ty opowiadasz, Svetočko? — głos Galiny Iwanowny zadrżał, tracąc ten cukierkowy ton.
— Przecież żyliśmy w zgodzie…
— Kto żył? Pani? — zapytała Sveta cicho, ale stanowczo.
— Galino Iwanowno, dzisiaj przez pół godziny chwaliła pani, jak gotowałam soljankę.
A ja nienawidzę gotować.
Robiłam to, bo pani przychodziła na kontrolę lodówki.
A koszule krochmaliłam, bo pani mówiła Olegowi, że pognieciona koszula to wstyd dla żony.
Przez pięć lat próbowałam zasłużyć na pani „nieźle”.
Oleg patrzył na byłą żonę tak, jakby widział ją po raz pierwszy.
— Myślałem, że lubiłaś zajmować się domem, — powiedział bezradnie.
— Lubiłam, kiedy byliśmy sami.
Ale kiedy codziennie wystawiano mi oceny… — Sveta zwróciła się do mnie.
— Marin, robisz wszystko dobrze.
Nie próbuj zadowolić.
To beczka bez dna.
Ile sił tam nie wlejesz — nikt nie powie dziękuję.
Twarz Galiny Iwanowny pokryła się czerwonymi plamami.
— Jak mogłaś! — wydusiła.
— Traktowałam cię jak swoją!
Stawiam cię za wzór!
— Proszę mnie nie stawiać za wzór, — Sveta wstała.
— Nie jestem muzealnym eksponatem.
A Marina nie jest sprzętem do pani dowartościowywania się.
Dość szczucia nas przeciw sobie.
To podłe.
Wzięła torebkę.
— Dziękuję za kolację.
Soljanka jest smaczna, ale mam po niej zgagę.
Wszystkiego najlepszego.
Skierowała się do wyjścia.
Ja wstałam zaraz za nią:
— Sveta, proszę poczekać!
Podwieziemy panią.
Nam też już пора.
— Wychodzicie? — syknęła teściowa.
— Tak, mamo, — Oleg też wstał, biorąc mnie za rękę.
— Nie chcemy psuć święta.
Musisz przetrawić… to, co usłyszałaś.
— Jeśli teraz wyjdziecie, — powiedziała lodowatym tonem Galina Iwanowna, — możecie zapomnieć drogę do tego domu.
— Dobrze, — skinął spokojnie Oleg.
— Jak tylko przypomnisz sobie, że mam żonę, którą trzeba szanować — zadzwoń.
Wyszliśmy we троje na klatkę schodową.
Kiedy czekaliśmy na windę, zza uchylonych drzwi mieszkania dobiegł histeryczny krzyk teściowej:
— Jeszcze będziecie mi się do nóg rzucać!
Nikomu nie jesteście potrzebni, niewdzięcznicy!
Drzwi windy zamknęły się, odcinając ten jad.
Sveta oparła się o lustrzaną ścianę kabiny, a ręce jej drżały.
— Przepraszam, — wydyszała.
— Dzwoniła do mnie przez tydzień, płakała do słuchawki, mówiła, że jest samotna, że chce się pogodzić…
Dałam się nabrać.
Myślałam, że człowiek z wiekiem mądrzeje.
— Ludzie się nie zmieniają, — powiedział ponuro Oleg.
— Wybacz nam, Sveta.
I… wybacz za przeszłość.
Byłem ślepy, skoro pozwalałem jej tak tobą pomiatać.
— Zapomniane, — Sveta uśmiechnęła się słabo.
— Za to teraz domknęło się to już ostatecznie.
A tobie, Marin, cierpliwości.
Jesteś twardsza ode mnie.
Poradzisz sobie.
Wezwaliśmy jej taksówkę.
Kiedy samochód zniknął za zakrętem, Oleg mnie objął i wtulił nos w moje włosy.
— Jesteś niesamowita, — szepnął.
— Inna zrobiłaby awanturę, rzucałaby talerzami.
A ty po prostu… rozbroiłaś wszystkich uprzejmością.
— Po prostu zrozumiałam, że „idealna była” ma swoje blizny, — odpowiedziałam.
— I że zadała je ta sama osoba.
— Jedziemy do domu? — zaproponował.
— Jestem strasznie głodny.
Tam chyba została pizza?
— Pizza, — zgodziłam się.
— I żadnej soljanki.
Szliśmy do samochodu i rozumiałam: ten wieczór, planowany jako moja publiczna porażka, stał się naszym zwycięstwem.
Widmo „świętej Svety” rozwiało się, zostawiając po sobie tylko zapach ciężkich perfum i echo złych krzyków na klatce schodowej.
Idealni ludzie nie istnieją.
Są tylko ci, którzy pozwalają sobie wejść na głowę, i ci, którzy potrafią stawiać granice.
I było mi nawet trochę żal Galiny Iwanowny.
Została sama przy swoim bogato zastawionym stole i żaden wymyślony ideał nie przyjdzie już osłodzić jej samotności.







