— Znalazłem inną. Pakuj graty i wynoś się z mojego mieszkania — Światosław stał pośrodku salonu, wsunąwszy ręce do kieszeni spodni. Na jego twarzy malował się triumf.
Złata powoli podniosła wzrok znad książki, którą czytała, zwinięta w fotelu. Zmrużyła oczy, jakby oglądała osobliwego owada.

— Z twojego mieszkania? — powtórzyła, przeciągając słowa. — Światosławie Arkadjewiczu, kochanie, na pewno pamiętasz, czyje to mieszkanie?
— Nie udawaj głupiutkiej — rzucił drażliwie, wzruszając ramieniem. — To ja spłacałem hipotekę przez te wszystkie lata. Co miesiąc przelewałem pieniądze. Mam wszystkie potwierdzenia.
— Spłacałeś — zgodziła się Złata, odkładając książkę na stolik kawowy. — Tyle że nie za to mieszkanie.
Światosław zmarszczył brwi. W jego oczach mignął cień niepokoju, lecz szybko się opanował.
— Dość kręcenia. Masz tydzień, żeby znaleźć sobie lokum. Witalina wprowadza się za dziesięć dni.
— Witalina? — Złata podniosła się z fotela i wygładziła fałdy sukienki. — Ta sama Witalina z twojego działu sprzedaży? Z doczepianymi rzęsami i silikonowym biustem w trzecim rozmiarze?
— Nie twoja sprawa — warknął Światosław. — I nie waż się jej obrażać.
— Obrażać? — Złata roześmiała się. — Boże broń. Po prostu doprecyzowuję. Chcę zrozumieć, na kogo mnie wymieniłeś po dwunastu latach małżeństwa.
— Witalina jest młoda, piękna i nie czepia się mnie o byle co — Światosław wyprostował się, wyraźnie zadowolony z efektu. — Przy niej znowu czuję się mężczyzną.
— Jak wzruszająco — Złata podeszła do okna, patrząc na wieczorne miasto. — I od dawna macie ten romans?
— Od pół roku.
— Pół roku — powtórzyła zamyślona. — Dokładnie od kiedy zacząłeś zostawać po godzinach z powodu „ważnego kontraktu z Chińczykami”.
— A co za różnica? Najważniejsze, że teraz to koniec. Złożę pozew o rozwód, mieszkanie zostaje dla mnie, a ty…
— A ja co? — Złata odwróciła się do niego.
— A ty możesz wrócić do swojej mamusi pod Moskwę. Albo wynająć kawalerkę. Twoja pensja projektantki wnętrz na to pozwala.
— Wszystko przemyślałeś — skinęła Złata. — Nawet wzruszające. Szkoda tylko, że jest jeden mały szczegół.
— Jaki jeszcze szczegół?
Złata podeszła do sekretarzyka, wyjęła z szuflady teczkę z dokumentami.
— Pamiętasz, trzy lata temu prosiłam cię, żebyś podpisał jakieś papiery? Mówiłeś, że to do urzędu skarbowego, żeby dostać ulgę.
— I co z tego? — Światosław zaczął się denerwować.
— A to, że to była umowa darowizny. Podarowałeś mi to mieszkanie, kochanie. Bezpłatnie i nieodwołalnie.
— Co za bzdury? — wyrwał jej teczkę i zaczął kartkować dokumenty. — To niemożliwe!
— Możliwe. Byłeś pijany po imprezie firmowej i podpisałeś, nie patrząc. Wtedy powiedziałam, że to umowa na remont łazienki. Machnąłeś ręką — rób, co chcesz.
Twarz Światosława pobladła. Czytał dokument raz po raz, nie wierząc własnym oczom.
— Ty… ty mnie podstawiłaś?
— Podstawiłam? — Złata pokręciła głową. — Nie, kochanie. Po prostu się zabezpieczyłam. Widzisz, twoja miłość do młodziutkich sekretarek nie zaczęła się od Witaliny. Pamiętasz Karinę z księgowości? A Milenę z kadr?
— Skąd ty…
— Kobiety zawsze wszystko wiedzą, Sława. Po prostu czasem udajemy, że nie zauważamy. Dajemy mężczyznom szansę, żeby się opamiętali.
Światosław osunął się na kanapę, ściskając głowę w dłoniach.
— To nielegalne. Podważę to w sądzie!
— Spróbuj. Umowa jest sporządzona bez zarzutu. Konsultowałam się z trzema prawnikami. Poza tym jest nagranie wideo, jak podpisujesz dokumenty. Trzeźwy, przy zdrowych zmysłach i w pełni świadomy.
— Nagranie? Przecież byłem pijany!
— Na nagraniu tego nie widać. Siedzisz przy stole, czytasz dokument — правда, tylko parę sekund — i składasz podpis. Wszystko grzecznie i elegancko.
— Baba! — Światosław zerwał się z kanapy. — Ty to wszystko planowałaś!
— Nie cały czas. Tylko ostatnie trzy lata. Od chwili, gdy zastałam cię z Kariną w twoim gabinecie. Pamiętasz, mówiłeś, że tylko pomagała ci w raportach?
— Zrujnuję cię! Wywalczę wszystko do ostatniej kopiejki!
— Na jakiej podstawie? — Złata spokojnie usiadła w fotelu. — Mieszkanie jest moje według wszystkich dokumentów. A propos dokumentów. Wiesz, gdzie przez te trzy lata przelewałeś pieniądze?
Światosław milczał, patrząc na nią z nienawiścią.
— Na konto swojej ukochanej teściowej. Mojej mamy. Odkładała je na domek na Krymie. Dziękuję ci bardzo za taką hojność.
— Co?!
— Nigdy nie sprawdzałeś danych. Powiedziałam, że zmieniłam bank, dałam ci nowe. Nawet nie spojrzałeś, na czyje nazwisko jest konto.
— Ale… ale mogę udowodnić, że przelewałem pieniądze!
— Oczywiście, że możesz. Mojej mamie. Ona potwierdzi, że co miesiąc jej pomagałeś finansowo. Z czystego altruizmu i miłości do teściowej. Jaki z ciebie przykładny zięć!
Światosław chwycił telefon i zaczął wybierać numer.
— Do kogo dzwonisz? — zainteresowała się Złata.
— Do mojego adwokata!
— Do Mścisława Borysowicza? Świetny wybór. Tylko jest problem — teraz to mój adwokat. Zatrudniłam go miesiąc temu. Konflikt interesów, rozumiesz?
— Znajdę innego!
— Znajdziesz. Ale wiedz, że mam jeszcze coś. Zdjęcia, wiadomości, nawet parę nagrań. Twój szef nie będzie zachwycony, gdy się dowie, że sypiasz z jego siostrzenicą.
— Z kim? — Światosław upuścił telefon.
— Z Witaliną. Ona jest Witalina Siergiejewna Krymowa. Siostrzenica Antona Władimirowicza Krymowa, dyrektora generalnego waszej firmy. On załatwił jej pracę po znajomości i poprosił, żeby na nią uważać. A ty…
— Powiedziała, że nazwisko to zbieg okoliczności!
— I uwierzyłeś? Boże, Sława, nie jesteś aż tak naiwny. Czy zakochany głupiec jednak ślepnie?
Światosław miotał się po pokoju jak zwierzę w klatce.
— Czego chcesz? Pieniędzy? Zapłacę!
— Niczego nie chcę. Po prostu zabieraj swoje rzeczy i wychodź. Daję ci trzy dni.
— Ale… gdzie ja pójdę?
— Do Witaliny, oczywiście. Przecież cię kocha. Albo do mamy. Choć wątpię, by Elena Pietrowna ucieszyła się, gdy usłyszy o rozwodzie.
— Nie waż się jej mówić!
— A ja nie muszę. Sama się dowie. A przy okazji opowiem jej też o twoich przygodach. Z dowodami. Ciekawe, co powie o Karinie. W końcu to ona poleciła ci ją do pracy. Córka jej przyjaciółki.
Światosław usiadł z powrotem na kanapie. Trząsł się.
— Złata, porozmawiajmy spokojnie. Tyle lat byliśmy razem…
— Dwanaście lat. I co najmniej cztery z nich mnie zdradzałeś.
— Byłem głupcem. Wybacz mi. Spróbujmy to naprawić.
— ZA PÓŹNO, Sława. Sam wszystko postanowiłeś. „Znalazłem inną”, pamiętasz? To idź do niej.
— Ale ja cię kocham!
— NIE. Ty kochasz wygodne życie. Mieszkanie w centrum, domowy komfort, smaczne jedzenie, idealny porządek. Przywykłeś, że ja ogarniam wszystkie sprawy, a ty tylko pracujesz i się bawisz.
— To nieprawda!
— Kiedy ostatnio miałam urodziny?
Światosław zawahał się.
— W sierpniu?
— W październiku. Jaki jest mój ulubiony kolor?
— Niebieski?
— Zielony. Jak ma na imię moja najlepsza przyjaciółka?
— Ja… nie pamiętam.
— Właśnie. Nie wiesz o mnie nic. Dla ciebie jestem funkcją — żoną, która tworzy komfort. A teraz ta funkcja nie jest już dostępna.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Złata wstała i poszła otworzyć.
— Kto to? — Światosław zerwał się za nią.
W progu stało dwóch mężczyzn w mundurach.
— Dobry wieczór. Jesteśmy z komorniczej służby egzekucyjnej. Czy Światosław Arkadjewicz Wołkoński mieszka pod tym adresem?
— Czego chcecie? — Światosław spróbował przecisnąć się do przodu.
— Mamy tytuł wykonawczy dotyczący ściągnięcia od pana zaległości w wysokości trzech milionów rubli na rzecz Złaty Igoriewny Wołkońskiej.
— Jakiej zaległości?!
Złata uśmiechnęła się niewinnie.
— Pamiętasz, brałeś ode mnie pieniądze na samochód? Na pokwitowanie. Pięć lat temu. Termin zwrotu minął dwa lata temu.
— Ale jesteśmy rodziną! Jakie pokwitowanie?!
— To — komornik pokazał dokument. — Wszystko oficjalnie. Pożyczka na trzy miliony rubli na dziesięć procent rocznie. Z uwzględnieniem odsetek i kar za opóźnienie kwota wynosi cztery miliony dwieście tysięcy.
— Nie mam takich pieniędzy!
— W takim razie zajmujemy pana majątek. Samochód, konta, udział w biznesie…
— Jaki udział? Nie mam żadnego biznesu!
— Jak to nie? — zdziwiła się Złata. — A spółka z o.o. „ŚwiatoSław”? Jesteś wspólnikiem-założycielem. Pięćdziesiąt procent udziałów.
— To firma-krzak! Nie działa!
— A jednak według ostatniej wyceny jest warta dwa miliony. Wykupiłam drugą połowę udziałów i przeprowadziłam ponowną wycenę aktywów. Są tam kilka ciekawych patentów.
— Jakich patentów?!
— Tych, które kupiłam i wniosłam do kapitału zakładowego. Podpisałeś protokół zgromadzenia wspólników. Znowu nie czytając.
Komornicy rzeczowo wypełniali dokumenty.
— Ponadto zajmujemy pojazd BMW X5, numer rejestracyjny…
— To służbowe auto!
— Według dokumentów jest zarejestrowane na pana.
— Ale firma za nie płaciła!
— To pana sprawy z firmą. Proszę to wyjaśniać. Na razie samochód jest zajęty.
Światosław wyciągnął telefon i zaczął do kogoś dzwonić.
— Antonie Władimirowiczu? Tu Wołkoński. Mam problem… Co? Już wiecie? Ale mogę wyjaśnić… Zwolniony? Ale… Halo? Halo!
Opuścił telefon, wpatrując się w pustkę.
— Co się stało? — zapytała Złata współczująco.
— Krymow… zwolnił mnie. Powiedział, że zhańbiłem jego rodzinę.
— Ach tak, zapomniałam powiedzieć. Godzinę temu wysłałam Witalinie nasze intymne zdjęcia. Te, które robiłeś na urlopie w Tajlandii. Załamała się i pobiegła poskarżyć się wujowi.
— Zniszczyłaś mi życie!
— Nie, Sława. Ty sam je zniszczyłeś. Ja tylko pomogłam temu procesowi.
Komornicy zakończyli formalności.
— Obywatelu Wołkoński, ma pan pięć dni na spłatę zadłużenia, w przeciwnym razie przystąpimy do sprzedaży zajętego majątku. Ponadto ma pan zakaz wyjazdu za granicę do czasu całkowitej spłaty długu.
— Co?! Mam bilety do Dubaju za tydzień!
— Proszę anulować — poradził komornik. — Albo przełożyć. Na jakieś pięć lat, dopóki pan nie spłaci.
Komornicy wyszli. Światosław stał pośrodku salonu, patrząc na Złatę.
— Po co? Po co to zrobiłaś?
— Chciałeś wyrzucić mnie na ulicę po dwunastu latach małżeństwa. Chciałeś przyprowadzić do mojego domu inną kobietę. Myślałeś, że będę w milczeniu pakować rzeczy i odejdę?
— Zmieniłem zdanie! Zapomnijmy o wszystkim! Zostań!
— W moim WŁASNYM mieszkaniu? Jak szlachetnie. Nie, Sława. Pakuj się.
— Ale nie mam gdzie iść! Witalina rzuciła słuchawką, mama nie odbiera…
— Są hostele. Albo noclegownie. Wybieraj.
— Złata, proszę!
— Trzy dni, Sława. Za trzy dni wymieniam zamki.
Odwróciła się i poszła do sypialni.
— Zaczekaj! — krzyknął za nią. — A nasz ślub? Nasze przysięgi? Obiecałaś być ze mną w biedzie i w radości!
Złata zatrzymała się w progu sypialni.
— Dotrzymałam obietnicy. Byłam z tobą w radości — kiedy robiłeś karierę, kupowałeś auto, jeździłeś na wakacje. A teraz jestem z tobą w biedzie. Tyle że niedługo. Za trzy dni będziesz cierpiał już beze mnie.
— Jesteś bezduszna!
— Być może. Ale kobieta z mieszkaniem. A ty — romantyk bez dachu nad głową. A propos, nie zapomnij zabrać walizki z szafy. Już ją spakowałam.
Złata zniknęła w sypialni, zostawiając Światosława samego.
Wyjął telefon, przewinął kontakty. Karina — zablokowana. Milena — niedostępna. Witalina — odrzuca połączenie.
Wybrał numer matki.
— Mamo? To ja. Mam kłopoty… Co? Złata już dzwoniła? Co ci powiedziała? Co?! Mamo, to nieprawda! Mamo, poczekaj! Nie rozłączaj się!
Sygnał.
Wyjął z kieszeni klucze do mieszkania, obrócił je w dłoniach. Klucze do cudzego już mieszkania.
Z sypialni dobiegł głos Złaty. Z kimś rozmawiała przez telefon.
— Tak, Wariusiu, wszystko poszło zgodnie z planem. Jest w szoku. Nie, wcale mi go nie żal. Dwanaście lat znosiłam jego zdrady. Dość. Jutro? Jasne, przyjedź. Uczcimy moje uwolnienie. Szampan na mój koszt!
Roześmiała się. Lekko, dźwięcznie.
Światosław wstał, poszedł do przedpokoju. W kącie stała spakowana walizka. Jego walizka. Ta sama, z którą jeździł w delegacje do kochanek.
Chwycił walizkę, otworzył drzwi wejściowe. Odwrócił się, omiótł wzrokiem mieszkanie. Jego mieszkanie. Dawne jego mieszkanie.
Na stoliku w przedpokoju leżała kartka. Charakter pisma Złaty.
„Sława, zapomniałam ostrzec. Godzinę temu zablokowałam twoje karty. Wspólne konta też. To teraz tylko moje konta. Nie dziękuj za walizkę — to mój pożegnalny prezent. Z.”
Zgniótł kartkę, rzucił na podłogę. Wyszedł na klatkę schodową, zamknął za sobą drzwi.
Zszedł na dół, wyszedł na ulicę. Zaczynał kropić drobny deszcz. BMW stało na parkingu, ale na przedniej szybie widniała naklejka „Zajęte”.
Światosław wyciągnął telefon, otworzył aplikację bankową. Wszystkie konta zablokowane. Saldo — zero.
Zajrzał do portfela. Trzy tysiące w gotówce. Wszystko, co mu zostało.
Telefon zadzwonił. Nieznany numer.
— Halo?
— Światosławie Arkadjewiczu? Tu Giennadij Pałycz, szef ochrony. Polecenie kierownictwa — oddać przepustkę i firmowego laptopa.
— Ale ja jutro…
— Dzisiaj. Teraz. Czekam na pana przy wejściu do biura.
— Przecież jest noc!
— Polecenie kierownictwa. Jeśli pan nie przyjedzie w ciągu godziny, wzywam policję. W laptopie są informacje firmowe.
Sygnał końca rozmowy.
Światosław zamówił taksówkę. Spojrzał na licznik — starczy tylko w jedną stronę.
W drodze próbował dodzwonić się do znajomych. Nikt nie odbierał. Z firmowego czatu już go usunęli. W mediach społecznościowych — dziesiątki wściekłych wiadomości od Witaliny.
Pod biurem czekał ochroniarz. Bez słowa zabrał przepustkę, laptop, firmową kartę SIM.
— Rzeczy osobiste z gabinetu odbierze pan jutro tylnym wejściem. Od dziesiątej do dziesiątej trzydzieści.
— Pół godziny na spakowanie?
— Polecenie kierownictwa.
Ochroniarz odwrócił się i odszedł.
Światosław został stojąc w deszczu. Garnitur przemókł na wylot. W kieszeni zawibrował telefon. SMS z banku.
„Twój limit kredytowy został anulowany”.
Kolejny SMS.
„Przypominamy o racie kredytu. Kwota 47 000 rubli. Pozostało 5 dni”.
I jeszcze jeden.
„Twój wniosek o hipotekę został odrzucony”.
Światosław wyłączył telefon. Walizka robiła się coraz cięższa od deszczu. Na taksówkę nie zostało już pieniędzy.
Poszedł pieszo w stronę metra. Ostatnia kolejka odjechała godzinę temu.
Przypomniał sobie, że ma przyjaciela Maksyma. Mieszka niedaleko, można by przenocować.
Włączył telefon i wybrał numer.
— Maks? Tu Sława. Słuchaj, mogę u ciebie przenocować? Co? Złata już dzwoniła? Nie, czekaj, ona wszystko przekręciła! Maks? Halo?
W słuchawce zabrzmiał sygnał.
Światosław szedł przez nocne miasto, ciągnąc za sobą walizkę. Mijały go samochody, obryzgując bryzgami z kałuż. W witrynach sklepów paliło się światło, ale wszystkie były zamknięte.
Znalazł całodobową knajpkę, wszedł się ogrzać. Zamówił herbatę — najtańszą pozycję w menu. Usiadł przy oknie, patrząc na deszcz.
Telefon rozdzwonił się od połączeń. Kredytodawcy, banki, windykatorzy. Skąd tak szybko się dowiedzieli?
Otworzył walizkę, żeby wyjąć ładowarkę. W środku leżały jego rzeczy, starannie złożone. I koperta.
Rozdarł ją. W środku — zdjęcie z ich ślubu. On i Złata, młodzi, szczęśliwi, roześmiani. Na odwrocie jej pismo:
„Pamiętaj, jaki byłeś. I kim się stałeś. To twój wybór, nie mój”.
I jeszcze jedna kartka. Wyniki badań lekarskich. Diagnoza — bezpłodność. Jego bezpłodność. Data — pięć lat temu.
Przez cały ten czas Złata wiedziała. Wiedziała, że nie będą mieli dzieci z jego winy. I milczała. Ani razu nie wypomniała.
A on oskarżał ją. Mówił, że jest karierowiczką, że nie chce rodzić. Kazał jej robić badania. Groził rozwodem.
Światosław opuścił głowę na ręce. W knajpce pachniało przypalonym olejem i wilgocią z jego przemoczonego ubrania.
Telefon znów zadzwonił. Mama.
— Sława, to prawda? Wszystko, co powiedziała Złata?
— Mamo, ja…
— Nie chcę nic słyszeć. Zawiodłeś mnie. I ojca. On by nie przeżył takiego wstydu.
— Mamo, mogę przyjechać?
— Nie. Wstyd mi przed sąsiadami. Wszyscy już wiedzą. Złata rozesłała wszystkim krewnym list z dowodami twoich wybryków.
— Nie miała prawa!
— A ty miałeś prawo upokarzać ją tyle lat? Nie dzwoń do mnie, dopóki nie zmądrzejesz.
Sygnał.
Światosław dopił ostygłą herbatę. Barman patrzył na niego krzywo — jedynego gościa.
— Stary, zamykamy.
— Ale przecież jesteście całodobowi!
— Przerwa techniczna. Dwie godziny.
Musiał wyjść z powrotem pod deszcz. Walizka była nie do uniesienia od wody. Kółko odpadło przy pierwszej studzience.
Światosław ciągnął walizkę po ziemi, zostawiając mokry ślad na asfalcie. Jak ślimak — pomyślał. Bezdomny ślimak ze całym swoim dobytkiem.
Znalazł przystanek autobusowy, usiadł na ławce pod wiatą. Wyciągnął telefon — pięć procent baterii.
Ostatnia próba. Wybrał numer Witaliny.
— Czego chcesz, draniu?
— Wita, pozwól mi wyjaśnić…
— Wyjaśnić co? Że masz żonę? Że kłamałeś mi pół roku? Że przez ciebie wujek nie odzywa się do mnie?
— Rozwiodę się! Będziemy razem!
— Jesteś bezrobotnym, biednym nieudacznikiem. Nie masz ani mieszkania, ani samochodu, ani pieniędzy. Nie jesteś mi potrzebny.
— Ale mówiłaś, że mnie kochasz!
— Kochałam odnoszącego sukcesy menedżera z mieszkaniem w centrum. A nie bezdomnego z walizką. Nie dzwoń więcej.
Telefon rozładował się całkowicie.
Światosław siedział na przystanku, słuchając szumu deszczu. Co jakiś czas przejeżdżały nocne autobusy, ale nie miał pieniędzy nawet na bilet.
W kieszeni znalazła się zmięta wizytówka. Pośrednik, który pomagał przy zakupie mieszkania. Tego samego mieszkania, które teraz należało do Złaty.
Zaśmiał się. Histerycznie, nerwowo. Przechodzień przyspieszył krok, omijając go szerokim łukiem.
Nad ranem deszcz ustał. Światosław przysnął na ławce, przyciskając do siebie walizkę.
Obudził go dozorca, szturchając miotłą.
— Ej, chłopie, nie wolno tu spać. Policję wezwę.
Światosław wstał, chwycił walizkę. Powlókł się dalej.
W witrynie sklepu zobaczył swoje odbicie. Wymięty garnitur, nieogolona twarz, czerwone oczy. W jedną noc stał się tym, kim zawsze bał się zostać. Nieudacznikiem.
—
Miesiąc później Światosław zatrudnił się jako tragarz w magazynie. Praca ciężka, pensja marna, ale nie było wyboru. Wynajmował łóżko w akademiku-przytułku, oszczędzał na wszystkim. Już do nikogo nie dzwonił — rozumiał, że wszyscy odwrócili się od niego na zawsze.
Za pierwszą wypłatę kupił skromny bukiet chryzantem i wysłał Złacie. Bez karteczki, bez podpisu. Tak po prostu. Nie z nadzieją na przebaczenie — wiedział, że go nie będzie. Po prostu chciał powiedzieć dziękuję za lekcję. Za to, że otworzyła mu oczy na samego siebie.
Teraz czekało go długie wygrzebywanie się z dołu, do którego sam się wepchnął. Ale się podniesie. Na pewno się podniesie.
—
Złata dostała bukiet i uśmiechnęła się kpiąco. Domyśliła się, od kogo. Kwiaty wstawiła do wazonu — były piękne i w niczym nie zawiniły.
Tego samego dnia wysłała ostatnie pudła z rzeczami byłego męża do jego matki. Teraz w mieszkaniu nie zostało nic, co przypominałoby przeszłość.
Złata rozłożyła na stole katalogi mebli, próbki tapet, plany przebudowy. Od dawna marzyła, by z gabinetu Światosława zrobić twórczą pracownię. Teraz mogła wcielić wszystkie pomysły w życie.
Była szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa po raz pierwszy od wielu lat. Gdy dowiedziała się o pierwszej zdradzie męża, poświęciła lata na przygotowanie się do tego dnia. I nie pomyliła się. Teraz miała swoją twierdzę, finansową niezależność i — przede wszystkim — wolność, by być sobą.







