— Twoja siostra kupiła mieszkanie, a co zrobiłaś ty? — zapytała matka po licznych prezentach.

Stepan postawił ostatnie pudełko na stole i wyprostował się.

Kupił perfumy w francuskim butiku, jedwabną apaszkę z Włoch, voucher na zabiegi spa w ekskluzywnym salonie.

Urodziny matki przygotowywał z wyprzedzeniem, odkładał pieniądze przez trzy miesiące, każdą rzecz wybierał ze szczególną starannością.

— Mamo, podobało ci się? — zapytał, ocierając czoło grzbietem dłoni.

Walentyna Siergiejewna siedziała w fotelu, przeglądając prezenty obojętnym wzrokiem.

Jej usta były zaciśnięte w cienką linię niezadowolenia.

— Perfumy… apaszka… — z obrzydzeniem odsunęła pudełka na bok.

— A twoja siostra kupiła MIESZKANIE.

Trzypokojowe.

W nowym budynku.

Stepan znieruchomiał.

W gardle od razu zrobiło mu się sucho.

— Mamo, ale to przecież…

— CO — TO JEST? — Walentyna Siergiejewna wstała z fotela, a jej głos stał się ostry, przenikliwy.

— Próba wykupienia się tanimi prezentami?

Kira ZAINWESTOWAŁA w nieruchomości.

A ty co?

Trzydzieści dwa lata i mieszkasz w wynajmowanej kawalerce!

— Mamo, przecież tłumaczyłem.

Mam teraz trudny okres w pracy, obcięli mi pensję…

— DOŚĆ wymówek! — matka махnęła ręką, jakby odganiała jego słowa.

— Kira jest od ciebie młodsza o cztery lata, a już zabezpieczyła sobie przyszłość.

Ona jest MĄDRA, a ty… ty jesteś wstydem rodziny!

Stepan stał pośrodku salonu, czując, jak każde słowo matki wbija się w niego jak ostre igły.

Pamiętał, jak w dzieciństwie matka w ten sam sposób porównywała go z Kirą — ona uczyła się lepiej, była bardziej posłuszna, ładniejsza, bardziej szczęśliwa.

— Starałem się.

Naprawdę starałem się wybrać coś, co ci się spodoba…

— Starałeś się? — Walentyna Siergiejewna roześmiała się złośliwie i głośno.

— Nikomu nie są potrzebne twoje starania!

Liczy się wynik, a nie starania!

Popatrz na siebie — nieudacznik, który nawet nie potrafi zrobić matce porządnego prezentu!

W tym momencie do pokoju weszła Kira.

Wysoka, szczupła, w drogim garniturze.

Obrzuciła wzrokiem porozrzucane prezenty i brata stojącego z opuszczonymi ramionami.

— Znowu nas porównujesz, mamo? — zapytała spokojnie, zdejmując płaszcz.

— A co tu porównywać? — Walentyna Siergiejewna podeszła do córki i ją objęła.

— Ty jesteś moją dumą.

Sukces, samodzielność.

A on… — skinęła w stronę Stepana.

— Facet ma trzydzieści dwa lata, a dalej nie potrafi stanąć na nogi.

— Mamo, może wystarczy? — Kira delikatnie wysunęła się z uścisku.

— Stepan jest dobrym bratem.

Jest troskliwy, dobry…

— Dobry? — matka prychnęła.

— Od dobroci mieszkania się nie kupi!

Troską dzieci nie wykarmisz!

Kiedy on wreszcie założy rodzinę?

Wnuki?

Czy będzie całe życie klepał biedę od pierwszego do pierwszego?

Stepan milczał.

Przez lata nauczył się po prostu przeczekiwać matczyne tyrady, nie odpowiadać, nie tłumaczyć się.

I tak to było bez sensu.

— Wiesz, mamo, — powiedziała nagle Kira, — a jednak Stepan ma rację.

— W czym on ma RACJĘ? — Walentyna Siergiejewna odwróciła się do córki.

— W tym, że pieniądze nie są najważniejsze.

Przyjechał do ciebie, przywiózł prezenty, wydał na nie pewnie połowę pensji.

A ty…

— A JA CO? — oczy matki zwęziły się.

— Ty też jesteś przeciwko mnie?

Ja całe życie oddałam wam, a wy…

— Nikt nie jest przeciwko tobie, mamo, — Kira uniosła ręce w pojednawczym geście.

— Po prostu przestań upokarzać Stepana.

To twój syn.

— Syn?

SYN? — Walentyna Siergiejewna poczerwieniała ze złości.

— Prawdziwy syn zapewniłby matce spokojną starość!

Prawdziwy syn coś by w życiu osiągnął!

A ten… — wskazała palcem Stepana — ten wieczny nieudacznik potrafi tylko targać żałosne prezenciki!

— Mamo, przestań, — głos Kiry stwardniał.

— Przekraczasz granice.

— Ja?

JA PRZEKRACZAM GRANICE? — matka teatralnie chwyciła się za serce.

— Ja was wychowałam, wykształciłam, wszystko dla was robiłam!

A teraz wychodzi na to, że nie mam prawa powiedzieć prawdy?

— Jakiej prawdy, mamo? — Stepan w końcu się odezwał.

— Że jestem nieudacznikiem?

Że jestem wstydem rodziny?

Słyszę to od dziesiątego roku życia.

— I DOBRZE, że słyszysz!

Może wreszcie dotrze! — Walentyna Siergiejewna podeszła do niego niemal na odległość oddechu.

— Popatrz na swoją siostrę — oto wzór do naśladowania!

A ty?

Co ty osiągnąłeś?

GDZIE są twoje sukcesy?

— Moje sukcesy… — Stepan uśmiechnął się gorzko.

— A to, że pomagałem ci przez te wszystkie lata, się nie liczy?

Kiedy przeciekał dach — kto naprawiał?

Kiedy chorowałaś — kto woził do szpitala?

Kiedy…

— DOŚĆ! — matka mu przerwała.

— To twój obowiązek jako syna!

Za to się nie dziękuje!

— Ale za mieszkanie Kiry dziękujesz, tak? — Stepan spojrzał matce prosto w oczy.

— Chociaż ona wpada do ciebie raz w miesiącu, i to nie zawsze.

— Nie waż się!

NIE WAŻ SIĘ mówić o siostrze!

Ona jest zajętą kobietą, ma biznes!

— A ja mam pracę, — Stepan rozłożył ręce.

— Zwykłą, prostą pracę.

Nie jestem biznesmenem, nie jestem dyrektorem.

Jestem zwykłym inżynierem w biurze konstrukcyjnym.

I tak, zarabiam niewiele.

Ale pracuję uczciwie, nikogo nie oszukuję, nikomu nie robię krzywdy.

— Właśnie! — Walentyna Siergiejewna triumfalnie uniosła ręce.

— ZWYKŁY inżynier!

W twoim wieku ludzie kierują fabrykami, a ty rysujesz rysunki!

— Mamo, po co tak? — Kira podeszła do brata i położyła mu dłoń na ramieniu.

— Stepan jest świetny, że znalazł pracę, którą lubi.

— Lubi? — matka wybuchnęła śmiechem.

— Kira, kochanie, nie broń go!

Sam jest winien swoich porażek!

Zero ambicji, zero dążenia!

Siedzi na swojej robótce i cieszy się groszami!

— Wiesz co, mamo, — Stepan wyprostował się, strącając rękę siostry z ramienia.

— Mam dość.

Dość tłumaczenia się, dość udowadniania, dość słuchania upokorzeń.

— Upokorzeń?

UPOKORZEŃ? — Walentyna Siergiejewna rozłożyła ręce.

— Mówię ci prawdę!

Gorzką, ale prawdę!

Jesteś NIEUDACZNIKIEM, Stepan!

Przy-znaj to wreszcie!

— Dobrze, — Stepan skinął głową.

— Jestem nieudacznikiem.

Jestem wstydem rodziny.

Jestem niegodnym synem.

Wszystko, co mówisz, to prawda.

Teraz zadowolona?

— Nie przekręcaj! — matka wskazała go palcem.

— Ja chcę, żebyś się ZMIENIŁ!

Żebyś wziął się do roboty!

Żebyś zaczął coś osiągać!

— Mamo, on ma trzydzieści dwa lata, — wtrąciła Kira.

— Jest dorosły i sam decyduje, jak ma żyć.

— No właśnie — SAM!

I niech nie liczy na moją pomoc! — Walentyna Siergiejewna demonstracyjnie się odwróciła.

— Cały spadek zostawię Kirze!

Ona zasługuje!

— Mamo, nie mów tak, — Kira zmarszczyła brwi.

— To okrutne.

— Okrutne?

OKRUTNE? — matka odwróciła się do córki.

— Okrutne to wychowywać syna, wkładać w niego siły i pieniądze, a potem patrzeć, jak wegetuje w biedzie!

— Ja nie żyję w biedzie, — powiedział Stepan.

— Mam pracę, dach nad głową, jedzenie.

Nigdy nie prosiłem cię o pieniądze.

— Bo jesteś DUMNY! — wypluła matka.

— Dumny biedak — oto kim jesteś!

Lepiej byś poprosił, przynajmniej wiedziałabym, że rozumiesz swoją sytuację!

— Moja sytuacja… — Stepan pokręcił głową.

— Wiesz, mamo, a jednak jestem szczęśliwy.

Tak, nie mam mieszkania, nie mam samochodu, nie mam oszczędności.

Ale mam pracę, którą kocham, dobrych przyjaciół, zainteresowania.

Nie jestem bogaty, ale jestem spokojny.

— Spokojny? — Walentyna Siergiejewna poczerwieniała.

— Jesteś SPOKOJNY, kiedy twoja matka wstydzi się ciebie przed znajomymi?

Kiedy nie mogę opowiedzieć koleżankom, czym zajmuje się mój syn?

— A co im mówisz? — zainteresował się Stepan.

— NIC!

Milczę!

Bo nie ma o czym mówić!

O Kirze mogę opowiadać godzinami — o mieszkaniu, o biznesie, o wyjazdach za granicę!

A o tobie… o tobie lepiej milczeć!

— Mamo, dość! — Kira podniosła głos.

— Jestem matką!

Mam prawo! — Walentyna Siergiejewna tupnęła nogą.

— I w ogóle, czemu się na mnie rzuciliście?

To MÓJ dzień urodzin!

Moje święto!

A wy je psujecie!

— My? — Stepan uśmiechnął się krzywo.

— My psujemy?

Przywiozłem ci prezenty, złożyłem życzenia, a w odpowiedzi słyszę, jaki jestem niczym.

— Gdybyś był NORMALNYM synem, chwaliłabym cię! — odparła matka.

— Ale nie ma za co chwalić!

Absolutnie nie ma za co!

— Rozumiem, — Stepan skinął głową.

— W takim razie chyba pójdę.

Skoro moja obecność tak cię denerwuje.

— IDŹ! — krzyknęła matka.

— Idź do swojej wynajmowanej klitki!

Siedź tam i myśl o swoim nędznym życiu!

Stepan w milczeniu ruszył do wyjścia.

W drzwiach odwrócił się:

— Wszystkiego najlepszego, mamo.

Szczerze życzę ci… żebyś dostała wszystko, na co zasługujesz.

— WON! — Walentyna Siergiejewna chwyciła jedno z pudełek z prezentami i rzuciła w stronę syna.

— WYPAD!

I nie waż się więcej tu pokazywać!

Stepan wyszedł, cicho domykając za sobą drzwi.

Kira rzuciła się za nim, ale matka złapała ją za rękę:

— ZOSTAŃ!

Nie waż się iść za tym niewdzięcznikiem!

— Mamo, to ty go wyrzuciłaś!

— I BARDZO DOBRZE zrobiłam!

Nie będę tu oglądać nieudaczników!

Ty to co innego.

Ty jesteś moją dumą, moją radością!

Kira wyrwała rękę:

— Mamo, rozumiesz, co właśnie zrobiłaś?

Odepchnęłaś syna!

Własnego człowieka!

— Sam się odepchnął swoją bezwartościowością! — Walentyna Siergiejewna usiadła z powrotem w fotelu.

— I w ogóle, dość o nim!

Opowiedz lepiej o swoim mieszkaniu.

Jaki remont planujesz?

— Mamo, nie będę teraz o tym mówić.

— Dlaczego? — matka zdziwiona uniosła brwi.

— Przecież chciałaś pokazać mi projekt!

— Chciałam.

Ale nie po tym, co zrobiłaś mojemu bratu.

— Znowu ten nieudacznik! — Walentyna Siergiejewna zirytowana махnęła ręką.

— Zapomnij o nim!

Sam wybrał swój los!

— Nie.

To ty wybrałaś — upokarzać go całe życie.

— Mówiłam PRAWDĘ!

— Nie.

Mówiłaś SWOJĄ prawdę.

Zbudowaną wyłącznie na pieniądzach i statusie.

— A na czym innym budować? — matka się uniosła.

— Na jego dobroci?

Na jego spokoju?

Nie rozśmieszaj mnie!

— Wiesz, mamo, — Kira wzięła torebkę, — ja też pójdę.

— CO?

Ty też mnie zostawiasz?

— Nie zostawiam.

Po prostu… muszę pomyśleć.

— Nad czym tu MYŚLEĆ? — Walentyna Siergiejewna zerwała się z fotela.

— Kira, nie wygłupiaj się!

Zostań!

Uczcimy moje urodziny we dwie!

— Nie.

Nie dzisiaj.

— To wszystko przez niego!

Przez Stepana! — matka zacisnęła pięści.

— Nastawia cię przeciwko mnie!

— On nic nie mówi.

To ty sama wszystko robisz.

Kira ruszyła do drzwi.

Walentyna Siergiejewna rzuciła się za nią:

— KIRA!

Nie odchodź!

Proszę cię!

To moje święto!

— Które sama zepsułaś, — córka odwróciła się na progu.

— Pomyśl o tym.

Pomyśl poważnie.

Drzwi się zamknęły.

Walentyna Siergiejewna została sama w dużym mieszkaniu, wśród porozrzucanych prezentów.

Podniosła pudełko z perfumami, które rzuciła w syna.

Flakon się rozbił i mdlący zapach wypełnił pokój.

— Niewdzięczni! — krzyknęła w pustkę.

— OBOJE niewdzięczni!

Miotała się po pokoju, kopiąc pudełka z prezentami.

— Ja ich wychowałam!

Wytresowałam!

A oni… oni MNIE zostawili!

W moje urodziny!

Walentyna Siergiejewna chwyciła telefon i wybrała numer Kiry.

Długie sygnały, potem poczta głosowa.

Wybrała Stepana — telefon wyłączony.

— Zmówili się!

Specjalnie!

Żeby zepsuć mi święto!

Kolejne dni upływały w oczekiwaniu.

Walentyna Siergiejewna była pewna — dzieci przyjdą, przeproszą, poproszą o wybaczenie.

Zawsze wracali.

Zwłaszcza Stepan — ile razy go upokarzała, obrażała, a on i tak przychodził, pomagał, troszczył się.

Ale dni mijały, a telefon milczał.

Po tygodniu nie wytrzymała i zadzwoniła do Kiry:

— Halo, córeczko?

— Dzień dobry.

Głos córki był spokojny, zdystansowany.

— Kira, kochanie, przyjedź!

Muszę z tobą porozmawiać!

— O czym?

— No… o twoim mieszkaniu!

Przecież chciałaś pokazać projekt wnętrza!

— Mamo, teraz jestem zajęta.

— Zajęta?

Ale… ale przecież obiecałaś!

— Niczego nie obiecałam.

Słuchaj, muszę iść.

— Poczekaj! — Walentyna Siergiejewna przestraszyła się.

— A Stepan… ty z nim rozmawiasz?

— Tak.

— I… jak on się trzyma?

— Normalnie.

— Przekaż mu… przekaż, niech zadzwoni.

— Przekażę.

Krótkie sygnały.

Walentyna Siergiejewna wpatrywała się w telefon.

Kira nigdy tak z nią nie rozmawiała — chłodno, obco.

Stepan nie zadzwonił.

Ani tego dnia, ani następnego.

Walentyna Siergiejewna wybierała jego numer — telefon był włączony, ale syn nie odbierał.

Minął miesiąc.

Walentyna Siergiejewna wyczerpała się od samotności i niepokoju.

Przywykła, że dzieci są zawsze blisko — Stepan wpadał co tydzień, pomagał w domu, Kira dzwoniła, opowiadała nowiny.

A teraz — cisza.

Próbowała dzwonić do znajomych, narzekać na niewdzięczne dzieci, ale ci tylko współczująco wzdychali i szybko się żegnali.

Nikt nie chciał słuchać jej biadolenia.

I wtedy zaczęły się problemy.

Najpierw zepsuła się pralka.

Walentyna Siergiejewna wezwała fachowca — zażądał okrągłej sumy za naprawę.

Wcześniej Stepan naprawiał wszystko sam, za darmo.

Potem zaczął cieknąć kran w kuchni.

Znowu fachowiec, znowu pieniądze.

Potem przepaliła się instalacja w sypialni.

Elektryk stwierdził, że trzeba wymienić całą instalację — mieszkanie jest stare, przewody nie wytrzymują współczesnych obciążeń.

Kwota za remont okazała się astronomiczna.

Walentyna Siergiejewna siedziała w kuchni i liczyła wydatki.

Emerytura była niewielka, oszczędności prawie nie było — wszystko szło na podtrzymywanie wizerunku „sukcesywnej matki sukcesywnych dzieci”.

Droga odzież, restauracje, prezenty dla koleżanek…

Zadzwoniła ponownie do Stepana:

— Synku, tu mama.

Proszę, oddzwoń.

Mam tu… problemy.

Stepan nie oddzwonił.

Tydzień później Walentyna Siergiejewna pojechała do niego sama.

Długo stała pod klatką, zbierając się w sobie, potem weszła na trzecie piętro.

Drzwi otworzyła nieznajoma dziewczyna — ładna, ubrana skromnie.

— Do kogo pani?

— Do Stepana.

Jestem jego matką.

Dziewczyna uniosła brwi ze zdziwieniem:

— Ach, to pani…

Proszę poczekać.

Zniknęła w mieszkaniu.

Po chwili pojawił się Stepan.

Wyglądał… szczęśliwie.

Walentyna Siergiejewna dawno nie widziała go takim.

— Po co przyszłaś?

— Stepa, synku, potrzebuję pomocy.

Instalację… trzeba wymienić, a fachowcy żądają takich pieniędzy…

— Zwróć się do Kiry.

Ona ma pieniądze.

— Ale ty zawsze pomagałeś!

— Kluczowe słowo: pomagałem.

W czasie przeszłym.

— Stepa, nie bądź okrutny!

Jestem twoją matką!

— Tak, matką.

Która całe życie powtarzała, że jestem nieudacznikiem i wstydem rodziny.

— Chciałam jak najlepiej!

Chciałam, żebyś dążył do czegoś większego!

— Nie.

Chciałaś się mną chwalić przed koleżankami.

A kiedy nie było czym, zaczęłaś mnie upokarzać.

— To nie tak!

— Właśnie tak.

I wiesz co?

Jestem ci wdzięczny.

— Wdzięczny? — Walentyna Siergiejewna osłupiała.

— Tak.

Otworzyłaś mi oczy.

Zrozumiałem, że nie muszę znosić upokorzeń tylko dlatego, że jesteś moją matką.

Mam prawo do szacunku.

— Stepa, wybacz mi!

Nie miałam racji!

— Być może.

— Co mam zrobić?

— Nic.

Po prostu… żyj swoim życiem.

Beze mnie.

Zamknął drzwi.

Walentyna Siergiejewna została na klatce schodowej, nie wierząc w to, co się dzieje.

W domu czekał ją kolejny cios.

Pismo z administracji — zaległości za media.

Zapomniała opłacić kilka miesięcy, a odsetki narosły niemałe.

Walentyna Siergiejewna zadzwoniła do Kiry:

— Córeczko, ratuj!

Potrzebuję pieniędzy!

— Mamo, przecież masz emeryturę.

— Nie wystarcza!

Tu remont i rachunki…

— Przykro mi, ale nie mogę pomóc.

— Nie możesz?

Przecież masz mieszkanie!

Biznes!

— Tak.

MOJE mieszkanie i MÓJ biznes.

Które zarobiłam sama.

— Kira, jestem twoją matką!

— I co z tego?

To daje ci prawo do moich pieniędzy?

— Wychowałam cię!

— I jestem wdzięczna.

Ale to nie znaczy, że mam utrzymywać cię całe życie.

— To Stepan cię nastawił!

— Nie.

To ty sama wszystko zrobiłaś.

Gdy go upokarzałaś przy mnie.

Gdy nas porównywałaś.

Gdy dzieliłaś na „udaną córkę” i „nieudacznika-syna”.

— Mówiłam prawdę!

— Mówiłaś to, co chciałaś widzieć.

A prawda jest taka, że Stepan jest wspaniałym człowiekiem.

Dobrym, troskliwym, niezawodnym.

I zasługuje na szacunek.

— A ja?

Ja nie zasługuję?

— Szacunek trzeba sobie zasłużyć, mamo.

A ty go straciłaś.

Kira się rozłączyła.

Walentyna Siergiejewna siedziała w ciemniejącym pokoju — oszczędzała prąd.

Mieszkanie, które kiedyś wydawało się przytulne, teraz przygniatało ją pustką.

Przypomniała sobie, jak Stepan naprawiał gniazdka, malował ściany, skręcał meble.

Jak woził ją po lekarzach, stał w kolejkach w przychodni, kupował leki.

Jak przyjeżdżał w każdy weekend, przywoził zakupy, gotował obiad.

A ona?

Ona tylko krytykowała.

Porównywała.

Upokarzała.

Zadzwonił telefon.

Nieznany numer.

— Walentyno Siergiejewno?

Tu bank.

Ma pani zaległość na karcie kredytowej.

Karta kredytowa.

Wzięła ją dawno, żeby kupić futro — trzeba było „nie wypaść gorzej” przed koleżankami.

Płaciła minimalne raty, a teraz nie starczało nawet na nie.

— Ja… ja zapłacę…

— W ciągu tygodnia, inaczej przekażemy pani dług firmie windykacyjnej.

Ale ona wiedziała — nie ma z czego płacić.

Po opłaceniu rachunków emerytura ledwo starczała na jedzenie.

Walentyna Siergiejewna zadzwoniła do koleżanki:

— Swieta, ratuj!

Pożycz mi pieniędzy!

— Wala, przepraszam, ale sama mam problemy.

Obdzwoniła wszystkich znajomych.

Wszyscy odmówili — grzecznie, ale stanowczo.

Okazało się, że nikt nie chce pożyczać pieniędzy emerytce bez zabezpieczenia.

W nocy Walentyna Siergiejewna nie spała.

Myślała.

Wspominała.

Przypomniała sobie, jak mały Stepan przynosił jej rysunki z przedszkola, a ona odkładała je na bok — nie było czasu, praca.

Przypomniała sobie, jak pokazywał szkolne dyplomy, a ona mówiła: „Kira ma więcej”.

Przypomniała sobie, jak dostał się na studia, a ona powiedziała: „Inżynier to nie prestiż”.

Przypomniała sobie jego ślub.

Panna młoda była zwykłą nauczycielką, a Walentyna Siergiejewna przez cały wieczór demonstracyjnie ją ignorowała.

Po ślubie młodzi wyjechali do innego miasta.

Po dwóch latach się rozwiedli.

Stepan wrócił, ale o powodach rozwodu nie opowiadał.

A może powód był w niej?

W jej wiecznym niezadowoleniu, krytyce, porównaniach?

Siedziała w pustym pokoju, a łzy same spływały jej po policzkach.

To było wszystko, co osiągnęła w swoim życiu.