Część 1. Opiłki żelaza i marzenia o bryzie.
Hala huczała jak poruszony ul gigantycznych metalowych pszczół.

Zapach rozgrzanej gumy i oleju maszynowego wżerał się w skórę, przesiąkał włosy; zdawało się, że nawet myśli pachniały tym ciężkim, industrialnym dymem.
Marina, poprawiając chustkę, która zsunęła jej się na bok, drobiazgowo oglądała partię łożysk.
Jej wzrok, zwykle czujny i surowy, tego dnia co chwila mętniał.
Przed oczami zamiast szarego betonu podłogi pluskał turkus, a w uszach zamiast zgrzytu taśmy montażowej szumiały fale.
Czekała na ten urlop dwa lata.
Dwa lata oszczędzania, rezygnacji z dodatkowej pary butów, z wypadów do kawiarni z koleżankami.
Turcja.
„Ultra all inclusive”.
Leniwe nicnierobienie w słońcu, które nie pali czubka głowy przez kask, tylko łagodnie grzeje.
W przerwie podjechał do niej wózek elektryczny.
Paweł, jej mąż, zahamował z fantazją, o mało nie zahaczając palety z brakami.
Na jego twarzy, zwykle prostej i otwartej, błąkał się tego dnia dziwny, nerwowy uśmiech.
— Marin, idziesz na obiad? — krzyknął, przekrzykując hałas maszyny.
— Idę, Pasza. Czemu jesteś taki roztrzęsiony? Coś się stało w magazynie?
— Nie, wszystko gra.
Po prostu… mama dzwoniła.
Marina wewnętrznie się spięła.
Telefony od Ludmiły Machowny rzadko zwiastowały coś dobrego.
To była kobieta-czołg, kobieta-buldożer, torująca sobie drogę do wygody po głowach krewnych.
W stołówce, dłubiąc widelcem w sklejonych makaronach, Paweł w końcu wykrztusił:
— Słuchaj, Marin.
Jest taka sprawa.
Mama mówi, że w łazience odchodzi jej płytka.
A sufit w kuchni jest żółty, wstyd ludzi zaprosić.
— I co z tego? — Marina odłożyła widelec.
Apetyt zniknął natychmiast, jakby ktoś zgasił światło w żołądku.
— No… myślała, że jak będziemy na urlopie, to może bym wpadł?
Pomógł?
— Pasza, za trzy dni mamy wylot.
Wycieczka opłacona.
Walizka spakowana.
O czym ty w ogóle mówisz?
Paweł spuścił wzrok, oglądając rysy na blacie.
— Pomyślałem… może oddamy?
Stracimy trochę na prowizji, ale za to wystarczy na materiały.
A nad morze to potem, jakoś.
Mama płacze, mówi, że wyszedł grzyb, nie da się oddychać.
Ona jest astmatyczką, wiesz.
Marina patrzyła na męża i widziała nie partnera życiowego, tylko miękką, podatną glinę, z której jego matka lepiła wszystko, co jej się podobało.
— Proponujesz mi zamiast hotelu oddychać pyłem i targać worki z cementem? — głos Mariny zrobił się cichy, ale zabrzmiały w nim niebezpieczne nuty.
— Umawialiśmy się.
Harowałam jak przeklęta na to morze.
— A ty ciągle: morze, morze! — Paweł nagle walnął dłonią w stół.
— Egoistka z ciebie, Marin.
Mama choruje, prosi o pomoc, a tobie tylko w głowie brzuch wygrzewać!
My jesteśmy rodziną czy co?
Trzeba matce pomóc.
Remont to świętość.
Część 2. Szept życzliwych.
Wieczorem telefon Mariny rozgrzał się do czerwoności.
Najpierw zadzwoniła jej matka, Tamara Ignatiewna.
— Marinočka, tylko do mnie się w urlop nie pchajcie, — ostrzegła od razu, nawet się nie witając.
— Mam rozsady na wszystkich parapetach, nie da się oddychać, a jeszcze ten… twój tata, wujek Kola, wymyślił sobie przekuwanie półek.
W skrócie: znikajcie lepiej.
Lećcie tam, gdzie chciałaś.
Nie ma tu czego się kręcić.
Marina się uśmiechnęła.
Choć tu stabilnie.
Żadnych intryg, tylko szczera chęć pobycia samej.
Zaraz potem zadzwonił Wiktor, brat Pawła.
— Marin, cześć.
Słyszałem, że nasz osioł znowu tańczy, jak mama zagra?
— Cześć, Witu.
Próbuje.
Chce zamienić Turcję na szpachlę.
— Nawet nie myśl! — ryknął w słuchawkę szwagier tak, że Marina musiała odsunąć telefon od ucha.
— W zeszłym roku, jak dureń, całe lato u niej na działce straciłem.
„Witeczku, tylko ganek poprawić”.
Aha.
Skończyło się na tym, że przykryłem dach, postawiłem płot i jeszcze byłem winny, bo kupiłem drogie gwoździe.
Ona z ciebie wyciśnie wszystkie soki i nawet się nie zakrztusi.
A Paszka — on jest bezkręgosłupowy, jak mamusia podniesie głos.
Wyślij ich w diabły.
Najcenniejsza okazała się jednak wizyta Swiety, młodszej siostry Mariny.
Swieta wpadła do mieszkania jak świeży przeciąg, zrzuciła buty i od razu poszła do kuchni.
— Słyszałam nowiny — oznajmiła, wyciągając z torebki butelkę wody mineralnej.
— Twój Pasza w „Odnoklassnikach” zmienił status na „Rodzina ponad wszystko”.
Czyli szykuje się poświęcić twój wypoczynek.
— On chce oddać bilety, Swieta.
Mówi, że na remont nie starczy, jeśli polecimy.
A u mamy „grzyb”.
Swieta prychnęła, odkręcając butelkę.
— Grzyb to ona ma w sumieniu.
Marin, ty jesteś głupia?
Jakie kompromisy?
Ty jesteś kierowniczką kontroli jakości, widzisz bubel z kilometra.
Twój związek z Paszą to teraz stuprocentowy bubel.
Jeśli teraz się ugniesz, przez całe życie będzie cię używał zamiast młota udarowego.
— I co mam robić?
Awanturować się?
— Po co awanturować się? — Swieta drapieżnie zmrużyła oczy.
— Złość, siostrzyczko, to paliwo.
Nie marnuj jej na krzyki.
Użyj jak benzyny.
Niech on sobie pęknie od tej swojej synowskiej czci.
Ty jedziesz odpoczywać.
Kropka.
A on niech wybiera.
Tylko nie jęcz i nie proś.
Działaj twardo.
On teraz myśli, że ty popłaczesz i się zgodzisz.
Zaskocz go.
Część 3. Ultimatum synowskiej miłości.
W domu panowała atmosfera gęsta jak kisiel.
Paweł chodził po mieszkaniu z miną męczennika, demonstracyjnie przekładając narzędzia w skrzynce.
— Dzwoniłem do biura podróży — rzucił, nie patrząc na żonę.
— Jutro rano pojadę, napiszę wniosek o zwrot.
Mama już znalazła robotników, zdejmą stare płytki.
Marina siedziała w fotelu, przeglądając magazyn.
W środku rozpalał się w niej chłodny, wyrachowany płomień.
Cała uraza, cała litość nad sobą wypaliły się, zostawiając tylko krystaliczną jasność.
— Nigdzie nie pojedziesz do biura podróży, Pasza — powiedziała spokojnie.
— To dlaczego? — odwrócił się gwałtownie, twarz wykrzywiła mu się z irytacji.
— Ja jestem facet, zdecydowałem.
Pieniądze są wspólne.
— Pieniądze na wycieczkę to moja premia i moje oszczędności.
Twoja pensja idzie na jedzenie i twoje auto.
Zapomniałeś?
— Aha, tak rozmawiamy! — Paweł podskoczył do niej.
— Liczymy pieniądze?
A to, że mama mnie wychowała, nic nie znaczy?
Ty, Marin, zrobiłaś się skąpa.
Twarda.
— Nie jestem skąpa.
Po prostu cenię swoją pracę.
— Krótko mówiąc tak — Paweł nachylił się nad nią, próbując przytłoczyć autorytetem.
— Albo jutro razem idziemy do mojej matki i zaczynamy remont, albo… albo nie jesteś już moją żoną.
Z zdrajczynią żyć nie będę.
Wybieraj: rodzina albo twoje plaże.
Spodziewał się łez.
Spodziewał się, że zacznie się tłumaczyć, bełkotać o zmęczeniu.
Ale Marina wstała.
Powoli, prostując ramiona, spojrzała mu prosto w nasadę nosa ciężkim, nieruchomym spojrzeniem.
— Postawiłeś ultimatum?
Dobrze.
Słyszę cię.
— No i mądrze — Paweł uśmiechnął się z zadowoleniem, przekonany, że wygrał.
— Jutro o ósmej pobudka.
Mama zrobiła listę zakupów, trzeba skoczyć na skład budowlany.
Poszedł do sypialni, pogwizdując jakiś motyw, pewny swojej niezachwianej racji.
Marina została w salonie.
Usta zacisnęły jej się w cienką linię.
Złość bulgotała w gardle, domagała się ujścia, ale ona wepchnęła ją głębiej, zamieniając w plan działania.
Żadnej uległości.
Żadnych próśb.
Tylko działanie.
Część 4. Chłodna wściekłość.
Rano Paweł nie obudził budzik.
Obudził go brak kogoś obok.
Połowa prześcieradła żony była zimna i gładka.
— Marin? — zawołał, drapiąc się po brzuchu.
— Gdzie jesteś?
Zrobiłaś kawę?
Cisza.
Wyszedł na korytarz.
Walizki, która stała przy szafie od tygodnia, nie było.
Nie było też kurtki Mariny, jej ulubionych trampek.
Na kuchennym stole leżała koperta.
Paweł rozerwał papier.
W środku były klucze do mieszkania i kartka:
„Dokonałeś wyboru, Pasza.
Wybrałeś matkę i remont.
Szanuję twój wybór.
A ja wybrałam siebie.
Pieniędzy za twoją połowę wyjazdu nie da się odzyskać — kara sto procent za odwołanie w przeddzień wylotu.
Więc twoje miejsce w samolocie poleci puste.
Ciesz się tynkiem.
P.S. Klucze możesz wyrzucić; jak wrócę, zmienię zamki”.
— Co za suka! — ryknął Paweł.
— Jak ona śmiała!
Uciekła!
Zostawiła!
Chwycił telefon, zaczął wybierać jej numer, ale mechaniczny głos poinformował, że abonent znajduje się poza zasięgiem.
Wściekłość zmieszała się z paniką.
Jak on powie to matce?
Ludmiła Machowna już czekała na siłę roboczą.
I pieniędzy… pieniędzy nie ma!
Marina zabrała całą gotówkę, która leżała w szkatułce.
— Nic to — syknął Paweł, naciągając spodnie.
— Wróci na kolanach.
Dokąd ona pójdzie.
Mieszkanie jest wspólne… a, nie, mieszkanie jest jej, spadek po babci.
No cholera!
Pojechał do matki.
Ludmiła Machowna przywitała go w bojowym rynsztunku: stary szlafrok, chustka, w ręku szpachelka.
— A gdzie ta lala? — zapytała od razu, zaglądając mu za plecy.
— Poleciała, mamo.
Zostawiła nas.
— Żmija! — klasnęła rękami teściowa.
— Nic to, synku.
Damy sobie radę bez niej.
Ty przecież masz złote ręce.
No dawaj, zacznij skuwać płytki, a ja zaparzę herbatkę.
Zostawiła pieniądze?
— Nie, mamo.
Wszystko zabrała.
Twarz Ludmiły Machowny wydłużyła się.
— Jak to zabrała?
A za co kupimy cement?
A płytki?
A zaliczka dla fachowca?
Ja mam tylko emeryturę!
— No… oddam z pensji.
Albo pożyczę — burknął Paweł.
— Idź pracuj, nieszczęście ty moje — warknęła matka.
— Ojciec cię wychował na szmatę.
Paweł, zaciskając zęby, wszedł do łazienki.
Złość na żonę domagała się ujścia.
Chwycił młot udarowy.
„Jeszcze jej pokażę” — myślał, wbijając dłuto w ścianę.
„Wróci, a ja tu wszystko zrobiłem na tip-top.
Będzie żałować.”
Pracował zawzięcie, nie zważając na nic.
Płytki leciały we wszystkie strony, kurz stał słupem.
Wydawało mu się, że kruszy nie kafelki, tylko upór Mariny.
W jakimś amoku naparł na narzędzie, gdy dłuto natrafiło na coś twardego w głębi ściany.
Trzask!
Dźwięk był obrzydliwy, mokry.
Zaraz potem rozległo się syczenie, a Pawłowi w twarz uderzył sprężysty, gorący strumień wody.
Część 5. Katastrofa na gruzach codzienności.
— Zakręcaj!
Zakręcaj pion, idioto! — piszczała Ludmiła Machowna, biegając po kostki w wodzie.
Paweł miotał się po mieszkaniu, ślizgając się na mokrej podłodze.
Zawór na pionie zardzewiał na amen i nie chciał drgnąć.
Wrzątek walił, zalewając świeży panel w korytarzu, przeciekając do sąsiadów.
Para wypełniła mieszkanie, zmieniając je w hammam, tylko nie w turecki kurortowy, a w piekielny.
Woda uspokoiła się dopiero po godzinie, kiedy przyjechało pogotowie awaryjne i zakręciło wodę w całym bloku.
Do tego czasu w drzwi już waliły sąsiedzi z dołu.
I to nie byle jacy, tylko rodzina miejscowego prokuratora, która właśnie skończyła remont z weneckim tynkiem.
Paweł siedział na taborecie pośrodku zdemolowanej, zalanej wodą kuchni.
Był mokry, czerwony jak rak od pary i oparzeń, i kompletnie zdruzgotany.
— No i co, synku, doremonciłeś? — zapytała jadowicie matka.
— Kto teraz zapłaci?
Ja?
Jestem emerytką!
To ty, partaczu, przebiłeś rurę!
— Mamo, ale ja przecież ci pomagałem…
— Pomagał!
Przysłużył się!
Lepiej byś z tą swoją… z żoną poleciał!
W tym momencie telefon Pawła zapiszczał.
Przyszła wiadomość w komunikatorze.
To była Marina.
Zdjęcie.
Na nim opalone nogi na tle lazurowego morza i kieliszek z zaparowanym pomarańczowym koktajlem.
I podpis:
„Witek napisał, że macie tam potop.
Mam nadzieję, że nauczyłeś się pływać.
Po przylocie złożę pozew o rozwód.
Swoje rzeczy możesz zabrać, zamki już wymieniłam — ślusarz był godzinę temu.
Twoja była”.
Paweł upuścił telefon do kałuży na podłodze.
Inicjatywa została stracona bezpowrotnie.
Pycha spadła z niego jak stary tynk.
Został sam na sam z wściekłą matką, wrzeszczącymi sąsiadami, grożącymi procesem o milionowe kwoty, i świadomością, że nie ma dokąd wracać.
Jego fabryczna pensja nie starczy, by pokryć straty nawet przez pięć lat.
Będzie musiał tu mieszkać — w wilgoci i pleśni — pod wiecznymi wyrzutami matki, która teraz będzie go piłować z potrójną siłą.
Przypomniał sobie spokojne, chłodne spojrzenie Mariny przed odejściem.
Nie krzyczała.
Po prostu jednym ruchem zniszczyła jego świat, zostawiając go, by odkręcał to, co sam nakręcił.
Gdzieś daleko szumiało morze, zmywając ślady zmęczenia z kobiety, która wreszcie nauczyła się siebie szanować.
A tutaj, w przesiąkniętej wilgocią chruszczowce, Paweł zakrył twarz brudnymi dłońmi i zawył jak białucha, rozumiejąc, że ta życiowa lekcja kosztowała go cenę całego jego dawnego życia.







