Teściowa oskarżyła mnie o to, że nie umiem prowadzić domu, i postanowiłam przestać ich obsługiwać.

Teściowa nazwała mnie złą gospodynią, więc przestałam ich obsługiwać.

— Olgo, dziecko, kto tak kroi ogórki do sałatki? Popatrz, to nie są kosteczki, tylko całe głazy! Jak to włożyć do ust? Mężczyźni, swoją drogą, nie mają mięśni żucia z żelaza — im potrzebna jest delikatność, troska.

Zinaida Pietrowna stoi nad głową, gdy Olga w pośpiechu dokrawa oliwierę.

Olga ściska rękojeść noża tak mocno, że palce jej bieleją.

Do przyjścia gości zostało pół godziny, a teściowa, która przyszła dwie godziny wcześniej „żeby pomóc”, cały czas krąży po kuchni, przestawia słoiczki z przyprawami i komentuje każdy ruch synowej.

— Zinaido Pietrowno, to jest oliwiera, ją się miesza.

Dima lubi, kiedy warzywa są wyczuwalne, a nie zamieniają się w papkę — odpowiada Olga powściągliwie, starając się nie podnosić głosu.

— Oj, co ty mi o Dimie opowiadasz! Ja go urodziłam, wychowałam, trzydzieści lat karmiłam.

On zawsze chciał, żeby wszystko było drobno i schludnie.

On po prostu boi się powiedzieć prawdę, żeby cię nie urazić.

Mój chłop jest delikatny, to moje wychowanie na niego wpływa.

A wczoraj miał pogniecioną koszulę — zauważyłam, kiedy do mnie podjechał.

Wstyd, Olgo.

Żona powinna pilnować, żeby mąż chodził jak spod igły.

Olga bierze głęboki oddech i odkłada nóż.

— Pracuję do siódmej wieczorem, Zinaido Pietrowno.

Dima przychodzi o szóstej.

On też ma ręce, a żelazko stoi na widoku.

Teściowa teatralnie przyciska dłonie do piersi, gdzie błyszczy masywna brosza z bursztynem.

— Ręce! Mężczyzna ma inne zadania — żywiciel!

A przytulność, dom, czystość to święty obowiązek kobiety.

Jeśli nie dajesz rady, może rzucić pracę?

Albo wstawać wcześniej.

Ja kiedyś wstawałam o piątej rano, żeby usmażyć mężowi świeże bliny przed zmianą.

A ty?

Pewnie wciskasz mu półprodukty?

— Gotuję codziennie — ucina Olga.

Teraz, przepraszam, muszę wyjąć mięso z piekarnika.

Obiad mija w napiętej atmosferze.

Dima, mąż Olgi, siedzi z nosem w talerzu i udaje, że nie zauważa napięcia w powietrzu.

Wybiera taktykę strusia: jeśli schować głowę w talerzu z zupą, konflikt sam się rozejdzie.

Zinaida Pietrowna, spróbowawszy firmowej pieczeni, którą Olga marynowała dobę w specjalnym sosie, krzywi usta.

— No, da się zjeść, choć mięso twarde, przesuszyłaś je, Olusiu.

Soli mało.

Dima, podać ci sól?

— Normalne, mamo, dobre — burknął Dima z pełnymi ustami.

— Dobre mu…

Słodszej rzeczy niż marchewka nie jadł, to mu dobre.

A podłogi? — przenosi wzrok na panele.

W kątach szaro.

Twój robot jeździ, brzęczy, a co z tego?

Trzeba szmatą, ręcznie!

Na kolanach!

Tylko tak jest prawdziwa czystość.

Ty, Olgo, masz chłodny stosunek do domu.

Wszystko bez duszy, jak w instytucji.

Jesteś złą gospodynią, wybacz szczerość.

Ale kto powie prawdę, jeśli nie matka?

Olga powoli odkłada widelec.

Pięć lat małżeństwa — pięć lat starała się być idealna.

Pracowała jako główna księgowa, ciągnęła kredyt razem z mężem, a wieczorami robiła drugi etat przy kuchence.

Myła, prasowała, piekła, żeby usłyszeć chociaż aprobatę.

A w odpowiedzi: „zła gospodyni”.

Patrzy na męża.

Dima przeżuwa, nie podnosząc głowy, jakby bronił żony.

Jemu wygodnie: matka gani, żona stara się jeszcze bardziej, a on tylko konsumuje efekt.

— Czyli zła gospodyni? — dopytuje Olga cicho.

— Nie obrażaj się, dziecko — macha ręką Zinaida Pietrowna, nakładając sobie dokładkę „przesuszonego” mięsa.

To fakt.

Są kobiety domowe, przytulne, a są nowoczesne karierowiczki.

Masz kurz na karniszu, zauważyłam już ostatnio.

Aż w oczy kłuje.

— Dobrze — kiwa Olga, a na jej twarzy pojawia się dziwny, spokojny uśmiech.

Słyszałam panią, Zinaido Pietrowno.

Dziękuję za prawdę.

Wieczorem, kiedy teściowa wreszcie wychodzi, zabierając ze sobą pojemnik z ciastem („Wezmę, żebyście się nie otruli, jak zplesnieje”), Dima rozkłada się na kanapie przed telewizorem.

— Uff, jaki dzień — ziewa.

Olga, przynieś herbatkę, co?

I tam jeszcze jest jakiś pączek.

Olga stoi przy oknie, patrząc na nocną Moskwę.

— Nie, Dima.

— Co „nie”?

Nie ma pączka?

Mama wszystko zjadła?

— Nie ma herbaty.

To znaczy — ja nie przyniosę.

Dima zdziwiony unosi łokieć.

— Obraziłaś się na mamę?

Daj spokój, ona stara, burczy z przyzwyczajenia.

Nie bierz do głowy.

— Nie obraziłam się.

Wyciągnęłam wniosek: mama powiedziała, że jestem złą gospodynią, że wszystko robię bez duszy, że przesuszam mięso, że nie widzę kurzu.

Pomyślałam i zdecydowałam: po co męczyć ciebie i siebie moją niekompetencją?

Skoro nie umiem prowadzić domu na odpowiednim poziomie, przestaję to robić całkiem, żeby się nie kompromitować.

Dima prycha, biorąc to za żart.

— Dobra, przestań marudzić.

Chodź tu, przytulę cię.

Ale Olga nie idzie.

Bierze książkę i wychodzi do sypialni, zamykając drzwi na głucho.

Poniedziałkowy poranek zaczyna się dla Dmitrija od złamania dotychczasowego schematu.

Zwykle budzi się od zapachu świeżej kawy i skwierczenia jajek z bekonem.

Na krześle zawsze wisi wyprasowana koszula, a skarpety leżą w równym stosiku.

Dziś w mieszkaniu panuje cisza.

Kuchnia jest pusta i ciemna, a kuchenka zimna jak serce byłej.

— Kat? — Dima zagląda do sypialni.

Żona już siedzi przed lustrem, nakłada makijaż.

A śniadanie?

— W lodówce są jajka i kiełbasa.

Chleb w chlebaku — odpowiada spokojnie, rozcierając tusz na rzęsach.

— Ale ty zawsze gotowałaś.

Spóźnię się!

— Ja też się spóźnię.

A ponieważ jestem złą gospodynią, mogę zepsuć produkty.

Lepiej zrób sam.

Mężczyzna jest żywicielem, śniadanie sobie też „zdobędzie”.

Dima, klnąc, idzie do kuchni.

Kawa wykipia, zalewając kuchenkę.

Jajecznica przypala się od spodu, a od góry zostaje płynna.

Połyka suchą kanapkę z kiełbasą, zakłada wczorajszą koszulę, która nie wygląda zbyt świeżo, i wychodzi do pracy głodny i zły.

Wieczorem sytuacja się powtarza.

Dima wraca do domu, licząc na kolację.

Olga siedzi na kanapie w maseczce, kartkuje magazyn.

— Co na kolację? — pyta, potykając się o sneakersy zostawione na podłodze.

— Zamówiłam sobie poke z łososiem, już zjadłam — odzywa się jej głos spod materiału maseczki.

Tobie nie zamówiłam, bo może by nie pasowało.

W zamrażarce są pielmieni — sklepowe.

— Pielmieni?!

Pracowałem cały dzień!

Chcę normalne domowe jedzenie!

Barszcz!

— Barszcz to skomplikowane danie.

Ja, bez talentu, na pewno go zepsuję.

Mama powiedziała, że gotuję bez duszy.

A pielmieni trudno zepsuć.

Woda, sól, dziesięć minut i gotowe.

Dima chce zrobić awanturę, ale w zimnym spojrzeniu żony widzi determinację, od której się cofa.

Gotuje pielmieni, potem myje garnek, bo Olga powiedziała: „Ja źle myję naczynia, zostają smugi, umyj lepiej ty, porządnie”.

Minął tydzień.

Mieszkanie powoli traci swój blask.

Kurz, który Olga wcześniej wycierała co dwa dni, teraz wiruje w promieniach słońca.

W zlewie rośnie sterta naczyń.

Dima myje tylko to, co potrzebne teraz, a Olga używa jednego talerza i jednej filiżanki, od razu je myje i chowa do swojego osobistego schowka.

W koszu na bieliznę urosła góra męskich skarpet, koszulek i dżinsów.

Olga nie ma problemu z ubraniami: oddaje rzeczy do pralni po drodze do pracy albo pierze ręcznie tylko swoje.

Dima chodzi pognieciony, zły i trochę chudnie od diety z kanapek i „doshiraku”.

W sobotę rano dzwonek do drzwi.

To Zinaida Pietrowna, która przyszła na inspekcję, jak co tydzień, ale bez zapowiedzi.

— Otwórz, synku! Przyniosłam wam placuszki, bo wiecie, głodujecie jak na suchym prowiancie — grucha, wchodząc do przedpokoju.

Jej wzrok pada na górę butów przy progu.

Potem przechodzi do salonu i zauważa warstwę kurzu na telewizorze, gdzie ktoś (pewnie Dima) napisał palcem: „Umyj mnie”.

Na stoliku stoją puste kubki z zaschniętymi torebkami herbaty i pudełko po pizzy.

— Boże mój! — wzdycha Zinaida Pietrowna, chwytając się za serce.

Co tu się stało?

Wy chorujecie?

Olga!

Dima!

Przecież tu jest chlew!

Olga wychodzi z sypialni w jedwabnym szlafroku, wypoczęta, z książką w ręku.

— Dzień dobry, Zinaido Pietrowno.

Dlaczego chlew?

Zwykłe mieszkanie, bez profesjonalnej sprzątaczki.

— Jaka sprzątaczka?!

O czym ty mówisz? — teściowa przeciąga palcem po komodzie i z obrzydzeniem patrzy na szary nalot.

To jest antysanitaria!

Dima, synku, jak ty w tym żyjesz?

Dima wychodzi z kuchni, dojadając czerstwy piernik.

Wygląda żałośnie: pognieciona koszulka, plama na spodniach.

— Mamo, tak żyjemy — mruczy.

— Olga! — głos teściowej przechodzi w rozkaz.

Natychmiast bierz szmatę!

To wstyd!

Ja teraz zaczynam generalne sprzątanie, a ty będziesz pomagać.

Nie wstyd ci trzymać męża w brudzie?

Olga spokojnie siada w fotelu, zakłada nogę na nogę i otwiera książkę.

— Nie, Zinaido Pietrowno.

Nie wezmę szmaty.

To pani sama powiedziała w zeszłą niedzielę, że jestem złą gospodynią, że źle wycieram, źle myję i w ogóle nie mam talentu.

Przyjęłam pani krytykę i zgodziłam się z nią.

Po co robić coś, co źle mi wychodzi?

Postanowiłam skupić się na tym, co mi wychodzi — pracy i odpoczynku.

— Ty… ty ze mnie kpisz? — teściowa dusi się z oburzenia.

Ja dobrze ci życzyłam!

Ja cię uczyłam!

— Nauka skończona.

Zostałam skreślona z listy za niezaliczenie.

— Dima! Powiedz jej! — krzyczy matka.

Dmitrij patrzy na żonę, potem na matkę, potem na stertę brudnych naczyń wystającą z kuchni.

— Mamo, a co mam powiedzieć?

Ty naprawdę ją zajechałaś.

Olga gotowała, sprzątała, a ty ciągle „nie tak” i „nie tak”.

No to się… obraziła.

— Nie obraziłam się, Dima — poprawia go Olga.

Zoptymalizowałam procesy.

Jeśli wynik mojej pracy jest oceniany jako „zerowy” albo „ujemny”, logiczne jest przestać marnować zasoby na tę pracę.

Zinaida Pietrowna poczerwieniała.

— Aha! Zoptymalizowałaś?

No to ja sama wszystko posprzątam!

Jeśli synowa nie ma rąk do roboty, matka musi ratować syna!

Rzuca płaszcz, chwyta szmatę i rzuca się do boju.

Przez następne trzy godziny mieszkanie huczy: teściowa myje, skrobie, odkurza, komentując każdą plamę.

— Wstyd! Tłuszcz tu! Pajęczyna tam! Biedny mój chłopiec!

Olga przez cały ten czas siedzi w pokoju, pije kawę zaparzoną tylko dla niej i zajmuje się swoimi sprawami.

Nie proponuje pomocy, nie tłumaczy się — po prostu obserwuje.

Dima próbuje pomóc matce, ale dostaje tylko kuksańce: „Nie przeszkadzaj!”, „Gdzie się pchasz!”, „Idź lepiej zjedz, przyniosłam kotlety”.

Wieczorem mieszkanie lśni.

Zinaida Pietrowna, rozczochrana, spocona, z czerwoną twarzą, osuwa się na kanapę.

Ciśnienie jej skacze.

— Wody — charczy.

Olga przynosi szklankę wody i tabletkę.

— Dziękuję, Zinaido Pietrowno.

Naprawdę jest pani mistrzynią sprzątania.

Mnie by tak nie wyszło.

Widzi pani, jak dobrze, że za sprawę wziął się profesjonalista.

Teściowa patrzy na nią z nienawiścią, ale nie ma już sił, by się kłócić.

— Ja tego tak nie zostawię — szepcze.

Dima, musisz się z nią rozwieść.

Ona cię nie kocha, jest leniwa i egoistyczna.

Dima stoi przy oknie, patrząc na ulicę.

Jest najedzony (kotletami mamy), mieszkanie czyste, ale robi mu się niedobrze od tej upokarzającej sceny.

Rozumie, że mama wyjdzie, a on zostanie z Olgą, i jeśli ona będzie dalej prowadzić „strajk”, następny tydzień zamieni się w piekło.

A mama nie będzie mogła przyjeżdżać co tydzień — wiek już nie ten.

— Mamo — mówi cicho.

Jedź do domu, zamówię ci taksówkę.

— Wyrzucasz mnie? — łzy urazy wytryskują z oczu Ziny.

— Nie, po prostu jesteś zmęczona.

Potrzebujesz odpoczynku.

Kiedy drzwi zamykają się za teściową, w mieszkaniu zapada głucha, sterylna cisza.

Dima podchodzi do kuchni, gdzie Olga robi sobie sałatkę.

— Olgo — zaczyna niepewnie.

— Co?

— Może wystarczy?

Ja odrobiłem lekcję.

Mama też chyba.

— Jaką lekcję, Dima? — Olga odwraca się do niego z nożem w ręku.

Że można tydzień żyć w chlewie, a potem przyjeżdża stara mama i wszystko sprząta, podczas gdy ty oglądasz telewizję?

To zła lekcja.

— Nie.

Zrozumiałem, że bez ciebie jest mi źle.

Przyzwyczaiłem się do czystości i smacznego jedzenia, ale tego nie doceniałem.

Myślałem, że to dzieje się samo.

— Samo się nie dzieje.

To są godziny mojego życia, Dima.

Godziny, które zabierają mi sen, hobby, odpoczynek.

I kiedy w zamian słyszę, że jestem „bez…”

I tego wieczoru po raz pierwszy razem zapaliliśmy świecę, rozumiejąc, że nasze szczęście jest we wspólnym wysiłku, a nie w cudzych ocenach.