Swietłana włożyła buty dopiero przy windzie. Na bosaka przeszła po zimnych kafelkach, mlaskając krokami. Do diabła z przyzwoitością. Nogi są ważniejsze.
Telefon zawibrował, kiedy już dotarła na przystanek.

— Swietka! — warknął Andriej tak, że musiała odsunąć słuchawkę. — Gdzie cię diabli noszą?
— Dopiero co z pracy, Andriuś.
— Mam gdzieś twoją pracę! Mamy gości! Moi rodzice przyjechali! Stół pusty!
Swietłana zamknęła oczy. Wczoraj nic nie mówił. Zupełnie nic.
— A kiedy przyjechali?
— Dwie godziny temu! Czekają na kolację! Matka już daje do zrozumienia, że źle się ożeniłem!
— Andriej, a może…
— Może co?! — przerwał jej. — Ty nie rozumiesz? Rodzina jest ważniejsza niż twoi chorzy!
Sygnał. Rzucił słuchawkę.
Swietłana siedziała na ławce i myślała. Autobus przyjedzie za dwadzieścia minut. W domu — obcy ludzie, których trzeba nakarmić. Mąż, który krzyczy. A ona między nimi, jak zawsze.
„Co szybko ugotować?”
W głowie kręciło się: makaron, parówki, sałatka ze słoika. Najprostsze. Najszybsze.
„A może po prostu nie jechać?”
Myśl przyszła sama. Niespodziewanie i strasznie. Co, jeśli po prostu… nie pojedzie?
Nie, oczywiście pojedzie. Dokąd miałaby pójść?
W domu przywitały ją głosy z salonu. Andriej opowiadał coś zabawnego, rodzice się śmiali.
— O! Swietoczka przyjechała! — oznajmił głośno teść. — Doczekaliśmy się!
Weszła do pokoju. Teściowa — pulchna, w jaskrawej chuście — obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem:
— Oj, córeczko, jak ty schudłaś! Pewnie w pracy cię nie karmią?
— Dzień dobry, — wykrztusiła Swietłana. — Przepraszam za spóźnienie.
— A nic, nic! — махnęła ręką teściowa. — Rozumiemy. Ale teraz jesteś w domu! Andriuś mówi, że takie pirożki pyszne robisz!
Swietłana spojrzała na męża. Siedział w fotelu i uśmiechał się. Jak gospodarz, który pokazuje wytresowanego pieska.
— Swieta, — powiedział łagodnie, — nakryj do stołu. Ludzie głodni.
— Oczywiście.
I poszła do kuchni. Gotować kolację dla ludzi, których widziała trzeci raz w życiu.
O dziewiątej wieczorem Swietłana postawiła na stole ostatnie danie. Ziemniaki z mięsem. Takie, jakie lubiła teściowa. Albo teść? Już nie pamiętała.
— Oj, Swietoczka! — teściowa zaklaskała w dłonie. — A my już myśleliśmy, że zostaniemy głodni!
— Przepraszam, — bąknęła Swietłana. — Długo gotowałam.
— E tam! Najważniejszy efekt!
Andriej rozlewał wódkę:
— No to co, za rodzinę! Za spotkanie!
Swietłana przysiadła na skraju krzesła. Chciała tylko jednego — położyć się. Po prostu się położyć i nie wstawać do rana.
— Swietoczka, jeszcze chleba by się przydało, — poprosiła teściowa, nie odrywając się od talerza.
Swietłana wstała, poszła po chleb.
— I ogórków kiszonych! — krzyknął teść. — W lodówce widziałem!
— I musztardę! — dodał Andriej.
Chodziła tam i z powrotem. Przynosiła, o co prosili. Nikt nie mówił „dziękuję”. To było naturalne — żona ma usługiwać.
Przy stole rozmawiali o pracy, o dzieciach, o cenach. Swietłany nikt o nic nie pytał. Była obsługą.
— A pamiętasz, Andriuś, — śmiała się matka, — jak w dzieciństwie jeździliśmy na działkę? Babcia takie placki piekła!
— Tak, dobrze było, — zgodził się.
— A tak w ogóle, — teściowa spojrzała na Swietłanę, — Andriej ma szczęście — gospodarna żona to dziś rzadkość.
Swietłana spróbowała się uśmiechnąć. W środku coś się ścisnęło. Tyle o niej myślą.
O pierwszej w nocy goście wyszli. Długo się żegnali, obejmowali.
— Dziękujemy za kolację! — zawołała w biegu teściowa. — Bardzo smaczne! Zwłaszcza kawa — prawdziwa, brazylijska!
Drzwi się zamknęły. Andriej przeciągnął się:
— Dobrze się posiedziało. Dawno się nie widzieliśmy.
Swietłana w milczeniu zbierała brudne naczynia. Góry talerzy, kieliszków, misek.
— Andriej, — powiedziała cicho, — pomożesz?
— Co? — już się rozbierał. — A, naczynia. Sama szybko ogarniesz. A ja muszę wcześnie wstać.
— Ja też muszę wcześnie wstać.
— Swiet, nie zaczynaj, — skrzywił się. — Ja mam odpowiedzialną pracę. A ty co, umyć talerze — problem?
Stała pośrodku kuchni z tłustą patelnią w rękach. Po policzkach spływały łzy.
„Umyć talerze”. Dwanaście godzin w szpitalu. Ratowanie cudzych żyć. Potem trzy godziny gotowania. A teraz — zmywanie do drugiej w nocy.
„Umyć talerze”.
Rano Andriej wyszedł, nie żegnając się. Swietłana dotarła do szpitala jak we śnie.
— Swietłano Nikołajewno, jak pani? — zapytała koleżanka Marina. — Wygląda pani…
— W porządku. Po prostu byli goście.
— Rozumiem, — współczująco kiwnęła głową. — Znam te rodzinne „święta”.
Cały dzień Swietłana pracowała na autopilocie. Zastrzyki, procedury, obchody.
— Swietłano Nikołajewno, — zawołał doktor Pietrow, — idzie pani na konferencję? Jutro omawiają nowe metody leczenia.
— Nie wiem. W domu sprawy.
— Szkoda. Ciekawy program. I w ogóle — czasem warto wyrwać się z rutyny.
Wieczorem Andriej był wyjątkowo rozmowny:
— Matka dzwoniła. Dziękowała za wczoraj. Powiedziała, że świetnie gotujesz.
— Aha.
— I jeszcze powiedziała, że mam szczęście z żoną, — oznajmił z zadowoleniem.
— Andriej, — powiedziała nagle Swietłana, — jutro jest konferencja w centrum medycznym. Mogę pójść?
— Jaka konferencja?
— O nowych metodach leczenia.
— A kto ugotuje kolację?
— Raz możesz ty.
— Swiet, nie wymyślaj. Jakie konferencje? Mało ci pracy? W domu pełno roboty.
— Ale to przecież z mojej specjalności!
— A czego ty się tam nowego dowiesz? — prychnął Andriej. — Zastrzyki robić? Robisz od dwudziestu lat. Dosyć jeżdżenia na konferencje.
Swietłana zamilkła. Wstała i zaczęła sprzątać ze stołu.
„Dosyć jeżdżenia na konferencje”. A przecież kiedyś chciała być lekarzem. Poszła na medycynę. Ale poznała Andrieja, zakochała się, wyszła za mąż.
„Po co ci lekarz? — mówił wtedy. — Pielęgniarka to też dobry zawód. I zdążysz z domem.”
I posłuchała.
A Marina następnego dnia poszła na konferencję. Wróciła podekscytowana:
— Swietka, a wiesz, że w przychodni obok prowadzą jogę dla pracowników medycznych? Za darmo, wieczorami!
— Jogę?
— Tak! Mówią, że pomaga na stres. Chcesz iść?
Swietłana spojrzała na kolorową ulotkę. „Joga dla duszy. Odzyskaj równowagę.”
— Nie wiem.
— Daj spokój! — Marina wzięła ją pod ramię. — Pójdziemy raz. Co tracimy?
I Swietłana poszła. Po prostu dlatego, że miała dość tłumaczenia w kółko komuś, czemu nie może, nie wychodzi, nie ma czasu.
W sali było około piętnastu osób. Kobiety rozkładały maty. Instruktorka — dziewczyna o miękkim głosie — poprosiła wszystkich, by się położyli i zamknęli oczy.
— Poczujcie swoje ciało. Usłyszcie swój oddech.
Po raz pierwszy od wielu lat Swietłana naprawdę poczuła swoje ciało. Zmęczone barki. Napiętą szyję. Zaciśnięte szczęki.
I po raz pierwszy od wielu lat — ciszę w głowie.
— Podobało się? — zapytała Marina po zajęciach.
— Tak. Bardzo.
— To w czwartek znów przyjdziemy?
— Przyjdę.
W domu przywitał ją niezadowolony Andriej:
— Gdzie byłaś? Pół godziny czekam na kolację!
— Byłam na jodze.
— Na jodze? — prychnął. — W twoim wieku? Swiet, co ty, zwariowałaś?
Przez dwa tygodnie chodziła po kryjomu. Mówiła, że zostaje dłużej w pracy. I w każdy czwartek czuła się żywa.
A potem wydarzył się ten telefon.
Swietłana stała w pozycji drzewa, trzymała równowagę, gdy zadzwonił telefon.
— Nie odbierajcie, — powiedziała instruktorka. — To wasz czas.
Ale włączyła się poczta głosowa:
— Gdzie ty jesteś?! Rodzice przyjechali nagle, a kolacji nie ma! Natychmiast do domu! — ryczał w słuchawce mąż.
Wszyscy się odwrócili. Swietłana stała czerwona ze wstydu.
— Może oddzwoni pani później, — zaproponowała cicho instruktorka.
Swietłana spojrzała na ekran. Jeszcze pięć nieodebranych.
I nagle coś kliknęło.
— Nie, — powiedziała. — Nie będę.
Wyłączyła telefon.
— Kontynuujemy, — poprosiła instruktorkę.
Do domu szła powoli. Szykowała się do walki.
— Gdzie ty byłaś?! — przywitał ją wściekły Andriej. — Rodzice odjechali, nie doczekawszy się! Wstyd!
— Byłam na jodze.
— Na jakiej jodze?! Czemu nie odbierasz?!
— Joga to mój czas. I telefon wyłączyłam specjalnie.
— Co?! — wrzasnął. — Kiedy dzwonię — żona ma odbierać!
— Ma, — kiwnęła Swietłana. — Żona. Nie niewolnica.
— Co ty wygadujesz?
— Jak masz gości — gotuj sam. Albo zamów jedzenie.
— Ja nie umiem gotować!
— A ja nie umiałam robić zastrzyków. Nauczyłam się. Ty też możesz.
— Swiet, ty oszalałaś?
— Wprost przeciwnie, — uśmiechnęła się. — Ocknęłam się.
Andriej patrzył na żonę i jej nie poznawał. Ta spokojna kobieta w niczym nie przypominała jego uległej Swiety.
— Przestałaś mnie kochać? — zapytał bezradnie.
— Kocham, — odpowiedziała szczerze. — Ale teraz pokochałam też siebie.
Po miesiącu Swietłana złożyła wniosek o urlop.
— Swiet, — powiedział Andriej przy śniadaniu, — może nie warto? Mam urwanie głowy, zostaniesz w domu.
— Już kupiłam wyjazd.
— Wyjazd? Dokąd?
— Do sanatorium. Nad Morze Azowskie. Na dziesięć dni.
— Sama?!
— Sama.
— Ale to nie w porządku! Żony tak nie robią!
— Robią, — uśmiechnęła się Swietłana. — Sprawdziłam.
W sanatorium po raz pierwszy od trzydziestu lat obudziła się bez budzika. Za oknem szumiało morze.
Telefon leżał wyłączony na stoliku nocnym.
Na śniadaniu — szwedzki stół. Wzięła rogalika z dżemem. Takiego, którego w domu nigdy nie kupowała.
Przy sąsiednim stoliku siedziała kobieta w jej wieku, czytała książkę.
— Ciekawa? — zapytała Swietłana.
— Bardzo! — uśmiechnęła się kobieta. — O kobiecie, która w wieku czterdziestu pięciu lat postanowiła zmienić życie.
— I udało się?
— Jeszcze czytam. Ale myślę, że tak.
Po śniadaniu Swietłana poszła na plażę. Usiadła na leżaku, zamknęła oczy.
„A może nie wracać?”
Myśl była straszna. I kusząca.
Oczywiście wróci. Ma pracę, mieszkanie, życie. Ale teraz wiedziała — może i nie wrócić. Jeśli zechce.
Wróciła do domu opalona, z nową fryzurą.
— No wreszcie! — przywitał ją Andriej. — Tęskniłem!
Objął ją. Nie odepchnęła go. Ale też nie przytuliła się jak dawniej.
— Jak tam? — zapytała.
— W porządku. Tylko trochę schudłem. Ciągle jadłem kanapki.
— A zupy nie spróbowałeś ugotować?
— Jak ja mam ugotować zupę?!
— Tak samo jak ja trzydzieści lat temu się uczyłam. Z przepisu.
Weszła do kuchni. Zlew pełen brudnych naczyń. Na stole — opakowania po gotowym jedzeniu.
— Andriej, — powiedziała spokojnie, — jutro idę do pracy. A pojutrze joga. W każdy czwartek.
— Ale…
— Żadnych „ale”. To mój czas.
Andriej patrzył i rozumiał — coś zmieniło się bezpowrotnie. Ta kobieta nie będzie już biegać na pierwszy gwizdek.
— A kolacja? — zapytał bezradnie.
— Zrobimy razem. Albo na zmianę. Jak dorośli ludzie.
Nalała sobie herbaty i spojrzała na męża.
— No i co? Uczymy się? Czy dalej będziemy żyć na gotowcach?
Andriej westchnął:
— Uczyć się, chyba.
— Dobrze, — kiwnęła Swietłana. — Zaczniemy od barszczu. A potem — zobaczymy.
Zobaczymy, co jeszcze zmieni się w jej nowym życiu. W tym życiu, w którym znalazła siłę, by powiedzieć sobie:
„Ja też mam prawo być szczęśliwa”.
I wiecie co? Okazało się, że to prawda.







