— Co pani powiedziała? Sprzedać moje mieszkanie? Żeby opłacić ślub pani syna? — Nina patrzyła na teściową i myślała, że to żart.

— Galino Pietrowną, proszę nie krzyczeć, zerwie sobie pani struny głosowe.

— Ty… ty jesteś wiedźmą! Ty wszystko zaplanowałaś! A teraz oddaj klucze, zabierz mojego syna do siebie, przywróć go do normalnych warunków!

— Pani syn jest tam, gdzie jego miejsce. W mamusim gnieździe. A klucze? To klucze do cudzych drzwi. Proszę więcej tu nie dzwonić.

Część 1. Lustrzana sala z posmakiem przerębla

Restauracja „Empire” słynęła ze sztukaterii na suficie i Nina, jako profesjonalistka, od razu dostrzegła kilka pęknięć na gipsowych rozetach.

Odruchem zanotowała, że tu potrzeba zaprawy wzmacniającej, a nie tylko kosmetycznej szpachli, gdy głos teściowej wyrwał ją z zamyślenia.

Galina Pietrowna siedziała naprzeciwko, wyprostowana, z rozłożonymi ramionami, jak generałowa przed paradą.

Miała na sobie nową bluzkę z lureksem, która kłuła w oczy swoją nie na miejscu odświętnością.

Marat, mąż Niny, siedział obok matki i zawzięcie dłubał widelcem w steku, jakby szukał w kawałku mięsa odpowiedzi na pytania wszechświata.

— Nino, sama wiesz, jaka to dla nas radość — Galina Pietrowna zaczęła z daleka.

— Wicieńka, brat Marata, wreszcie znalazł swoje szczęście.

— Larisa to cud, nie dziewczyna.

— Skromna, cicha.

— Nie to, co dzisiejsze trzpiotki.

Nina uprzejmie się uśmiechnęła.

Znała Witię.

Po wypadku na trasie, gdzie zasnął za kierownicą ciężarówki, szwagier utykał na obie nogi i, zdaje się, także na głowę.

Stał się zgorzkniałym, wiecznie marudzącym stworzeniem, żyjącym z matką w małym pokoiku.

To, że znalazła się kobieta gotowa związać z nim życie, naprawdę wyglądało na cud biblijnego kalibru.

— Bardzo się cieszę z powodu Wiktora — powiedziała Nina szczerze.

— Ślub to piękna sprawa.

— Właśnie! — podchwyciła teściowa, a w jej oczach błysnął stalowy refleks.

— Ślub musi być godny.

— Ludzie będą patrzeć.

— Przyjedzie rodzina Larisy, to ludzie prości, ale dumni.

— Nie możemy stracić twarzy.

— Restauracja, orszak, garnitur trzyczęściowy…

— Wicieńce trzeba uszyć na miarę, sama rozumiesz.

Marat przestał żuć i spojrzał na żonę.

Wzrok miał dziwny: winny, a jednocześnie wymagający.

— Policzyliśmy — ciągnęła Galina Pietrowna, odsuwając talerz.

— Potrzeba około dwóch milionów.

— To tak skromnie, bez zbytków.

Nina przełknęła łyk wody.

Kwota była ogromna, ale co ona miała z tym wspólnego?

— Z Maratem możemy dać jakieś pięćdziesiąt tysięcy.

— Mamy teraz wydatki, planowaliśmy remont w pokoju dziecięcym…

— Pięćdziesiąt? — Galina Pietrowna prychnęła, ale śmiech wyszedł suchy, trzaskający.

— Kochana, ty nie zrozumiałaś.

— Myśmy to rodzinnie omówili.

— Przecież u ciebie stoi puste mieszkanie.

— To jednopokojowe, po ojcu.

— Ono nie stoi puste, mieszkają tam lokatorzy — Nina się spięła.

— Grosze! — machnęła ręką teściowa.

— Lokatorów da się wykwaterować w tydzień.

— Mieszkanie sprzedać.

— Rynek teraz żywy.

— Akurat starczy i na ślub, i na wkład własny Wicieńki do hipoteki.

— Gdzieś muszą mieszkać, przecież nie będą mi wiecznie siedzieć na głowie.

— Co pani powiedziała? Sprzedać moje mieszkanie? Żeby opłacić ślub pani syna? — Nina patrzyła na teściową i myślała, że to żart.

— No a co w tym złego? — wtrącił Marat.

Głos miał przytłumiony, jakby z beczki.

— Nin, nam przecież wystarcza dwupokojowe twojej mamy.

— Mieszkamy tam normalnie, miejsca mnóstwo.

— A tamto stoi bez pożytku.

— Wiciowi bardziej potrzebne.

— On musi ułożyć sobie życie, jest niepełnosprawny, ma trudniej niż my.

— Marat, ty siebie słyszysz? — Nina położyła serwetkę na stole.

— To prezent od mojego ojca.

— To moja własność.

— Planowaliśmy sprzedać oba mieszkania, żeby kupić większe, kiedy urodzi się dziecko.

— Zapomniałeś?

— Dziecka jeszcze nie ma — uciął Marat, a w jego tonie zabrzmiała nieznana szorstkość.

— A brat bierze ślub teraz.

— Nie możesz być taką egoistką.

Nina patrzyła na męża i widziała nie silnego drwala, który potrafił ściąć stuletnią sosnę w pięć minut, lecz małego chłopca chowającego się za spódnicą matki.

— Nie — powiedziała twardo.

— Mieszkanie nie idzie na sprzedaż.

— Temat zamknięty.

Galina Pietrowna zacisnęła usta, robiąc z nich kurzy kuper.

— Nie spiesz się, córeczko.

— Zastanów się.

— Pycha to grzech.

— A chciwość — jeszcze gorsza.

— Damy ci czas.

— Do końca tygodnia.

Część 2. Rusztowania nad przepaścią

Wiatr na wysokości szóstego piętra był przenikliwy, mieszał się z kamiennym pyłem i zapachem gruntu.

Nina kochała tę pracę.

Odnawianie fasad starych budynków było jak chirurgia: usuwasz zgniliznę, wypełniasz ubytki, przywracasz piękno.

Stała na rusztowaniu, w roboczym kombinezonie poplamionym gipsem, i starannie odtwarzała zawijas kapitelu.

Z dołu dobiegły ciężkie kroki.

Rusztowanie zadrżało.

Nina odwróciła się.

Wchodził do niej Marat.

W kraciastej flanelowej koszuli i z potężnymi ramionami wyglądał tu jak słoń w składzie porcelany.

Zwykle nigdy nie przyjeżdżał do niej na budowę.

— Co ty tu robisz? — zapytała Nina, nie wypuszczając szpachelki z rąk.

— Trzeba pogadać.

— Bez mamy.

Stanął obok, opierając się o chwiejne poręcze.

Miał posępny wyraz twarzy.

— Nin, obraziłaś moją mamę.

— Wczoraj mierzyła ciśnienie, dwieście na sto.

— A ja tu co? To jej ciśnienie, niech bierze tabletki.

— Prośba, żebym sprzedała mieszkanie, to bezczelność, Marat.

— Jaka bezczelność? — ryknął, przekrzykując wiatr.

— To pomoc rodzinie!

— Masz dwa mieszkania!

— Dwa!

— A brat kisnie w norze.

— Ty w ogóle rozumiesz, jakie to szczęście, że Lara na niego spojrzała?

— Jak nie będzie ślubu, odejdzie.

— Chcesz mu złamać życie?

Nina zeskrobała nadmiar zaprawy.

Jej ruchy były wyważone, spokojne.

Ten spokój doprowadzał Marata do szału.

— Marat, a czemu ty nie zarobisz na ślub brata?

— Jesteś przecież facet.

— Drwal.

— Sezon jest teraz.

— Nie licz moich pieniędzy! — warknął.

— Ja wszystko do domu przynoszę.

— A twoje mieszkanie to darmocha.

— Dostałaś po ojcu, palcem nie kiwnęłaś.

— Mój ojciec — Nina odwróciła się do niego, a jej wzrok był chłodniejszy niż świeży cement — pracował całe życie, żebym miała poduszkę bezpieczeństwa.

— Nie po to, żebym ją przepuściła na imprezę twojego brata i jego panienki.

— To tak — Marat zrobił krok w jej stronę, górując nad nią jak bryła.

— Mama już dogadała się z pośrednikiem.

— Jutro przyjdą robić zdjęcia.

— Dawaj klucze.

Nina uśmiechnęła się krzywo.

Dziwne, ale nie było strachu.

Była pogarda.

Jakby z fasady ich małżeństwa odpadł kawał tynku, odsłaniając zgniłą cegłę.

— A jeśli nie dam? Uderzysz mnie? Albo sam wyważysz drzwi?

— Nie doprowadzaj mnie, Nina.

— Wiesz, że jestem porywczy.

— Jesteśmy rodziną, musimy się dzielić.

— Jak nie sprzedasz, nie będziesz miała życia.

— Mama cię wykończy, a ja dołożę swoje.

— Nie potrzebuję żony-sępa.

Splunął w dół, w przepaść podwórka-studni.

— Wieczorem dokumenty mają leżeć na stole.

Marat zaczął schodzić, rusztowanie znów się zatrzęsło.

Nina patrzyła na efekt swojej pracy — elegancki gipsowy liść akantu.

Był twardy, pewny.

W przeciwieństwie do jej męża.

W środku nie gotowała się histeria, tylko zimna, wyrachowana złość.

Złość restauratorki, która widzi, że obiekt nie nadaje się do odnowienia.

Trzeba go zburzyć.

Część 3. Zapach waleriany i stęchlizny

Mieszkanie Galiny Pietrowny przywitało Ninę zapachem smażonych ziemniaków, starego obuwia i korwalolu.

W przedpokoju było ciasno od pudeł — najwyraźniej już szykowali się do przeprowadzki albo na ślub.

Nina przyszła sama.

Bez zapowiedzi.

Musiała zobaczyć „narzeczoną” i samego Wicię.

W pokoju, zastawionym starą radziecką meblościanką, siedzieli wszyscy.

Wiktor, z opuchniętą twarzą, siedział w fotelu, wyciągnąwszy chorą nogę.

Obok, na podłokietniku, przysiadła Larisa — kobieta około trzydziestu pięciu lat, z mocno pomalowanymi ustami.

Galina Pietrowna sortowała jakieś paragony na stole.

— O, zjawiła się, dobrodziejka — rzucił jadowicie Wiktor zamiast powitania.

— No i co, kiedy będą pieniądze?

— Wpłaciliśmy zaliczkę za bankiet.

— Kartą mamy.

Nina została w drzwiach.

— Przyszłam powiedzieć osobiście, żeby nie było głuchego telefonu.

— Mieszkania nie sprzedam.

— Pieniędzy na ślub nie dam.

— Nawet pięćdziesięciu tysięcy nie będzie, biorąc pod uwagę wasze zachowanie.

Zapadła cisza.

Larisa otworzyła usta, odsłaniając rząd pożółkłych zębów.

— Jak to? Marat powiedział, że wszystko załatwione.

— Już zaprosiliśmy gości!

— Wybrałam suknię!

— Marat was okłamał — odpowiedziała spokojnie Nina.

— Albo sami siebie okłamaliście.

— Co ty wyprawiasz, szmato? — Galina Pietrowna wstała.

Na jej twarzy pojawiły się purpurowe plamy.

— Chcesz nas skompromitować?

— Ja już wszystkim krewnym rozgadałam!

— Wzięłam kredyt na garnitur i obrączki, myślałam, że spłacimy z twoich pieniędzy!

— Wpakowałaś nas w długi!

— Sami się wpakowaliście — Nina mówiła cicho, ale każde słowo spadało jak bruk.

— Postanowiliście rozporządzać moim majątkiem, nie pytając mnie.

— Wiktor, jesteś mężczyzną czy kim?

— Dlaczego twoje wesele ma opłacać żona twojego brata?

— Spadaj! — zapiszczał Wiktor.

— Tobie po prostu żal!

— Masz dwa mieszkania, opływasz w luksusach, a ja jestem inwalidą!

— Ty masz obowiązek!

— Nikt ci nic nie jest winien, poza opieką społeczną — ucięła Nina.

— Wynocha stąd! — wrzasnęła teściowa, łapiąc się za serce.

— Marat ci pokaże!

— On ci pokaże, jak się matki nie szanuje!

— I tak zmienisz zdanie, tylko będzie za późno!

Larisa nagle rozpłakała się, rozmazując tusz:

— Wicia, obiecałeś!

— Mówiłeś, że ona…

Nina odwróciła się i wyszła.

W plecy leciały za nią przekleństwa.

Schodziła po schodach i czuła zdumiewającą lekkość.

Plan już dojrzał w jej głowie.

Wyraźny jak rysunek techniczny.

Marat myślał, że загнал ją w kąt.

Ale zapomniał, że ona pracuje z konstrukcjami, które trzymają się przez wieki, a on umie tylko zwalać wszystko na ziemię.

Część 4. Siedziba lodowatego spokoju

Wieczorem Marat wrócił do domu wściekły jak pies łańcuchowy.

Nina siedziała przy kuchennym stole, przed nią leżał laptop i stos papierów.

— Co ty urządziłaś u mojej matki? — zaczął od progu, nawet się nie rozuwając.

— Lara ma histerię, matka wzywała pogotowie.

— Zupełnie straciłaś strach?

Uderzył pięścią w stół.

Filiżanka z herbatą podskoczyła.

— Usiądź — powiedziała Nina.

Nie poprosiła, tylko rozkazała.

— Co? Ty mi będziesz rozkazywać? W moim mieszkaniu?

— W moim mieszkaniu — poprawiła Nina.

— To mieszkanie mojej matki.

— Ty tu nawet nie jesteś zameldowany.

— To się jeszcze zobaczy.

— Remont tu robiłem.

— Tapety kleiłem.

— Panele kładłem.

— Z prawa połowa moja!

— Nie twoja — Nina odwróciła do niego laptop.

— Podniosłam wszystkie płatności.

— Materiały opłacałam ja ze swojej karty.

— Ekipę wynajmowałam ja.

— Ty, Marat, tylko listwę przypodłogową przykręciłeś w korytarzu, i to krzywo.

Marat oniemiał.

Przywykł, że Nina jest miękka, uległa.

Nie spodziewał się muru.

— Do czego pijesz? Straszysz mnie rozwodem?

— Komu ty potrzebna, rozwódka bez dzieci, pod czterdziestkę?

— Mam trzydzieści dwa lata, Marat.

— I jestem potrzebna sobie.

— A ty komu jesteś potrzebny?

— Sprzedaj mieszkanie! — znów zaczął swoją płytę, próbując odzyskać kontrolę krzykiem.

— Albo ja… ja ci urządzę piekło!

— Nie dam ci żyć!

— Będę tu przyprowadzał kumpli, chlał, palił w łóżku!

— Sama uciekniesz!

Nina wstała.

W jej oczach nie było ani strachu, ani łez.

Tylko lodowata pogarda.

— Nic nie zrobisz, Marat.

— Bo teraz spakujesz rzeczy i wyjdziesz.

— Akurat! Rozbiegłem się!

— Jeśli nie wyjdziesz w ciągu godziny, przyjadą chłopaki z mojej pracy.

— Pamiętasz Goszę i Achmeta?

— Oni rozbierają fasady młotami.

— Bardzo nie lubią, kiedy krzywdzi się kobiety.

— I pomogą ci wynieść rzeczy.

— Razem z tobą.

Marat zbladł.

Znał brygadę żony.

Twardzi chłopcy, którzy bezwzględnie szanowali Ninę Aleksandrownę.

— Ty… ty mnie wyrzucasz? Przez pieniądze? Przez to, że chciałem bratu pomóc? Ale z ciebie materialistyczna menda.

— Nie przez pieniądze, Marat.

— Przez to, że mnie zdradziłeś.

— Chciałeś mnie okraść dla fanaberii swojej mamusi.

— Nie jesteś mi mężem.

— Jesteś pasożytem, który zasłania się „wartościami rodzinnymi”.

Marat rzucił się do sypialni, chwycił torbę.

Wrzucał do niej rzeczy jak popadnie: skarpety, koszule, zapominając o szczoteczce do zębów.

— Sama zgnijesz! — darł się z pokoju.

— A ja znajdę sobie normalną babę, która będzie szanować męża!

— Klucze na szafkę — powiedziała Nina, kiedy on, sapiąc, wyszedł na korytarz.

Rzucił pęk na podłogę.

— Udław się!

Drzwi trzasnęły.

Nina podeszła, podniosła klucze.

Potem wyjęła telefon i wybrała numer.

— Halo, Sergieju Pietrowiczu? Tak, tu Nina.

— Można wymienić wkładkę zamka.

— Tak, od razu.

— Czekam.

Część 5. Dwupokojowe piekło

Minęły dwa tygodnie.

Dwupokojowa chruszczowka Galiny Pietrowny przypominała rozdrażniony ul, do którego wlano wrzątek.

Marat spał na rozkładanym łóżku w kuchni, bo w jednym pokoju mieszkała matka, a drugi należał do Wiktora i Larisy.

A właściwie miał należeć.

Poranek zaczął się od awantury.

— Gdzie mój jogurt? — wrzeszczała Larisa.

— Marat, znowu zeżarłeś mój jogurt?

— Po co mi twój jogurt! — warczał Marat, próbując znaleźć czyste skarpety w stercie prania na parapecie.

— Matka zjadła pewnie.

— Nie waż się na matkę gadać! — krzyczała z pokoju Galina Pietrowna.

— Do grobu mnie wpędzicie!

— Wierzyciele dzwonią!

— Ślub za trzy dni, a nie ma za co zapłacić!

— Restauracja zdjęła rezerwację, połowę zadatku zatrzymali!

Marat usiadł na skrzypiącym łóżku i objął głowę rękami.

Myślał, że Nina przybiegnie.

Że przestraszy się samotności.

Ale ona nie dzwoniła.

Próbował się do niej dostać, ale zamek był wymieniony.

Drzwi pokoju otworzyły się z impetem.

Wyszedł Wiktor, wspierając się na lasce.

— Ty, niedorobiony drwalu! — wrzasnął na brata.

— To twoja wina!

— Obiecałeś!

— Mówiłeś: „Wszystko załatwione, Nina zrobi, co powiem”.

— I gdzie?

— Spadaj! — ryknął Marat.

— Starałem się!

— A ty co zrobiłeś?

— Siedzisz na karku!

— Jestem inwalidą! — powtórzył Wiktor jak zwykle.

Nagle Larisa wyszła na korytarz z walizką.

Nie była już w domowym szlafroku, tylko w dżinsach i kurtce.

— Larusiu, dokąd? — Wiktor osłupiał.

— Do Karagandy! — warknęła.

— Mam dość!

— Nędzarze!

— Kłamaliście o bogactwach, o mieszkaniach, o biznesie żony!

— A sami — gołe nic, bida z nędzą.

— Nie najmowałam się, żeby mieszkać w tej spelunie i prać twoje gacie, kulawy!

— Lara, zaczekaj! Przecież ślub!

— Jaki ślub? Na zupek chińskich? Ciao!

Drzwi trzasnęły.

Wiktor osunął się na stołek i zawył.

Galina Pietrowna wypadła z pokoju, łapiąc się za serce:

— Odeszła! Narzeczona odeszła!

— To wszystko wina Niny! Podstępna żmija!

— A co Nina ma z tym wspólnego?! — nagle wrzasnął Marat, i w tym krzyku było olśnienie.

— To my jesteśmy winni!

— My!

— Co ty pleciesz? — syknęła matka.

— Gdybyś umiał trzymać żonę krótko…

I wtedy telefon Marata zapiszczał.

Wiadomość.

Od Niny.

Otworzył ją drżącymi rękami.

Było tam zdjęcie i tekst.

Na zdjęciu — dokument sprzedaży tamtego jednopokojowego mieszkania.

Data była… sprzed miesiąca.

I podpis: „Sprzedałam je miesiąc temu, żeby zainwestować w rozwój swojej firmy. Pieniądze są na koncie firmowym, są nietykalne przy rozwodzie. Zapomnij o ‘wspólnie nabytym’: pracowałam z prawnikami. A twoje rzeczy, które nie zmieściły się do torby, wysłałam kurierem do twojej mamusi. Odbierz”.

Marat patrzył w ekran.

Sprzedała mieszkanie jeszcze zanim matka zaczęła rozmowę.

Nic nie powiedziała.

Patrzyła na ich przedstawienie, wiedząc, że nie ma już czego dzielić.

Po prostu obserwowała, jak dławi ich własna chciwość.

— Co tam? — zapytała matka, zaglądając mu przez ramię.

— Już nic — wyszeptał Marat.

— Wszystko straciliśmy, mamo.

— Wszystko.

Zrozumiał, że Nina nie po prostu odeszła.

Ona go przechytrzyła.

Zimno, twardo, bez histerii.

Jak zdejmuje się starą, niebezpieczną sztukaterię, żeby nikomu nie spadła na głowę.

Teraz on zostawał w tej dwupokojowej klitce na zawsze.

Z wrzeszczącą matką i skamlącym bratem.

To było jego osobiste piekło, które zbudował własnymi rękami, myśląc, że stawia pałac.