Odmówiłam zmywania góry naczyń po krewnych mojego męża po wybiciu północy w Nowy Rok!

— Aliona, gdzie są tartaletki z kawiorem?

— Goście już siedzą przy stole, a u nas pustki!

— Chcesz mnie skompromitować przed swatami? — mówi Galina Pietrowna, stojąc w drzwiach kuchni z rękami na biodrach, przewiązana błyszczącą sukienką.

Aliona odkleja od czoła przylepiony kosmyk włosów, o mało nie upuszczając blachy z mięsem po francusku.

Żar z piekarnika parzy jej twarz, a zapach majonezu i gotowanych warzyw wisi w mieszkaniu od rana trzydziestego grudnia.

— Galina Pietrowna, kawior jest na dolnej półce lodówki — próbuje mówić spokojnie Aliona, choć w środku drży.

— Po prostu nie wyrabiam, mięso już się przypala.

— Może Wika pomoże?

— Przecież tylko siedzi w telefonie.

— Wika jest zmęczona, dopiero co przyjechała! — wykrzykuje teściowa, wchodząc do kuchni i zaglądając do garnków.

— I poza tym ma noworoczny manicure.

— A ty, jako gospodyni, masz przyjąć gości tak, żeby stół uginał się od jedzenia.

— My jechaliśmy z drugiego końca miasta w korkach.

Z salonu dobiega huk telewizora, gdzie po raz setny Iwan Pietrow leci do Moskwy, i głośny śmiech szwagierki Wiki.

Na kanapie siedzi mąż Aliony, Siergiej, leniwie przełączając kanały, podczas gdy jego siostrzeńcy, hałaśliwe bliźniaki Misza i Dima, skaczą z fotela na podłogę, jakby trzęśli ziemią.

Aliona w milczeniu bierze słoik kawioru.

Ręce jej drżą.

Cały dzień trzydziestego pierwszego grudnia minął jak we mgle: krojenie, gotowanie, smażenie, sprzątanie.

Siergiej obiecał pomóc, ale gdy tylko przyjechała mama z siostrą i dziećmi, zamienił się w „honorowego gościa” we własnym mieszkaniu.

— I więcej masła, nie żałuj — komentuje teściowa, stojąc nad nią.

— Ostatnio były suche.

— I czemu chleb taki gruby?

— Trzeba było wziąć bagietkę.

— Sierioża, zobacz, jaka blada jest „Mimoza” twojej żony, pewnie jajka przegotowała.

Siergiej pojawia się w drzwiach z nadgryzioną mandarynką.

— Mamo, po co tak?

— Sałatka jest normalna.

— Aliona, szybciej, zaraz wybiją kuranty, a jeszcze nie pożegnaliśmy starego roku.

— Chce mi się jeść.

Nie patrzy na żonę, która jednocześnie smaruje kanapki, pilnuje mięsa i stara się nie nadepnąć na kota Barsika, który w panice biega pod nogami od krzyków dzieci.

Biesiada zaczyna się głośno.

Wika, siostra męża, od razu przejmuje uwagę, opowiadając głośno, jak jej mąż „niestety nie mógł przyjechać z powodu ważnej delegacji”, ale podarował jej nowy telefon.

Bliźniaki chwytają kiełbasę rękami, sypią okruchy na dywan, który Aliona czyściła dwie godziny, i rozlewają sok na świeży obrus.

— Oj, nic strasznego, dzieci — macha ręką Galina Pietrowna, gdy Aliona sięga po serwetkę, żeby wytrzeć plamę z wiśniowego soku.

— Wypierzesz później.

— Najważniejsze, żeby było im wesoło.

— Wika, nałóż sobie grzybki, są ze sklepu, da się je jeść.

— A ogórki, Aliona, chyba przesoliłaś.

Aliona siedzi na skraju krzesła, prawie bez sił.

Kęs nie przechodzi jej przez gardło.

Patrzy na górę dań przygotowanych przez dwa dni i nie czuje smaku.

— Wypijmy za naszego Siergieja! — wykrzykuje teściowa, wznosząc kieliszek szampana.

— Jaki on dzielny, żywiciel, trzyma rodzinę!

— Złoty człowiek!

Siergiej uśmiecha się, prostując ramiona.

Aliona prawie krztusi się kompotem.

„Żywiciel”, który od pół roku pracuje na pół etatu i narzeka na ciężki los, podczas gdy Aliona bierze dodatkowe zlecenia freelancerskie i spłaca kredyt hipoteczny za to mieszkanie.

Milczy, tylko mocniej ściska nóżkę kieliszka.

Czas zbliża się do północy.

Prezydent wygłosił przemówienie, zegar wybił dwanaście.

Zaczyna się wręczanie prezentów.

Aliona wyciąga eleganckie torby.

Dla Galiny Pietrowny drogi zestaw kosmetyków przeciwstarzeniowych, o którym wspominała miesiąc temu.

Dla Wiki bon do perfumerii.

Dla bratanków klocki kosztujące jak skrzydło samolotu.

Dla męża nowe bezprzewodowe słuchawki.

— O, dziękuję — Galina Pietrowna zagląda do torby niedbale.

— Krem?

— No dobrze, przyda się na pięty.

— A dla ciebie, Aliona, też jest prezent.

— Wika, dawaj.

Szwagierka, przeżuwając kanapkę, podaje Alionie małą foliową torebkę.

W środku są dwie kuchenne łapki z obrazkiem świni i zestaw gąbek.

— Żeby ci było weselej w kuchni! — śmieje się Wika.

— To symbol roku, prawda?

— Albo nie?

— Nieważne, w domu wszystko się przyda.

— Dziękuję — mówi Aliona, ale w gardle zbiera jej się uraza.

Nie tyle za prezent, co za demonstracyjne podejście: „Twoje miejsce jest w kuchni, oto narzędzia.”

Po pierwszej w nocy zabawa osiąga szczyt.

Stół wygląda jak pole bitwy: brudne talerze piętrzą się w wieżach, miski z sałatką są do połowy puste, wszędzie kości z kurczaka, skórki z mandarynek i papierki po cukierkach.

Dzieci już śpią w sypialni gospodarzy (położono je na łóżku małżeńskim, nie pytając Aliony), a dorośli przenoszą się na kanapę, żeby oglądać „Gołuboj ogoniok”.

Aliona zbiera brudne naczynia, zanosi talerze do zlewu jeden po drugim.

Góra rośnie: tłuste blachy, garnki z zaschniętym puree, kieliszki z resztkami szminki.

Galina Pietrowna ziewa szeroko.

— Och, jak przyjemnie.

— Sierioża, nalej jeszcze herbaty, tylko z cytryną.

— I przynieś tort, na co czekamy?

Aliona zastyga z brudnym widelcem w ręku.

— Czajnik dopiero co się zagotował — odpowiada cicho.

— Możecie sami sobie nalać?

— Zmywam naczynia.

— Aliona! — głos teściowej brzmi jak stal.

— Proponujesz gościom, żeby obsługiwali się sami?

— Jesteśmy u was w gościach czy w stołówce samoobsługowej?

— To niegrzeczne.

Siergiej, nie odrywając wzroku od ekranu, mruczy:

— Aliona, daj mamie herbaty, co ci szkodzi?

Aliona nalewa, kroi tort, rozkłada na talerzyki.

Wika zjada kawałek, potem prosi o dokładkę, a potem narzeka, że krem jest za tłusty i robi jej się niedobrze.

Około drugiej w nocy goście zaczynają się rozchodzić.

— Dobra, pora spać — oznajmia Galina Pietrowna, wstając z kanapy i przeciągając się.

— Wika z dziećmi położy się w sypialni, my z tobą, Sierioża, ułożymy się tu na kanapie.

— A Aliona niech sobie znajdzie miejsce.

— Może rozłożysz łóżko polowe w kuchni?

— Albo na fotelu w przedpokoju.

— W sypialni jest moje łóżko — przypomina Aliona.

— Tam są dzieci! — oburza się Wika.

— Będziesz je budzić?

— I tak będziesz sprzątać.

— Roboty do rana.

Teściowa kiwa głową, rozglądając się po zdemolowanej kuchni.

— Właśnie.

— Aliona, posprzątaj wszystko szybko: zmyj naczynia, posprzątaj ze stołu, umyj podłogę, żeby rano było czysto i świeżo.

— Jutro o dziesiątej zrób śniadanie, usmaż naleśniki, Wika je lubi.

Rozchodzą się.

Siergiej całuje matkę w policzek, życzy siostrze dobrej nocy i, przechodząc obok żony, klepie ją po ramieniu:

— No, zajączku, nie siedź długo.

— Posprzątaj szybko i idź spać.

— Jutro ciężki dzień, trzeba jechać do teściowej Nadii.

Drzwi do pokoju się zamykają.

W korytarzu gaśnie światło.

Aliona zostaje sama.

Ciszę przerywa tylko buczenie lodówki i kapiąca woda z kranu.

Patrzy na przepełniony zlew.

Na blacie piętrzą się wieże tłustych talerzy.

Na kuchence zastyga tłuszcz.

Pod stopami chrupią odłamki noworocznej ozdoby rozbitej przez bliźniaki.

Aliona patrzy na swoje ręce.

Manicure zrobiony wczoraj wieczorem już się łuszczy.

Nogi pulsują, jakby miały zawyć.

„Szybciutko posprzątaj” brzmi w głowie.

„Usmaż naleśniki.”

„Pozmywaj naczynia.”

Wyobraża sobie, jak odkręci wodę i będzie szorować nieskończone talerze, wdychając zapach płynu do naczyń i cudzych okruchów, jak będzie zdrapywać zaschniętą kaszę gryczaną, potem myć podłogę, wyrabiać ciasto, i że nie będzie spała.

W środku coś cicho pęka, jak struna, na której trzymała się jej cierpliwość.

Aliona zakręca wodę, wyciera ręce ręcznikiem, zdejmuje fartuch i wiesza go na haczyku.

Podchodzi na środek kuchni i ogarnia wzrokiem pole bitwy: na stole stoją niedopite butelki, zwiędłe wędliny, brudne serwetki.

— Nie — mówi na głos.

Aliona bierze z krzesła domową bluzę, narzuca ją na ramiona, gasi światło, zostawiając górę naczyń w ciemności, i idzie do przedpokoju.

Z salonu słychać chrapanie teściowej.

Z sypialni — ciche pochrapywanie dzieci i Wiki.

Siergiej, najwyraźniej, już śpi przy ścianie.

Aliona wyjmuje z szafy ciepły koc i poduszkę, wychodzi na oszklony balkon.

Stoi tam stary, ale wygodny fotel i mocny grzejnik.

Włącza go, szczelnie zamyka drzwi balkonowe, owija się kocem i po raz pierwszy od dwóch dni zamyka oczy, czując, jak ciało się rozluźnia.

Poranek pierwszego stycznia nie zaczyna się zapachem naleśników, lecz krzykiem Galiny Pietrowny.

— Co to ma znaczyć?!

Aliona otwiera oczy.

Słońce świeci jasno przez mroźne wzory na szybach.

Na balkonie jest ciepło.

Telefon pokazuje jedenastą.

Spała prawie dziewięć godzin — luksus.

Drzwi balkonowe się otwierają i w progu pojawia się potargany Siergiej w slipach i podkoszulku.

— Aliona, co ty tu robisz?

— Mama krzyczy, tam… — urywa, widząc jej spokojną twarz.

— Ty spałaś tutaj?

— Spałam — odpowiada Aliona, przeciągając się i rozprostowując zdrętwiałe mięśnie.

— Szczęśliwego Nowego Roku, Sierioża.

— Jakiego Szczęśliwego Nowego Roku?!

— W kuchni…

— Ty nic nie posprzątałaś?!

Aliona wstaje, zarzuca koc jak królewską pelerynę i mija męża, wchodząc do mieszkania.

Kuchnia wygląda tak, jak ją zostawiła.

W świetle dnia góra naczyń wydaje się jeszcze bardziej złowroga.

Zapach zastanego jedzenia jest ciężki i nieprzyjemny.

Pośród tego „wspaniałego widoku” stoi Galina Pietrowna, trzymając się za serce, a obok Wika z wykrzywioną twarzą.

— Ty… ty co sobie wyobrażasz?! — syczy teściowa, widząc synową.

— Wstaliśmy, chcieliśmy napić się herbaty, a tu chlew!

— Gdzie śniadanie?

— Gdzie czyste kubki?

— Kubki są w zlewie — odpowiada spokojnie Aliona, nalewając sobie szklankę wody z filtra.

— Brudne.

— To umyj! — wrzeszczy Wika.

— Co ty robiłaś w nocy?

— Spałam.

— Tak jak wy.

— Ona spała! — wykrzykuje Galina Pietrowna, dusząc się z oburzenia.

— Popatrz na nią, Sierioża!

— My jesteśmy gośćmi!

— A tu brud i smród!

— Ty jesteś gospodynią czy kto?

— Nie masz sumienia?

Aliona stawia szklankę na stole.

Brzęk szkła sprawia, że wszyscy milkną na sekundę.

— Właśnie — mówi cicho, ale stanowczo.

— Przyjechaliście do mojego domu, a nie do hotelu „all inclusive”.

— Gotowałam dwa dni, kupowałam produkty, nakrywałam do stołu, obsługiwałam was cały wieczór.

— To twój kobiecy obowiązek! — warczy Siergiej, wspierany przez matkę.

— Nie kompromituj mnie!

— Weź ścierkę i posprzątaj wszystko natychmiast.

— Dzieci są głodne!

Aliona patrzy na męża.

Po raz pierwszy od pięciu lat małżeństwa widzi go wyraźnie: nie miłego chłopaka z parku, ale przestraszonego dzieciaka, gotowego upokorzyć żonę, byleby matka nie krzyczała.

— Nie — mówi Aliona.

— Co „nie”? — nie rozumie Wika.

— Nie będę sprzątać ani robić śniadania.

— Jestem zmęczona.

— Jeśli chcecie jeść, otwórzcie lodówkę, jest tam pełno jedzenia.

— Jeśli potrzebujecie czystych talerzy, oto zlew, „Fairy” i gąbki, które ty, Wika, wczoraj tak uprzejmie mi podarowałaś.

— Czas ich użyć.

Zapada dźwięczna cisza.

Galina Pietrowna otwiera i zamyka usta jak ryba wyrzucona na lód.

— Ty… ty nas wyrzucasz? — szepcze teatralnie.

— Synku, słyszysz?

— Odbiera nam nawet okruszek chleba!

— Zmusza matkę do zmywania naczyń!

— Aliona, przesadzasz — próbuje ją powstrzymać Siergiej, przybierając groźny wyraz twarzy.

— Mama jest gościem.

— Wika jest gościem.

— A ty…

— Ja jestem gospodynią tego mieszkania — przerywa Aliona.

— Kredyt hipoteczny jest na mnie i ja go spłacam.

— Ty, Sierioża, przez ostatnie trzy miesiące dokładałeś tylko do rachunków, i to połowę.

— Więc albo wstajecie, bierzecie ścierki i doprowadzacie kuchnię do porządku, albo święto się skończyło.

— To wynosimy się stąd! — wrzeszczy Wika.

— Zbieraj się, mamo!

— Moja noga tu więcej nie postanie!

— Bezczelna!

— Psychopatka!

— Wika, poczekaj — próbuje ją zatrzymać Siergiej.

— Nic nie poczekaj! — Galina Pietrowna nagle odzyskuje zaskakującą energię.

— Zbieraj dzieci, Wika!

— Jedziemy do cioci Nadii, tam nas przyjmą!

— A ty, Sierioża, jeśli masz choć odrobinę szacunku do matki, idź z nami.

— Zostaw tę żmiję w jej norze!

Siergiej spogląda zagubiony raz na rozwścieczoną matkę, raz na Alionę spokojną jak skała.

— Aliona, przeproś — mamrocze.

— Umyj te talerze, co ci szkodzi?

— Widzisz, do czego doprowadziłaś?

— Ja nikogo do niczego nie doprowadziłam.

— Po prostu odmówiłam bycia służącą.

— Wybór należy do ciebie, Sierioża.

Pakowanie zajęło pół godziny.

Przez cały ten czas Aliona siedziała.

Aliona, odkładając koc na bok, głęboko wciągnęła zimne poranne powietrze, uśmiechnęła się i, nie oglądając się za siebie, zamknęła drzwi, zaczynając nowy rozdział swojego życia.