Nie rozpadniesz się, jeśli choć raz urządzimy u ciebie Sylwestra, — bezczelnie oświadczyła teściowa po raz piąty z rzędu.

— A gdzie ja, według ciebie, mam podziać trzy kilogramy chołodca?

Przez okno wyrzucić? — Słuchawka telefonu była już ciepła, ale głos po drugiej stronie był jeszcze gorętszy.

— Lena, słyszysz mnie?

Mówię ci, mam balkon zawalony słoikami, a w lodówce nie ma miejsca nawet na lekarstwa.

Elena przycisnęła telefon ramieniem, dalej szorując zlew sodą.

Gąbka skrzypiała po emalii, wtórując irytacji, która podnosiła się gdzieś w okolicach splotu słonecznego.

— Zinaido Pietrowno, nasz stół ma półtora metra po rozłożeniu.

Ostatnim razem Pasza siedział na stołku w przejściu, a pani narzekała, że ciągnie od okna.

— Oj, nie zaczynaj! — przerwała teściowa.

— Mogę i w korytarzu posiedzieć, jeśli ci szkoda miejsca przy stole dla własnej matki.

To nie chodzi o stół.

Chodzi o atmosferę.

U was sufity są wyższe, lżej się oddycha.

I w ogóle…

Pauza się przeciągnęła.

Elena wyprostowała się i wytarła ręce w ręcznik.

W tej pauzie było coś nie tak.

Zwykle Zinaida Pietrowna trajkotała bez przerwy, wyliczając swoje zasługi wobec ojczyzny i rodziny, a tu — zawahanie.

— Nie rozpadniesz się, jeśli choć raz urządzimy u ciebie Sylwestra, — bezczelnie powtórzyła teściowa po raz piąty z rzędu, ale tym razem w jej głosie zabrzmiała jakaś piskliwa, nienaturalna nuta.

— Koniec, kurczaka już kupiłam.

Będę u was trzydziestego pierwszego na obiad.

Pozdrów Paszkę.

Sygnał rozłączenia.

Elena spojrzała na zgaszony ekran smartfona.

W kuchni pachniało proszkiem do czyszczenia i starym drewnem — zapachem domu, który ona i Paweł odtwarzali okruch po okruchu przez ostatnie siedem lat.

Bez projektantów, bez ekip remontowych.

Sami cyklinowali parkiet, sami wyszukiwali na pchlich targach mosiężne klamki.

To była ich twierdza.

I tę twierdzę znów ktoś miał zamiar szturmować.

Ale dziwność nie tkwiła w nacisku.

Dziwność tkwiła w powodzie.

Zinaida Pietrowna uwielbiała swoje mieszkanie.

To było jej muzeum, jej świątynia, jej piedestał.

Dwupokojowe w „stalinowskim” bloku ze sztukateriami, gdzie każdy dywanik leżał dokładnie według feng shui, a kryształ w kredensie stał tak ciasno, że zdawało się, iż wystarczy kichnąć — i wszystko runie.

Nigdy nie pozwalała wozić sałatek do syna.

„U was talerze są nie takie, smak się psuje” — mawiała wcześniej.

A tu — sama się narzuca.

Piąty rok z rzędu, ale z taką nachalnością — pierwszy raz.

W przedpokoju trzasnęły drzwi.

Paweł wrócił.

Wszedł do kuchni ciężki, barczysty, w roboczej kurtce, od której wiało mrozem i metalowymi wiórami.

Pracował jako brygadzista zmiany w hali obróbki metalu, ręce miał zawsze lekko szare, choćby je mył nie wiadomo jak, a Elena kochała te ręce.

Były pewne.

— Mama dzwoniła? — zapytał, nawet się nie witając.

Najwyraźniej wyraz twarzy żony powiedział wszystko.

— Dzwoniła.

Powiedziała, że nie ma gdzie wsadzić chołodca.

Trzydziestego pierwszego będzie tutaj.

Z noclegiem, sądząc po wszystkim.

Paweł ciężko opadł na krzesło, które żałośnie skrzypnęło.

— Lena, niech przyjedzie.

Wiesz, skacze jej ciśnienie, boi się sama.

— Pasza, w zeszłym tygodniu jeździła na nartach w parku.

Jakie ciśnienie? — Elena postawiła przed mężem talerz zupy.

— Ona coś kręci.

Dawno u niej byłeś?

— Dwa tygodnie temu.

Zawoziłem ziemniaki.

Tylko do mieszkania nie wchodziłem, sama wybiegła pod klatkę, przechwyciła torby.

Powiedziała, że robi generalne porządki, podłogi mokre, nie ma co deptać.

Elena zamarła z chochlą w ręku.

— Porządki?

Zinaida Pietrowna nie wpuściła cię do mieszkania przez mokre podłogi?

Ona, która każe ci zdejmować buty na klatce schodowej i zakładać filcowe kapcie?

— No tak.

Gdzieś się spieszyła.

Taka cała… potargana.

I w nowym płaszczu, swoją drogą.

Nigdy takiego nie widziałem.

Bordowy, z kołnierzem.

— Ona nie ma pieniędzy na nowy płaszcz, Pasza.

W zeszłym miesiącu prosiła nas, żebyśmy dopłacili do rachunków.

Paweł wzruszył ramionami, wkładając do ust łyżkę zupy.

— Może odłożyła.

Lena, nie szukaj czarnego kota.

No chce matka święta.

Starzeje się.

Chce uwagi.

Przetrzymamy jedną noc, nie jesteśmy obcy.

On jadł, a Elena patrzyła na jego kosmyk na czubku głowy, który uparcie nie chciał się ułożyć, i czuła, jak w środku napina się struna.

Kobieca intuicja to rzecz nieprzyjemna.

Swędzi jak komar w nocy.

Następnego dnia, dwudziestego dziewiątego grudnia, miasto stało w korkach.

Śnieg padał wielkimi, ciężkimi płatami, zmieniając się pod kołami w szarą breję.

Elena zwolniła się wcześniej z pracy — niby po to, żeby dokupić prezenty, a tak naprawdę nogi same niosły ją w dzielnicę, gdzie mieszkała teściowa.

Nie zamierzała szpiegować.

Chciała tylko… sprawdzić.

Może wpaść, złożyć życzenia wcześniej, wręczyć pudełko czekoladek i spojrzeć w oczy.

Dom Zinaidy Pietrowny stał monumentalnie, ozdobiony sztukateriami, z których zwisały groźne sople.

Okna teściowej na trzecim piętrze były ciemne.

„Dziwne” — pomyślała Elena.

O czwartej po południu zwykle ogląda seriale.

Elena wybrała kod domofonu.

Nikt nie odpowiedział.

Poczekała, aż z klatki wyjdzie sąsiadka z jamnikiem, i wsunęła się do środka.

Na klatce schodowej pachniało smażoną cebulą i czyimś tanim tytoniem.

Drzwi teściowej — masywne, obite dermą jeszcze w latach dziewięćdziesiątych — wyglądały jak zwykle.

Elena uniosła palec nad dzwonkiem, ale wtedy usłyszała dźwięki zza drzwi.

Tam nie było ciszy.

Grała muzyka.

Głośna, rytmiczna, jakaś wschodnia popsa.

I słychać było śmiech.

Ordynarny męski rechot i dźwięczny kobiecy śmiech, zupełnie niepodobny do starczego drżenia Zinaidy Pietrowny.

Elena odskoczyła.

Może pomyliła piętro?

Nie, numer mieszkania 34.

Tabliczka na miejscu.

Nacisnęła dzwonek.

Muzyka nie ucichła.

Nacisnęła dłużej, natarczywie.

Za drzwiami poruszyli się, muzyka się urwała.

— Kogo tam diabli przynieśli? — zabrzmiał basowy męski głos.

Nie Paszy.

Obcy, chrapliwy.

Drzwi się otworzyły.

W progu stał facet koło czterdziestki, w przepoconej koszulce i dresach z wyciągniętymi kolanami.

Śniady, nieogolony, ze złotym zębem, który błysnął w półmroku przedpokoju.

— Czego chcesz, do gospodyni?

Elena osłupiała tak, że zapomniała się przywitać.

— A… Zinaida Pietrowna tu mieszka?

— Tu nie ma żadnej Zinaidy, — burknął facet.

— Pomyliłaś adres.

— Jak to nie ma?

To jej mieszkanie!

Jestem jej synową!

Z głębi korytarza, szurając kapciami, wypłynęła tęga kobieta w szlafroku.

— Kto tam, Alik?

— Jakaś baba, mówi, że jest synową gospodyni.

Kobieta zmrużyła oczy, obejrzała Elenę od stóp do głów — od skórzanych kozaków po czapkę.

— A, synowa Pietrowny?

To jej nie ma.

Wyprowadziła się.

— Dokąd się wyprowadziła?!

— Skąd mam wiedzieć?

Wynajęła nam chatę do maja, wzięła kasę za trzy miesiące z góry i zwiała.

Powiedziała, że jedzie mieszkać do dzieci.

Wy nie wiecie?

Ziemia pod nogami Eleny zafalowała.

— Kłamiecie, — powiedziała cicho.

— Ona nie mogła wynająć mieszkania.

Tam są jej rzeczy, jej kryształ…

— Kryształ spakowała w pudła i wyniosła na balkon, — powiedziała kobieta obojętnie.

— Nam co do tego?

My zapłaciliśmy, umowa jest, choćby na serwetce pisana.

Dobra, dziewczyno, nie rób przeciągu, bo pilaw stygnie.

Drzwi zatrzasnęły się przed nosem.

Elena stała na brudnym półpiętrze, patrząc na dermę.

Zinaida Pietrowna wynajęła swoje ukochane mieszkanie jakimś handlarzom z rynku?

Wynajęła swoją „świątynię”?

I zamierzała zamieszkać u nich, nie mówiąc ani słowa?

„Nie rozpadniesz się, jeśli choć raz urządzimy u ciebie Sylwestra…”

Teraz to brzmiało zupełnie inaczej.

Nie „raz”.

I nie „Sylwester”.

Do domu Elena wróciła, gdy Paweł już był na miejscu.

Siedział w kuchni i naprawiał toster, grzebiąc w środku śrubokrętem.

— Gdzie byłaś?

Mama dzwoniła pięć razy.

Mówi, że nie odbierasz.

Pyta, czy mamy łóżko polowe.

Elena w milczeniu zdjęła płaszcz i powiesiła go na haczyku.

Weszła do kuchni, usiadła naprzeciw męża.

— Pasza, odłóż śrubokręt.

Podniósł głowę, zobaczył jej bladą twarz.

— Co się stało?

Wypadek?

Ktoś zachorował?

— Twoja mama wynajęła mieszkanie.

Paweł zamarł.

— Co?

— Byłam tam.

Mieszkają tam jacyś ludzie, Alik i jego żona.

Powiedzieli, że Zinaida Pietrowna wzięła pieniądze za trzy miesiące z góry i powiedziała, że przeprowadza się do dzieci.

Czyli do nas.

Na stałe.

Paweł powoli odstawił toster na stół.

Jego twarz, zwykle spokojna i życzliwa, zaczęła ciemnieć.

— To jakiś żart?

Ona zdmuchiwała pyłki z tego parkietu.

— Nie żart.

Wyniosła kryształ na balkon.

Pasza, ona sprzedała nasz spokój za… za co?

Za pieniądze?

Po co jej od razu tyle pieniędzy?

— Zadzwonię do niej.

Chwycił telefon, ale Elena przykryła jego dłoń swoją.

— Nie dzwoń.

Niech przyjedzie.

Jutro jest trzydziesty.

Niech przyjedzie i sama wszystko powie.

Jeśli teraz zrobimy awanturę przez telefon, ona skłamie, wykręci się, powie, że ja to wymyśliłam, albo że ma ciśnienie, albo serce.

Niech przyjedzie z rzeczami.

Trzydziestego pierwszego grudnia, o dziesiątej rano, zadzwonił dzwonek.

W progu stała Zinaida Pietrowna.

Nie była sama.

Obok stały dwa ogromne kraciaste wory, takie jak u handlarzy, i stara radziecka walizka.

Ona sama była w tym bordowym płaszczu, który widział Paweł, i w nowej norekowej czapce przekrzywionej na bok.

— No, witajcie gości! — ryknęła, ale oczy jej uciekały.

— Paszka, czego stoisz?

Bierz torby, ciężkie jak moje grzechy.

Tam ogórki, dżemy, prezenty…

Paweł w milczeniu podniósł worki.

Nie były ciężkie od przetworów.

Były wypchane ubraniami.

Gdy wszyscy weszli do mieszkania, zawisła ciężka cisza.

Zinaida Pietrowna krzątała się, zdejmowała płaszcz, głośno zachwycała się zapachem z kuchni (choć pachniało dopiero gotującymi się warzywami), ale nikt jej nie podchwytywał.

— Nalejcie matce herbaty! — w końcu nie wytrzymała, klapając na kanapie w salonie.

— Umęczyłam się, zanim dotarłam.

Taksówkarze to chamy, ceny z kosmosu.

Elena wyszła z kuchni, wycierając ręce.

Stanęła w progu.

Paweł stał przy oknie, tyłem do pokoju, patrząc na zaśnieżone podwórko.

— Zinaido Pietrowno, — zaczęła cicho Elena.

— A po co wzięła pani zimowe rzeczy?

Wszystkie zimowe rzeczy?

Widziałam w torbie pani kożuch.

Teściowa zakrztusiła się powietrzem.

— No bo… zimno.

A nuż pójdziemy na spacer.

— A pościel?

Trzy komplety?

Też na spacer?

Zinaida Pietrowna poczerwieniała plamami.

Szarpnęła kołnierzyk bluzki.

— Co to za przesłuchanie, Lena?

Przyjechałam do syna święto spędzić!

— Mamo, — Paweł odwrócił się.

Jego głos był głuchy, jak z beczki.

— Wiem o lokatorach.

Lena tam była.

Cisza zadźwięczała.

Wydawało się, że słychać tykanie zegara na ścianie.

Zinaida Pietrowna zwiotczała jak przekłuty balon.

Ramiona opadły, bezczelność zniknęła, została tylko stara, przestraszona kobieta w jaskrawej, śmiesznej bluzce.

— Wyrzucilibyście mnie, — powiedziała nagle, patrząc w podłogę.

— Gdybyście od razu wiedzieli, wyrzucilibyście.

Albo zaczęlibyście krzyczeć.

— Kto by cię wyrzucił?

My? — Paweł zrobił krok w jej stronę.

— Mamo, ty jesteś normalna?

Po co wynajęłaś mieszkanie?

Masz długi?

Ktoś cię szantażuje?

— Nie mam długów! — uniosła głowę, a w oczach błysnęły złe łzy.

— Po prostu… ja chcę żyć!

Po ludzku!

— A jak żyłaś? — zdziwiła się Elena.

— Jak mysz żyłam!

Emerytura — łzy.

Czynsz — połowa emerytury.

Leki — druga połowa.

A ja… ja chciałam zrobić zęby!

Normalne zęby, a nie tę szczękę, co klekocze jak kastaniety!

Chciałam implanty!

Lekarz policzył dwieście tysięcy.

Skąd ja mam to wziąć?

Od ciebie prosić?

Od ciebie, Paszka, i tak pensja nie z gumy, a wy spłacacie kredyt na działkę.

A tu trafili się ci… Alik z Różą.

Od razu dali gotówkę, za pół roku z góry.

Pomyślałam: pomieszkam u was zimę, zrobię zęby i wrócę.

No ściśnijcie się, nie obcy przecież!

Ja matka jestem!

Elena usiadła w fotelu naprzeciw.

Cała złość nagle zniknęła, została tylko jakaś obrzydliwa litość i jednocześnie — zrozumienie.

Zęby.

Zwykłe ludzkie zęby.

Nie „biznes”, nie „inwestycja”, nie pomoc „biednemu bratankowi”.

Po prostu chęć pogryźć jabłko bez strachu, że szczęka wypadnie.

— Mamo, — Paweł usiadł obok niej na kanapie, wziął ją za rękę.

Dłoń miała suchą, z sękatymi palcami.

— Czemu nie powiedziałaś normalnie?

„Pasza, potrzebuję zębów.”

Coś byśmy wymyślili.

Wzięlibyśmy kredyt.

— Kredyt! — prychnęła, wycierając nos grzbietem dłoni.

— I tak macie długi.

A ja… ja chciałam niespodziankę.

Myślałam, że przyjadę piękna, z hollywoodzkim uśmiechem.

A ten lekarz… powiedział, że najpierw trzeba leczyć dziąsła, potem wkręcać trzpienie, potem czekać trzy miesiące…

W sumie to się przeciągnęło.

A pieniądze już wzięłam.

I płaszcz kupiłam…

Głupio.

Żeby się przed lekarzem nie wstydzić zdejmować starej kurtki puchowej.

W pokoju znów zawisła cisza.

Tylko że teraz nie była dźwięczna, a watowana, ciężka.

— I gdzie są teraz pieniądze? — zapytała rzeczowo Elena.

— W staniku zaszyte, — burknęła teściowa.

— Połowę już oddałam za pierwszy etap.

Resztę trzymam.

Elena spojrzała na Pawła.

Wyglądał na zagubionego.

Pół roku życia z matką w jednym mieszkaniu.

Z jej charakterem, jej wiecznymi radami, jej głośnym telewizorem.

To był wyrok na ich ciche szczęście.

Ale wyrzucić ją na ulicę?

Z pieniędzmi w staniku i bez zębów?

— Dobra, — powiedziała Elena, wstając.

— Sytuacja jest, oczywiście, fatalna.

Zinaido Pietrowno, zachowała się pani… jak awanturnica.

Głupio i ryzykownie.

Ten wasz Alik z Różą mogą tak rozwalić mieszkanie, że remont wyjdzie droższy niż zęby.

— Oni obiecali… — zaczęła teściowa.

— Obiecanki cacanki.

Jest jakaś oficjalna umowa?

— Nie.

Na karteczce spisaliśmy pokwitowanie.

Elena przewróciła oczami.

— Pasza, po świętach pojedziesz tam, sprawdzisz wszystko.

Wymienisz zamki w jednym pokoju, zamkniesz tam cenne rzeczy, jeśli jeszcze całe.

I będziesz ich kontrolował co tydzień.

Podszedła do okna, patrząc na szarą zawieję za szybą.

— A pani, Zinaido Pietrowno, zostaje.

Ale na warunkach.

Teściowa się ożywiła, w oczach pojawił się bojowy błysk.

— Jakich znowu warunkach?

W swoim domu będziesz stawiać warunki?

— To jest mój dom, — ucięła spokojnie, ale twardo Elena.

Odwróciła się i spojrzała teściowej prosto w nasadę nosa.

— A warunki są takie: w kuchni rządzę ja.

Nie chcę słyszeć żadnych rad, jak mam gotować barszcz albo jak prasować Paszy koszule.

Pani zajmuje się zębami i… robi na drutach.

— Co robię?

— Robi pani na drutach.

Widziałam, że umie pani świetnie robić skarpety.

U Paszy w pracy chłopaki marzną na hali.

Zrobi pani dziesięć par na sprzedaż — będzie dodatek do emerytury.

Nie ma co siedzieć bezczynnie i nas piłować.

Zinaida Pietrowna otworzyła usta, żeby się oburzyć, ale spojrzała na syna.

Paweł milczał, ale patrzył na żonę z takim wyrazem… wdzięczności i szacunku, że słowa ugrzęzły matce w gardle.

— Dobra, — burknęła.

— Skarpety to skarpety.

Tylko kupcie porządną wełnę, nie syntetyk.

Wieczór trzydziestego pierwszego.

Stół jednak rozłożyli, musieli przesunąć kanapę pod ścianę.

Choinka migała kolorowymi światełkami, odbijając się w ciemnym oknie.

Na stole stał chołodziec — te same trzy kilogramy, które Zinaida Pietrowna i tak przyniosła w słoikach.

Był trochę mętny, z czosnkiem pokrojonym w grube kawałki, nie tak idealny jak u Eleny, ale Paweł jadł go z przyjemnością, smarując grubo musztardą.

Telewizor mamrotał coś o „Ironii losu”.

Zinaida Pietrowna, już przebrana w domowy szlafrok (który Elena jej dała), siedziała na czele stołu.

Wyglądała na zmęczoną, postarzałą, bez zwykłej zbroi z bezczelności i pewności siebie.

Teraz, bez makijażu, z przerzedzonymi włosami, wydawała się po prostu starszą kobietą, która strasznie bała się samotności i starości i zrobiła głupstwo, próbując uciec od tego strachu.

— Smacznie wyszło, Lena, — powiedziała nagle, próbując sałatki „Mimoza”.

— Sparzyłaś cebulę?

— Sparzyłam, — kiwnęła Elena.

— Dobrze.

Zawsze mówiłam, gorycz trzeba usunąć.

Paweł uniósł kieliszek szampana.

— No to pożegnajmy stary rok.

Niech wszystkie głupstwa zostaną w nim.

— I wszyscy lokatorzy, — dodała Elena, stukając kieliszkiem o kieliszek męża.

Zinaida Pietrowna westchnęła i zadźwięczała swoim kieliszkiem o ich szkło.

— Dajcie spokój.

Za to zęby będą.

Będę się uśmiechać jak gwiazda filmowa.

— Będziesz, mamo, będziesz, — uśmiechnął się Paweł.

W tej chwili za oknem huknął pierwszy fajerwerk.

Kolorowe rozbłyski oświetliły pokój, wyłapując twarze: zmęczoną twarz Pawła, spokojną twarz Eleny i zagubiono-szczęśliwą twarz Zinaidy Pietrowny.

Elena spojrzała na teściową i pomyślała, że pół roku to, oczywiście, długo.

Będą kłótnie, urazy i kazania o tym, jak należy żyć.

Ale teraz, w tej chwili, czuła dziwne ciepło.

Jakby ogromny, kłujący, niewygodny kamień, który wisiał nad nimi, spadł i okazał się nie kamieniem, tylko workiem ziemniaków.

Ciężkim, zakurzonym, ale swoim.

— Pasza, — powiedziała Elena, gdy zaczęły bić kuranty.

— A ja jej kupię dobrą wełnę.

Merynosową.

Niech robi na drutach.

Zinaida Pietrowna zacisnęła usta, żeby ukryć drżenie brody, i sięgnęła po szprotki.

— Merynosową… No proszę cię.

Bierz zwykłą owczą, lepsza na stawy.

Przywitali Nowy Rok.

Życie toczyło się dalej — trudne, niedorzeczne, bez połysku i fajerwerków, ale prawdziwe.

I w tym życiu czasem trzeba było znosić cudze błędy, żeby ocalić coś ważniejszego niż metry kwadratowe i cisza.

Człowieczeństwo, chyba.

Dni poświąteczne ciągnęły się leniwą koleją.

Mieszkanie, przyzwyczajone do ciszy we dwoje, teraz wypełniło się dźwiękami.

Zinaida Pietrowna kaszlała rano, głośno mieszała łyżeczką herbatę, szurała kapciami.

Ale najbardziej zaskakujące — dotrzymała słowa.

Prawie nie wtrącała się do kuchni.

Siódmego stycznia Paweł pojechał „sprawdzić” mieszkanie matki.

Wrócił po dwóch godzinach, wściekły jak diabli, z rozbitą wargą.

Elena aż sapnęła i rzuciła się po apteczkę.

Zinaida Pietrowna, widząc syna, złapała się za serce (tym razem naprawdę).

— Paszka!

Kto cię?!

Alik?!

— Alik, — splunął Paweł krwią do zlewu.

— Zrobili tam melinę.

Dym jak w kominie, jacyś obcy faceci.

Zacząłem ich wyganiać, to rzucili się do bójki.

— Jezu! — zawyła teściowa.

— Trzeba milicję!

Policję!

— Wezwałem patrol, — Paweł usiadł, krzywiąc się z bólu, gdy Elena przemywała otarcie wodą utlenioną.

— Wyrzucili ich.

Zamki wymieniłem.

Ale, mamo… tam jest syf.

Tapety w korytarzu porwali, dywan winem zalali.

A twój kryształ… parę wazoników roztrzaskali na balkonie, pewnie jak palili.

Zinaida Pietrowna osunęła się na krzesło.

Twarz jej poszarzała.

Jej świątynia.

Jej muzeum.

— A niech to, — powiedziała nagle cicho.

Paweł i Elena spojrzeli na siebie.

— Mamo, co ty?

— A niech to, ten kryształ, — powtórzyła twardziej.

— Najważniejsze, że ty żyjesz.

I… dokumenty od mieszkania miałam przy sobie.

Ściany domyjemy.

Tapety przekleimy.

Spojrzała na Elenę.

Wzrok był prosty, bez zwykłej przebiegłości.

— Lena, został ci kawałek ciasta?

Daj, co?

Stres trzeba zajeść.

Elena odcięła jej kawałek.

Teściowa żuła, krzywiąc się z bólu dziąseł, ale jadła.

— Wiecie, — powiedziała z pełnymi ustami.

— A może, no… te implanty sobie daruję?

Drogo, długo.

Założę zwykły most.

A za resztę pieniędzy… Pasza, zróbmy remont twojego auta?

Mówiłeś, że coś tam stuka.

Amortyzatory czy co tam u ciebie stuka.

— Mamo, — Paweł uśmiechnął się rozbitą wargą.

— Jedz.

Ze stukaniem sobie poradzę.

A zęby rób.

Skoro wpakowałaś się w tę awanturę, idź do końca.

Trzeba dotrzymać charakteru.

Elena patrzyła na nich i rozumiała: nic się nie skończyło.

Wszystko dopiero się zaczynało.

Remont w mieszkaniu teściowej, leczenie jej zębów, miesiące wspólnego życia.

Będzie trudno.

Będzie irytacja.

Ale już nigdy w myślach nie nazwie jej „głupią” ani „idiotką”.

Bo zobaczyła za tą „teściową-potworem” zwykłego człowieka, który zaplątał się we własne pragnienia i lęki.

— A skarpety już zaczęłam, — oznajmiła nagle Zinaida Pietrowna, kończąc ciasto.

— Niebieskie.

I ściągacz zrobiłam podwójny, żeby nie zsuwały się.

Jutro przymierzysz, Pasza.

Za oknem padał śnieg, zasypując ślady Alika, ślady taksówki, ślady starego roku.

W kuchni pachniało herbatą i wodą utlenioną.

Życie toczyło się swoim rytmem — niezdarne, kłopotliwe, ale ciepłe.

Takie, jakie powinno być.