Ada przechyliła głowę, rumieniąc się. „Niespodziankę? Dla mnie? Obinna, co to jest?”
Obinna wziął głęboki oddech, jego głos był czuły.

„Tak, kochanie. Chcę ci tylko pokazać, jak bardzo cię kocham… jak bardzo jestem gotów spędzić resztę życia z tobą.
Ada, nie mogę oddychać bez ciebie. Bez ciebie moje życie jest niczym.”
„Obinna…” szepnęła Ada, serce jej biło mocno.
Delikatnie przytrzymał jej brodę i spojrzał głęboko w oczy.
„Od pierwszego dnia, kiedy cię zobaczyłem, poczułem coś potężnego. Wiedziałem, że jest w tobie coś wyjątkowego.
Może nie kochasz mnie tak, jak ja ciebie, ale to mi nie przeszkadza. Chcę tylko nadal cię kochać, aż w końcu nauczysz się kochać także mnie.”
Oczy Ady zaszkliły się łzami. Słabo uśmiechnęła się i pokręciła głową.
„Sprawiasz, że jestem taka wzruszona. Przypominasz mi, kiedy Chidi mówił te wszystkie słodkie rzeczy.”
Na wspomnienie Chidiego, wyraz twarzy Obinny stężał, ale wymusił uśmiech. „Wciąż o nim myśli…”, pomyślał, po czym odsunął te myśli.
„Zapomnij o Chidim,” powiedział cicho. „To jestem ja, Obinna, mężczyzna, który chce dać ci cały świat. A dziś mam dla ciebie niespodziankę.”
Usta Ady wygięły się w uśmiechu, niecierpliwość tańczyła w jej oczach. „Obim, przestań trzymać mnie w niepewności. Powiedz już!”
Obinna zaśmiał się cicho. „Nie, zobaczysz to własnymi oczami.” Wyjął szalik. „Odwróć się.”
Ada zaśmiała się nerwowo. „Eh? Co zamierzasz z tym szalikiem?”
„Zaufaj mi, Ada’m,” wyszeptał Obinna, delikatnie wiążąc go jej na oczach. „Chcę tylko, żeby to było wyjątkowe.”
„Hmm, mam nadzieję, że nie planujesz mi zrobić psikusa,” zażartowała Ada, chichocząc.
Obinna mocno trzymał jej rękę. „Nawet jeśli to będzie psikus, będzie najsłodszy. Chodź.”
Prowadził ją ostrożnie na zewnątrz, kierując jej krokami. Ada wciąż nerwowo się śmiała. „Obim, dokąd idziemy? Proszę, nie pozwól mi upaść!”
„Nie upadniesz, trzymam cię,” zapewnił ją.
W końcu zdjął szalik.
Usta Ady otworzyły się szeroko, obie ręce poleciały na twarz. „Obinna!!!” krzyknęła. „Samochód?!”
Przed nią stał lśniący brązowy samochód, zupełnie nowy.
„O mój Boże! Czy to naprawdę dla mnie? To takie piękne!” zawołała, biegnąc do samochodu, dotykając go jak w śnie.
Wróciła biegiem i mocno go przytuliła, prawie unosząc go z nóg.
„Dziękuję, dziękuję, Obim! Nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwa. Niech Bóg cię błogosławi!”
Obinna uśmiechnął się, przytulając ją mocno. „Niech Bóg cię też błogosławi, Ada’m. Już zatrudniłem dla ciebie kierowcę.
Zawiezie cię wszędzie, dokąd zechcesz, aż urodzisz. Potem poproszę go, żeby nauczył cię prowadzić go sama.”
Oczy Ady lśniły łzami. „Obim, co zrobiłam, żeby zasłużyć na ciebie?
Jesteś dla mnie zbyt dobry. Nawet jeśli… nawet jeśli jeszcze cię nie kocham, ty nadal mnie tak bardzo kochasz.”
Te słowa przeszyły serce Obinny jak nóż, ale wymusił uśmiech.
Pewnego dnia mnie pokocha. Będę czekał, pomyślał w milczeniu.
Ada znów podskoczyła, klaszcząc w dłonie. „To wymaga świętowania!
Chodźmy do środka. Pozwól mi przygotować coś wyjątkowego dla ciebie. Obim, mam ochotę tańczyć!”
Wbiegła do środka szczęśliwa, nie zauważając, że uśmiech Obinny zniknął, gdy jej słowa powróciły w jego sercu.
Tymczasem w domu Collinsów, pani Collins i Chidi siedzieli w salonie, rozmawiając cicho.
Sandra weszła, kołysząc biodrami, z telefonem w ręku, i ciężko usiadła na sofie.
Przez chwilę przewijała ekran, a potem, nie podnosząc wzroku, powiedziała głośno:
„Pani Collins, podaj mi wodę.”
Pani Collins zmarszczyła brwi. „Co ty właśnie powiedziałaś?”
Sandra podniosła głos, wciąż wpatrzona w telefon. „Nie słyszałaś mnie? Mówiłam, podaj mi wodę.”
Pani Collins wzięła głęboki oddech. „Sandra, czyś straciła manierę? Nie jestem twoją służącą.
Nie masz w ogóle szacunku?”
Sandra w końcu podniosła wzrok, oczy ostre.
„Szacunek? Dla kogo? Dla ciebie? Proszę, nie łudź się. Mówiłam, podaj mi wodę.”
Pani Collins była wstrząśnięta, głos jej się załamał. „Czyli już nie będziesz mnie nazywać z szacunkiem?
Nie będziesz mnie już nazywać mamą? Teraz tylko ‘pani Collins’? Sandra, jak daleko zaszłaś?”
Sandra uśmiechnęła się szyderczo, ton pełen kpiny. „Dlaczego miałabym cię nazywać z szacunkiem?
Jaki szacunek mi się należy? Lepiej przyzwyczaj się do słyszenia swojego imienia, bo to wszystko, co od teraz dostaniesz.”
Chidi delikatnie dotknął ręki matki. „Mamo, proszę, po prostu podaj jej. Uniknijmy kłopotów.”
Pani Collins obróciła się ku niemu, zszokowana. „Chidi, słyszysz siebie? W moim własnym domu chcesz, żebym jej służyła jak służąca? Nigdy!”
„Mamo, proszę,” szepnął Chidi ponownie, zaniepokojony.
Pani Collins syknęła, wstała niechętnie i poszła do lodówki.
Wraca z kubkiem wody i postawiła go przed Sandrą.
„Proszę. Ale słuchaj dobrze, nigdy więcej nie każ mi czegoś przynosić.
Jeśli potrzebujesz wody, idź i przynieś ją sama, albo zawołaj Precious. Nie jestem twoją niewolnicą.”
Sandra uśmiechnęła się szyderczo, podniosła kubek, a zamiast pić, wylała zimną wodę prosto na ramię pani Collins.
Chidi podskoczył. „Sandra!”
Pani Collins krzyknęła. „Czy ty oszalałaś?! Jak śmiesz!”
Sandra stanęła, twarz skrzywiona ze złości. „Zamknij się! Nie podnoś na mnie głosu ponownie.
Myślisz, że jestem Adą, żebyś mógł tak ze mną mówić? Myślisz, że usiądę i pozwolę, żebyś mnie traktował jak śmieci?
Nie! Od dzisiaj, cokolwiek powiem w tym domu, obowiązuje.
Jeśli powiem przynieś to, przynieś. Jeśli powiem zrób tamto, zrób. W przeciwnym razie zobaczysz drugą stronę mnie.”
Pani Collins stała drżąca, wskazując palcem. „Przekraczasz granice, Sandra. To jest dom mojego męża!”
Sandra zaśmiała się szyderczo. „Dom twojego męża? A kim ty myślisz, że jestem? Obcą osobą? Nie, jestem żoną Chidiego.
Ten dom jest mój tak samo jak jego. Lepiej przyzwyczaj się, stara kobieto, bo nigdzie się nie wybieram.”
Precious, która obserwowała z drzwi, złapała oddech. „Ciociu Sandra, to już za dużo. Pani jest—”
Sandra przerwała jej. „Zamknij swój brudny pyszczek, mała szczuro! Jeśli jeszcze raz coś powiesz, sama cię wyrzucę z domu.”
Pan Collins, który stał na schodach, nagle wybuchnął głośnym śmiechem. Wszyscy się odwrócili. Nadal się śmiał, głos donośny.
„Tato, to nie jest zabawne!” krzyknął zły Chidi.
Ale pan Collins tylko pokręcił głową, wciąż się śmiejąc. „To dopiero początek,” powiedział. „Jeszcze nic nie widzieliście.”
Sandra uśmiechnęła się dumnie i odmaszerowała, zostawiając panią Collins przemoczoną, upokorzoną i drżącą ze szoku.
Następnego dnia pani Collins prasowała ubrania męża w salonie.
Cicho nuciła, skupiona na równych zagięciach, gdy Sandra wpadła do środka.
Miała na sobie krótką sukienkę, mocny makijaż, a telefon przyklejony do ręki.
Usiadła niedbale, skrzyżowała nogi i powiedziała ostrym tonem:
„Pani Collins, idź i wypierz moje ubrania.”
Pani Collins zamarła, żelazko w dłoni. Odwróciła się powoli. „Co ty właśnie powiedziałaś?”
Sandra nawet nie spojrzała od telefonu.
„Jesteś głucha? Mówiłam, idź i wypierz moje ubrania. Trzy suknie, muszą być gotowe przed wieczorem.”
Pani Collins upuściła żelazko z hukiem, patrząc na nią.
„Sandra, czy całkiem straciłaś rozum? Jestem twoją teściową, a nie służącą!”
Sandra w końcu podniosła głowę, usta wykrzywiła w uśmiechu. „Teściowa? Proszę, nie podlizuj się sobie.
Jesteś tylko starą kobietą, która kręci się w tym domu, bo twój mąż cię żałuje.
Jeśli powiem wypierz moje ubrania, wypierzesz je.”
Oczy pani Collins rozszerzyły się z niedowierzania. „Sandra! Wiesz z kim rozmawiasz? Jestem wystarczająco stara, żeby być twoją matką!”
Sandra zaśmiała się szyderczo. „I co z tego? Starość nie czyni cię użyteczną.
Szacunek się zdobywa, nie wymusza. Chcesz, żebym cię szanowała? Wtedy zachowuj się jak ktoś, kto na to zasługuje. Teraz nic dla mnie nie znaczysz.”
Pani Collins chwyciła się za serce, drżąc z wściekłości.
„Zła dziewczyno! Myślisz, że skoro poślubiłaś mojego syna, możesz mnie deptać? Nie w tym domu!”
Oczy Sandry błysnęły. Nagle chwyciła gorące żelazko i szarpnęła je z deski. Para syknęła, gdy machała nim blisko twarzy pani Collins.
„Widzisz to żelazko?” syknęła. „Jedno słowo od ciebie i zmienię nim twoją twarz. Będziesz zbyt zawstydzona, żeby spojrzeć w lustro.”
Pani Collins cofnęła się przerażona. „Nie odważyłabyś się…”
Sandra uśmiechnęła się złowrogo. „Odważyć? Spróbuj mnie, a zobaczysz.
Nie zapomnij, Chidi jest po mojej stronie. Twój własny syn. Jeśli zdecyduję się cię skończyć, kto cię obroni w tym domu?”
Usta pani Collins drżały. „Sandra, niech Bóg cię ukarze za tę złość.”
Sandra wybuchnęła śmiechem. „Bóg? Dalej łudź się modlitwami.
Gdyby Bóg chciał ci pomóc, już dawno by mnie usunął z tego domu. Ale patrz na mnie — nadal tu jestem, nadal królową tego domu.”
W tym momencie Precious, która podglądała, podbiegła. „Proszę, ciociu Sandra, nie groź pani tak panującej!”
Sandra obróciła się gwałtownie i uderzyła Precious tak mocno, że upadła na ziemię.
„Ty głupia szczuro! Zamknij pysk, zanim też cię spalę.
Właściwie, dziś wyszorujesz cały ten dom bez jedzenia, rozumiesz?”
Precious jęknęła, kiwając głową, podczas gdy pani Collins ruszyła jej na pomoc.
Sandra odłożyła żelazko na deskę, dramatycznie otrzepała ręce i znów wzięła telefon.
Uśmiechnęła się, wychodząc, obcasy głośno stukając. „Pamiętajcie moje słowa — to teraz mój dom. Cokolwiek tu powiem, obowiązuje.”
Jej szyderczy śmiech odbijał się po korytarzu, pozostawiając panią Collins drżącą, trzymającą mocno Precious, z łzami spływającymi po policzkach.







