Podczas gwałtownej burzy do domu starszej kobiety wtargnął zbiegły więzień. Ale gospodyni okazała się wcale nie tak bezradna, jak można by przypuszczać.

Anna Fiodorowna z trudem łapała oddech, podstawiając kolejne garnki pod uparcie cieknącą strugę deszczu — dach już dawno prosił się o remont.

— Co za utrapienie… — mruknęła, zerkając w sufit, jakby próbując dostrzec przez szczeliny niebo.

— Leje bez końca… Czyżby nawet u samego Pana Boga dach przeciekał?

Kiedyś wystarczały dwa miski, teraz musiała używać wszystkiego, co możliwe — cztery wiadra, garnek, stara misa.

— Byleby tylko sufit się nie zawalił… — mruknęła, patrząc z niepokojem na przekrzywione belki.

— Bo jeszcze mnie przygniecie i nikt nie znajdzie…

Przeżegnała się odruchowo, by odgonić złe myśli, i aż podskoczyła, gdy huknęło — szyby zadrżały w ramach.

— Przenajświętsza Bogurodzico… — szepnęła, ściskając krzyżyk na szyi.

— Przez całe moje życie takiej burzy nie pamiętam…

Anna Fiodorowna już od dawna mówiła na głos, najczęściej do kota, który niewzruszenie leżał na piecu, świecąc zielonymi oczami w ciemności.

— Przestraszyłeś się, kiciuś? — powiedziała łagodnie.

— Nie bój się. Nie takie wichury już przetrwaliśmy.

Nie zdążyła dokończyć, gdy drzwi skrzypnęły — w progu stanął wysoki mężczyzna, przemoczony do suchej nitki.

Staruszka cofnęła się, serce jej zabiło mocniej.

— Niech się pani nie boi, babciu — wychrypiał.

— Nie jestem wrogiem.

Stał przed nią wycieńczony nieznajomy, z zmęczoną, zapadniętą twarzą.

— Skoro z dobrym zamiarem… wejdź, wysusz się — powiedziała, cofając się.

Wszedł do środka, ledwo trzymając się na nogach, i usiadł na taborecie, ciężko dysząc.

— Wody… proszę…

Nalała mu kwasu chlebowego chochlą i podała.

Pił łapczywie, jakby nie pił od wielu dni, po czym przymknął oczy.

— Nie bój się pani. Nie jestem przestępcą z natury.

Musiałem uciec — chcę udowodnić niewinność.

Zostałem ranny, nie mam siły iść dalej. Mogę się tu ukryć? Choćby w komórce, na strychu…

Anna Fiodorowna podeszła powoli, patrząc mu w twarz.

— Jeśli nie kłamiesz — zostań. Ale jeśli kłamiesz — Pan Bóg wszystko widzi.

Idź tam — wolne łóżko.

Przedstawił się jako Nikołaj, dowlókł się do łóżka i padł na nie w półprzytomnym stanie.

Rana w boku znowu zaczęła krwawić.

— Cholera…

Zdjął ubranie i opadł na poduszkę, jakby zapadając się w nicość.

Po chwili staruszka weszła do pokoju z miską ciepłej wody.

Obmyła ranę, posmarowała ją pachnącą maścią z ziół i cicho powiedziała:

— Śpij. To teraz najważniejsze.

Obudziło go jasne słońce — za oknem śpiewały ptaki.

Przypomniał sobie, gdzie jest, i próbował się podnieść — przeszył go ostry ból w boku.

W tym momencie weszła gospodyni.

— O, już się obudziłeś! Chwała Bogu!

Poleż jeszcze. Masz świeżą ranę.

— Ja… ile spałem? Osiem godzin?

— Ponad dobę, kochany!

Chodź, jeśli jesteś głodny.

Poczuł ostry głód. Przy stole czekał na niego talerz pachnącej kapuśnianki, śmietana i gruba kromka chleba.

Jadł łapczywie, a babcia mu się przyglądała.

— Jestem Anna Fiodorowna. A ty jak masz na imię?

— Nikołaj.

— Ciekawe…

Kiedy prawie skończył jeść, podała mu kubek z gorzkim, lecz leczniczym wywarem.

— Pij. Pomoże.

Posłuchał bez wahania.

— No, opowiadaj, jak to się wszystko zaczęło — poprosiła.

Zaczął:

— Miałem wszystko: pracę, dom, rodzinę.

A żona… razem ze swoim kochankiem potrąciła człowieka.

Winę zwalili na mnie. On ma znajomości — dziennikarz.

Skazali mnie tego samego dnia.

Uciekłem, żeby znaleźć jedynego, kto może mi pomóc.

Tylko jeszcze nie wiem, jak się do niego dostać…

— Jeśli to prawda — prawda zwycięży — powiedziała z przekonaniem.

— Pani to ma wiarę…

Opowiedział, jak został sam.

Ona wyciągnęła starą talię kart i rozłożyła je.

Potem powiedziała:

— Za trzy dni możesz iść — powiem ci kiedy. Trafisz tam, gdzie trzeba.

Słuchał, choć kiedyś w takie rzeczy nie wierzył.

Kontynuowała:

— Jesteś z daleka. Rodzice żyją, czekają na syna.

A ty dawno się nie pokazywałeś.

Twoja żona — piękna, ale zdradliwa.

I… nie chciała twojego dziecka.

Nikołaja ogarnął wstyd.

Wszystko to była prawda.

— A twój przyjaciel cię szuka. Już go odwiedzili.

Ale on ci pomoże, zapomni o dawnym.

Nikołaj prawie zemdlał. Skąd ona zna Larysę?

I że zdradził przyjaciela, zostawiając jego siostrę?

Babcia złożyła karty:

— Dawniej wróżyłam całej okolicy.

Ale już mam dość — ciężko widzieć cudze losy.

Na dworze znowu zagrzmiało. Kot wskoczył na piec.

Anna Fiodorowna sprawnie rozstawiła miski — dokładnie wiedziała, gdzie zacznie ciec.

Przy dźwięku kapiącej wody i grzmotów kontynuowali rozmowę.

— We wsi prawie nikogo nie ma.

Kiedyś chociaż ktoś dach pomógł naprawić.

Teraz nie ma do kogo się zwrócić…

Minęły trzy dni. Nikołaj odzyskał siły.

O świcie czwartego dnia babcia go obudziła:

— Czas, Kola. Już po ciebie jadą.

Mocno ją przytulił:

— Dziękuję… Jeszcze się zobaczymy.

— Idź już, bo się popłaczę.

Wskazała mu drogę do stacji.

I długo patrzyła w stronę, gdzie odszedł.

— Co za rok… — westchnęła.

Znowu trzeba było opróżniać wiadra.

Dach nie wytrzyma kolejnej ulewy…

Ale burza nagle się skończyła.

To lato było jakby spuszczone z łańcucha.

Anna Fiodorowna wyszła na podwórko i oniemiała.

Do domu zbliżała się ciężarówka z ładunkiem, za nią — czarny samochód.

Z niego wysiadł…

— Nikołaj?!

Nie wierzyła własnym oczom.

— Dzień dobry, Anno Fiodorowno! Mówiłem, że się jeszcze zobaczymy!

— Trzy miesiące — to ty nazywasz „wkrótce”?

— Nie wszystko zależało ode mnie. Znowu mnie złapali — ale szybko wypuścili.

Nie przyjechałem sam.

Z samochodu wysiadła młoda kobieta.

Jedli na podwórku — kapuśniak w trzech garnkach, ziemniaki, chleb.

Łarisa nakrywała do stołu, babcia rozkładała karty.

— No i co tam? — spytał Nikołaj.

— Wszystko się zgadza. Naprawiłeś swój błąd. Tylko… ożenić się zamierzasz?

— Choćby dziś. Boję się, że odmówi.

— Nie odmówi. Twój syn potrzebuje ojca.

Kola zamarł. Łarisa, czerwieniąc się, kiwnęła głową.

Później, w samochodzie:

— Łar… co sądzisz o pomyśle związania się z byłym więźniem?

— To… oświadczasz mi się?

— No tak.

— Perspektywa, szczerze mówiąc, dziwna…

— Odwróciła się. — Tak, Kola. Oczywiście, że tak.

Wyskoczył, zerwał lilię z ogródka i wrócił.

— Kwiaty są. Pierścionek — jutro.

I jeszcze… pojedziemy do moich rodziców.

— Oczywiście, że pojedziemy.

Anna Fiodorowna, obserwując z kuchni, przeżegnała się:

— No i dobrze. Wszystko wróciło na swoje miejsce.