— Zinaido Nikitowno, ale tu już prawie nie ma żadnych grzybów!
— I co z tego? Może jeszcze się jakieś trafią! No już, ubieraj się, idziemy!

Tania właśnie wróciła z ogrodu, nogi ledwo ciągnęła ze zmęczenia.
Nie chciała nigdzie wychodzić w tej wilgotnej jesiennej szarudze.
Ale nie miała siły się sprzeczać z teściową — wiedziała, że jeśli to zrobi, usłyszy długi wywód: że jest niewdzięczna, że każda inna na jej miejscu już dawno zostałaby wyrzucona, a ona ją mimo wszystko „znosi”.
Tania mieszkała pod jednym dachem z Zinaidą Nikitowną już trzy lata, ale z mężem, Andriejem — tylko dwa.
I prawdę mówiąc, z niego mąż był byle jaki. Poznali się, gdy Tania wyszła z domu dziecka, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wtedy pojawił się Andriej:
— Wyjdź za mnie! Zamieszkamy na wsi, mam duży dom!
Dom rzeczywiście był duży — tak duży, że samo sprzątanie zajmowało pół dnia.
Szkoda tylko, że nie należał do niego, ale do matki. Tej samej, która zdawała się nienawidzić całego świata — a zwłaszcza Tani.
Andriej nie umarł ani nie zaginął — po prostu wyjechał z inną kobietą, daleko, na koniec świata.
A Tania została z niczym. Ani żona, ani krewna — taka sobie półniewolnica.
Na początku płakała w poduszkę z upokorzenia i żalu. Młoda, niebrzydka, a życie całkiem nie takie.
Później łzy się skończyły — nie było już nawet kiedy płakać. Zinaida Nikitowna tak ją zarzucała robotą, że nie zostawała nawet minuta na myślenie.
Kiedy zobaczyła, że Tania to tytan pracy, teściowa powiększyła gospodarstwo: dołożyła dwie szklarnie, drugą krowę, kilka prosiąt… Bo po co rezygnować z darmowej siły roboczej?
Co drugi dzień jeździła na targ i sprzedawała wszystko, co wyhodowali.
Tania nawet nie podejrzewała, że część tych pieniędzy trafia do Andrieja i jego nowej kobiety.
Kiedy się dowiedziała — jakby ktoś ją uderzył w brzuch. To ona pracowała na utrzymanie tamtej dwójki?
Sąsiadki jej współczuły:
— Daj spokój tej starej! Robi z siebie wielką gospodynię! A wcześniej to i ona, i Andriej, palcem nie kiwnęli!
A teraz — gospodarstwo, biznes…
Tania uśmiechała się smutno. To wszystko było zbyt ciężkie. Ale odejść? Zostawić wszystko? Gdzie pójdzie? Na ulicę?
Sąsiadka Stepanowna aż splunęła z wściekłości:
— Jaką ulicę?! Przecież sama ciągniesz całe gospodarstwo!
Wiesz, jak pracować — wszędzie cię przyjmą! A tutaj zgnijesz pod jakąś krową!
Tania rozumem wiedziała, że mają rację. Ale jak zostawić staruszkę samą?
Tyle lat mieszkały razem…
Wzdychała tylko w odpowiedzi. Ale kiedy usłyszała, że Zinaida chce powiększyć jeszcze pole ziemniaków — pomyślała poważnie, że naprawdę może tu zdechnąć jak pies.
Tania pierwsza się ubrała i wyszła na ganek. Z nieba siąpiła paskudna mżawka.
— Tania, dokąd idziesz?
Westchnęła.
— Zinaida Nikitowna kazała mi iść po grzyby…
Sąsiadka parsknęła śmiechem, a potem spojrzała zdziwiona:
— Serio?! Jakie grzyby o tej porze? Tylko trujące zostały!
Zinaida Nikitowna też wyszła na ganek.
— Nie twoja sprawa! My nie takie jak ty — zawsze coś znajdziemy!
Stepanowna splunęła z pogardą:
— Zino, głupiaś się urodziła i głupia zdechniesz! Cały czas udajesz wielką damę.
Ale wszyscy już wiedzą, jaka jesteś!
Odeszła, a Zinaida Nikitowna syknęła złością:
— I co my tu stoimy jak dwie idiotki?! Idziemy! Zaraz się ściemni!
W duchu już żałowała, że wyszła, ale nie mogła znieść widoku Tani siedzącej bezczynnie.
Kiedy Andriej przyprowadził dziewczynę, powiedział wprost: „Masz, mamo, bierz! Darmowa siła robocza!”
Zinaida na początku się przyglądała, a potem zobaczyła — dziewczyna wytrzymała.
A kiedy syn zaczął się zbierać do wyjazdu — nawet go nie zatrzymywała: niech idzie w świat!
Teraz miała komu ufać.
Doszły do skraju lasu, kiedy Zinaida przypomniała sobie:
— A, zostawiłam ciasto w misce! Idź sama, ja wracam do domu. Sprawdź tamten nasyp — wczoraj Waska znalazł tam torbę pełną grzybów!
Tania niepewnie:
— Ale ja tam nigdy nie byłam! Nie znam tego lasu… Daleko to?
— I co? Myślałaś, że grzyby wyrosną ci w ogródku?
Idź spokojnie, dasz radę! Znasz inne ścieżki — idź nimi! W czym problem?
Zinaida odwróciła się gwałtownie i ruszyła z powrotem.
Tania zrobiła krok za nią, ale nagle zrozumiała: zostać w domu będzie jeszcze gorzej niż wejść w ten mokry las.
Zacisnęła zęby i weszła między drzewa.
Dotarła do nasypu, kiedy było już ciemno. Trzeba wracać, ale jak — bez grzybów?
I wtedy zobaczyła prawdziwy skarb — grzyby wszędzie! Zaczęła je zbierać gorączkowo, wybierając najlepsze miejsca.
Zaraz znalazła kolejne skupiska, potem jeszcze jedno…
Zorientowała się dopiero, gdy kosz był pełny po brzegi, a wokół zapadła zupełna ciemność.
Rozejrzała się. Nie miała pojęcia, gdzie wrócić.
Pobiegła w jedną stronę — żadnego nasypu. W drugą — tylko drzewa.
Ogarnęła ją panika. Noc, obcy las, zero punktów odniesienia. Strach ściskał jej gardło.
— Pomocy…
Tania otworzyła oczy nagle. Musiała przysnąć w mokrej trawie pod dębem. To był sen?
— Pomocy…
Nie, głos był prawdziwy, blisko! I należał do dziecka! Co dziecko robiło nocą w lesie?!
Zerwała się na równe nogi i ruszyła w stronę głosu, torując sobie drogę przez krzaki.
Kosz z grzybami został — nie miało to już znaczenia, Zinaida niech się martwi.
Głos był coraz bliżej.
— Hej! Gdzie jesteś? Słyszysz mnie?
Cisza. A potem znów:
— Kto tam? Wiedźma z lasu? Przyszłaś mnie zjeść?
— Nie, jestem Tania. Też się zgubiłam.
W końcu zobaczyła dziewczynkę. Siedziała na pniu, metr nad ziemią.
— Łał! Wspięłaś się wysoko!
Dziewczynka zaszlochała.
— Tam… tam są żaby…
Spojrzała na Tanię z nadzieją:
— Uratujesz mnie?
Tania odpowiedziała stanowczo:
— Oczywiście! Po to tu przyszłam. Ale poczekajmy do rana — nocą łatwo się poślizgnąć albo wpaść w dół.
W świetle księżyca Tania zobaczyła, że dziewczynka ma twarz całą zapuchniętą od płaczu. Teraz najważniejsze było ją uspokoić.
— Nie odejdziesz?
— Nie, nigdzie nie idę. Usiądźmy razem.
Po ciemku zebrała trochę gałęzi, robiąc niewielki stosik.
Deszcz ustał, ale ziemia wciąż była wilgotna. Usiadła i wyciągnęła ręce do dziewczynki:
— Chodź tu do mnie.
— A żaby?
— Już dawno śpią!
Dziewczynka ostrożnie zeszła z pnia i wtuliła się w Tanię, skulona.
Tania przykryła ją swetrem. Po chwili mała przestała drżeć.
— Jak masz na imię?
— Masza…
— I co to, Maszeńko, zrobiłaś? Przyszłaś jeść owsiankę misia i spać w jego łóżku?
Dziewczynka zachichotała.
— Nie… Chciałam tylko nastraszyć tatę… i się zgubiłam.
— I po co chciałaś go straszyć?
— Nie pozwolił mi pływać w rzece!
— Pływać? Przecież już jesień, zimno!
— I tak bym nie poszła! Ale czemu nie mogę?!
Masza mówiła coraz ciszej, głos jej zasypiał. Oczy same się zamykały.
Tania uśmiechnęła się czule. Jeszcze tylko trochę — jakieś pięć godzin — i wtedy będzie można o wszystkim pomyśleć.
Chyba sama zasnęła, bo gdy znów otworzyła oczy, było już rano.
Masza spała spokojnie w jej objęciach, a promienie słońca przebijały przez liście.
— Wstawaj, śpiochu! Musimy znaleźć twojego tatę!
Masza przeciągnęła się, ziewnęła.
— A po co mamy go szukać? On tu pracuje — jest leśniczym!
Tania zamarła. Widziała tego mężczyznę kilka razy we wsi i zawsze się rumieniła.
Był taki przystojny. I to spojrzenie… Ale nigdy nie rozmawiali, nie znała nawet jego imienia.
Teraz już wiedziała — miał córkę. A więc pewnie też żonę. Jak mogło być inaczej?
Wstały, rozejrzały się.
— Idźmy tam, gdzie wzeszło słońce. To znaczy, że twoja wioska jest w tamtym kierunku.
Masza zmrużyła oczy z przekąsem:
— A skąd wiesz, gdzie jest moja wioska?
Tania się zaśmiała:
— Żaby mi powiedziały!
Masza zaśmiała się radośnie.
— Chodźmy szybciej! Jestem głodna!
Tania westchnęła. Gdyby tylko wszystko było takie proste…
Po słońcu wyglądało na to, że idą dobrze, ale kto to wiedział…
Po kilku godzinach usłyszały szczekanie psów. Masza, zmęczona, nagle się ożywiła i krzyknęła:
— Laska! Joy!
Z krzaków wyskoczyły dwa duże psy.
Tania zamarła z przerażenia, a dziewczynka rzuciła się im na szyję, całując je po pyskach.
Psy, prawie jej wielkości, merdały ogonami i próbowały ją lizać.
— To nasze! Tata musi być gdzieś blisko!
Rozległ się długi gwizd, psy zaszczekały w odpowiedzi.
Jeden został z Maszą, drugi zniknął w krzakach i po chwili wrócił… z właścicielem.
— Tato!
Masza rzuciła się ojcu na szyję. On podniósł ją i zakręcił w ramionach.
– Maszka, jak ty mnie przestraszyłaś!
– Sama się przestraszyłam… Już nigdy tak nie zrobię! A uratowała mnie Tania!
Tania uśmiechnęła się krzywo. „Uratowała…” Sama przecież też się zgubiła.
Nagle ogarnęło ją zmęczenie – nogi się pod nią ugięły i usiadła na najbliższym pagórku.
Napięcie ostatnich godzin zaczęło powoli opadać.
– Proszę, napij się – mężczyzna podał jej butelkę. – A potem ruszamy.
Tania zrobiła kilka łyków słodkiego soku i posłusznie wstała.
Szli przez około godzinę. Ojciec cały czas niósł Maszę. Psy biegły trochę z przodu, co jakiś czas się odwracając.
Kiedy pojawiła się wieś, Tania zrozumiała – to nie była jej wieś, tylko ta, w której mieszkał leśniczy.
Do domu Nikitiszny było jeszcze daleko – prawie sześć kilometrów.
Cicho jęknęła z rezygnacją.
Leśniczy uśmiechnął się, jakby czytał jej myśli:
– Odpoczniecie, coś zjecie – i was zawiozę. Mam motocykl.
Tania uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale nie mogła sobie przypomnieć imienia mężczyzny.
On znowu jakby słyszał jej myśli:
– Mam na imię Jura. A ty – Tania. Masza zdążyła mi powiedzieć.
Dom stał na skraju wsi, blisko lasu. Tania zrozumiała, że mężczyzna szukał córki sam – czyli we wsi nie było paniki.
Można naprawdę chwilę odpocząć. Nikitiszna przez ten czas niczego się nie dowie.
Dom okazał się duży, przytulny i zadbany.
W środku panował idealny porządek, meble były wygodne, z domowym klimatem.
– Rozgośćcie się! Zaraz coś podam do jedzenia!
Masza radośnie pokiwała głową:
– Zjem wszystko!
Jura się roześmiał:
– Wszystko, czyli trzy okruszki jak u kurczaczka!
Tania jadła gorący barszcz i czuła w środku dziwne ciepło. Ktoś się o nią troszczył.
Podano chleb. Nalano drugie danie. Nie trzeba było jeść w pośpiechu, bo praca czeka.
Można było po prostu… jeść. Ale wkrótce trzeba będzie wracać do domu.
Do tego, który od dawna chciało się nazwać piekłem.
Walcząc ze snem, Tania opierała się, ale Jura to zauważył i wskazał na miękką kanapę:
– Połóż się, po co się męczyć? Prześpij się godzinę – nic się nie stanie.
I naprawdę, co może się stać? Może tylko trawa na grządce trochę podrośnie?
W tej chwili Tania zrozumiała: już dłużej tego nie wytrzyma!
Jak tylko wróci, spakuje rzeczy i wyjedzie. I niech nikt na nią nie czeka. Coś wymyśli.
Obudziła się wieczorem.
– Ojej! Czemu mnie nie obudziliście?!
Jura spojrzał na nią z ciepłą zadumą:
– Nie chciałem. Uśmiechałaś się przez sen…
– A Masza gdzie?
– Śpi już dawno. Dziesiąty sen ogląda.
Tania westchnęła:
– Nikitiszna mnie zabije… Za koszyk…
Jura spojrzał na nią zdziwiony, potem cicho zapytał:
– Czyli za to, że prawie zginęłaś w lesie – nie zabije, ale za koszyk – tak?
Tania się zmieszała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. I nagle zrozumiała: on wszystko widzi!
Jednym pytaniem opowiedział całą jej historię!
Jura pokręcił głową:
– Jak można tak nisko siebie cenić?
– Masz rację… Już postanowiłam. Wrócę, spakuję się i pojadę do miasta.
– Masz tam kogoś?
– Nikogo. I niczego. Coś wymyślę. Znajdę pracę.
Jura milczał przez chwilę, zbierając myśli.
– Zostań. Będę się cieszył, mogąc cię widywać – w każdej roli. A jeśli zdecydujesz się wyjechać – pomogę ci się urządzić.
Tania spojrzała na niego i nagle poczuła, jakby zanurzała się w coś ciepłego i bezpiecznego.
– No, w końcu wróciłaś?! Powinni cię wsadzić!
Zinaida Nikitiszna machnęła ręką. Nie miała już sił się kłócić – cały dzień zajmowała się bydłem.
– Nie ma za co wsadzać, ale mnie… Zostawiłaś starą krewną bez pomocy!
– Jaką ty jesteś dla niej krewną?! Jak będzie mądra – to więcej do ciebie nie wróci!
– Co ty wygadujesz?! Powinna mi dziękować do końca życia!
– Zamknij się już! Nie jestem Tanią, żeby ci przytakiwać! Zmarnowałaś dziewczynie całe życie!
Ej, a to kto?
Pod bramą zatrzymał się motocykl leśniczego. Tania z niego zeszła, krótko się przywitała i pewnym krokiem ruszyła do domu.
Zinaida zawahała się na sekundę, ale zaraz wrzasnęła:
– Gdzieś się szlajała, rozpustnico?! Jesteś przecież mężatką! A gdzie koszyk?!
Stepanowna tylko rozłożyła ręce.
Tania po chwili wyszła z domu z torbą.
– Do widzenia!
– Gdzie idziesz?! Gdzie, pytam?! Trzeba jeszcze bydło nakarmić!
Tania się odwróciła:
– To koniec… Nie chcę już cię „ranić”! Bo przez twoją „dobroć” garb mi jeszcze wyrośnie!
Nikitiszna osłupiała z takiej bezczelności, a Stepanowna wybuchła śmiechem:
– No i masz swoją gwiazdę, Zinka!
Wieczorem Jura opowiedział Tani swoją historię. Żona zmarła po porodzie – lekarze nie zdołali jej uratować.
Dwa lata temu wyjechał z córką na odludzie, z dala od przeszłości.
Załatwił, że Tania za tydzień zacznie pracę w gospodarstwie w sąsiedniej wsi, a przez ten tydzień miała tylko odpocząć.
Po pół roku odbyło się huczne, radosne, wiejskie wesele.







